Aktorka i podróżniczka, która równie swobodnie mówi o pracy nad rolą, co o duchowości, lęku i świadomym przeżywaniu rzeczywistości. W rozmowie z Walerią Gorobets punktem wyjścia stają się nietypowe umiejętności – step i taniec z ogniem – ale szybko okazuje się, że to tylko wstęp do znacznie głębszej opowieści o tożsamości, aktorstwie i życiu „po swojemu”. Pojawia się także wątek serialu „Wojna zastępcza” (dostępnego na TVP VOD) i roli Zuzy, która otwiera dyskusję o emocjach, maskach i sposobach reagowania na lęk. To wywiad o szukaniu równowagi między kontrolą a odpuszczeniem, między rzemiosłem a intuicją – i o drodze, która wciąż jest w trakcie.
Mariusz Jagiełło: Robiąc research na twój temat, natknąłem się na różne informacje o twoich umiejętnościach. O ile znajomość języków obcych czy joga mnie nie dziwią, o tyle step i taniec z ogniem już mnie zaintrygowały. Możesz powiedzieć coś więcej na ten temat?
Waleria Gorobets: Stepowanie, jeśli ktoś kończy Akademię Teatralną czy inną publiczną szkołę aktorską, nie jest niczym szczególnym – to obowiązkowy przedmiot. Uczy wyczucia rytmu i koordynacji, czyli pracy różnych części ciała niezależnie od siebie. To po prostu element kształcenia świadomości ciała. Ja bardzo lubiłam step, dlatego wpisałam go jako swoją umiejętność – mam nawet do dziś buty i sprawiało mi to ogromną przyjemność. Jeśli chodzi o taniec z ogniem, to około 12 lat temu działałam w grupie zajmującej się animacją ognia. Robiłyśmy różne rzeczy – plucie ogniem, gaszenie go w ustach, elementy pirotechniczne. To coś, co zostaje z człowiekiem, bo kiedy zrozumiesz mechanizm działania płomienia, uczysz się nim zarządzać. Mam nadzieję, że kiedyś wykorzystam tę umiejętność zawodowo. Miałam już epizod w niszowym filmie i reklamie telewizyjnej, gdzie używałam ognia – to było świetne doświadczenie.
MJ: W takim razie mam nadzieję, że jeszcze zobaczę cię na ekranie w takiej roli. Urodziłaś się w Ługańsku, masz korzenie ukraińsko-rosyjskie, ale od wielu lat mieszkasz w Polsce.
WG: Od 25 lat.

MJ: Jak ważne są dla ciebie te wschodnie korzenie?
WG: Są ważne, przede wszystkim w kontekście temperamentu. Kilka lat temu brałam udział w wymianie szkół aktorskich – najpierw przyjechali do nas studenci z Moskwy, potem my pojechaliśmy do nich. To było jeszcze przed wojną. Pojechałam tam po raz pierwszy od wielu lat i miałam poczucie, że w pewnym sensie lepiej się z nimi rozumiem – jeśli chodzi o sposób wyrażania emocji. W Polsce często spotykałam się z tym, że mój temperament bywał „studzony”, a tam miałam wrażenie większej swobody ekspresji. Widzę to też po mojej mamie – mamy podobną energię. Lubię ten aspekt siebie. Mam poczucie, że moja ekspresyjność wynika właśnie z tych korzeni, a nie z otoczenia, które raczej ją tłumiło. Jednocześnie, przez to że wyjechałam bardzo młodo, nie mam silnego poczucia patriotyzmu w żadną stronę. Czuję się obywatelką świata. Polska jest moim domem – tu dorastałam i ją kocham – ale nie mam poczucia jednego „ostatecznego” miejsca.
MJ: Chciałbym teraz dopytać o twoje początki aktorskie. W jednym wywiadzie mówiłaś, że chciałaś zostać aktorką w wieku sześciu lat, w innym – ośmiu. Pamiętasz moment, w którym ta decyzja była już naprawdę świadoma?
WG: Wydaje mi się, że świadomie podjęłam tę decyzję w wieku sześciu lat. Pamiętam moment, w którym o tym pomyślałam, ale trudno przypisać go do konkretnego wieku. Jako dziecko słyszałam często, że jestem ładna i że powinnam zostać modelką. Pomyślałam wtedy, że modelki tylko wyglądają, a ja chcę czegoś bardziej ekspresyjnego. I postanowiłam, że będę aktorką. To mi zostało.
MJ: Miałaś moment zwątpienia, czy to jednak zawsze było oczywiste?
WG: Dla mnie to zawsze było oczywiste. Zrobiłam nawet trzyletnią przerwę po liceum – poszłam na studia – dopiero wtedy, gdy byłam gotowa. Nigdy nie rozumiałam podejścia „bo coś trzeba”.
MJ: Przejdźmy do serialu „Wojna zastępcza”. Co zdecydowało, że dostałaś rolę Zuzy?
WG: Klasycznie – casting. Co ciekawe, na początku tej roli nie dostałam i było mi z tego powodu bardzo przykro. Bardzo mi się podobała ta postać. Po półtora miesiąca okazało się, że jednak ją dostaję – nie wiem dokładnie, co się wydarzyło. To zbiegło się z ważnym momentem w moim życiu – byłam wtedy na Borneo i przechodziłam proces odpuszczania kontroli. Kiedy to puściłam, rola wróciła. To było dla mnie znaczące doświadczenie.

MJ: W czym jesteś najbardziej podobna do Zuzy, a w czym zupełnie nie?
WG: Na pewno mamy wspólny „męski pierwiastek” – siłę, waleczność, łatwość odnajdywania się w męskim środowisku. Zuza jest jednak bardziej zamknięta – to postać zbudowana wokół pewnej maski. W trakcie pracy nad nią szukałam momentów, w których ta maska opada. Myślę, że każdy z nas ma różne maski – to naturalne. U mnie przez lata siła była sposobem ochrony wrażliwości. Dopiero z czasem zaczęłam się tego oduczać.
MJ: Zuza to też szpieg. A jakie cechy według ciebie powinien mieć dobry szpieg?
WG: Elastyczność i umiejętność bycia „kameleonem”. Trzeba umieć odczytać drugiego człowieka i dostosować się do niego. Do tego brak charakterystycznych cech i żelazna psychika – czego akurat ja prywatnie nie mam (śmiech).
MJ: Ja się z tobą nie zgodzę – moim zdaniem masz wiele cech idealnego szpiega – inteligencję, urodę i pewnego rodzaju…bezczelność (śmiech).
WG: Dziękuję. A szpiegiem mogłabym zostać po odpowiednim przeszkoleniu (śmiech). Ale rzeczywiście marzy mi się zagranie „prawdziwego” szpiega – w stylu „Red Sparrow” czy „Tożsamości Bourne’a”. Nasz serial jest bardziej przygodowy, a ja chciałabym wejść w cięższy, bardziej realistyczny klimat.
MJ: Oglądając go pomyślałem, że ten serial może działać na niektórych podprogowo – strasząc wojną.
WG: Nie, ja tego w ten sposób nie postrzegałam. Ale powiem ci tak – a propos tego, co mówisz. Istnieje coś takiego jak epigenetyka, czyli dziedziczenie traum po przodkach. To mechanizm biologiczny, który pozwala kolejnym pokoleniom rozpoznawać zagrożenia. My, jako Polacy, mamy bardzo silną traumę wojenną. I patrzyłabym na to tak: jeśli ktoś ogląda przygodowy serial i to go straszy wojną, to jest to dla niego cenna informacja. To znaczy, że ma w sobie coś do przepracowania. Może zetknąć się z tym lękiem w łagodnej formie, przyjrzeć się mu, pogadać o nim, coś z nim zrobić. Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, widziałam, jak bardzo ludzi to rozchwiało. I wydaje mi się, że to właśnie przez tę zakorzenioną traumę. Pytanie brzmi: czy naprawdę nie da się tego przejść łagodniej?
MJ: Wierzysz w to, że strach jest dziś narzędziem kontroli?
WG: Świat cały czas generuje nowe „straszaki”. Kończy się jedno zagrożenie, pojawia się kolejne. Dlatego ja się z tego wyłączyłam. Zrozumiałam, że zawsze „coś” będzie nie tak: choroba, wojna, kontrola pieniędzy… Pytanie brzmi: czy naprawdę musimy reagować jak chorągiewki na wietrze? Bo dla mnie kluczowe jest to, jak reagujesz na lęk. Czy pozwalasz mu sobą rządzić, czy nie. Jeśli boisz się wojny – to pytanie: problem leży w serialu czy w twoim lęku. Rzeczy się dzieją, ale najważniejsze jest to, jak na nie reagujesz. I mam wrażenie, że większość ludzi reaguje automatycznie, bez refleksji. Jeśli lęk skłania cię do działania – przygotowania się, zadbania o siebie – to jest konstruktywny. Ale jeśli tylko cię paraliżuje, to niszczy twoje zdrowie i nic nie daje. Więc po co go pielęgnować? Czarnowidztwo to najgorsze, co można uprawiać, a jesteśmy tego nauczeni. Ja naprawdę wierzę, że energia podąża za uwagą. Jeśli nie chcesz wojny – skupiaj się na pokoju. Zauważaj piękno, bezpieczeństwo. Ludzie, którzy są obsesyjnie skupieni na najgorszych scenariuszach, są jakby zatruci – mentalnie. I to widać.

MJ: Wypowiadasz się w wywiadach o ezoteryce. To, co mówisz o duchowości i tych „niewidzialnych” aspektach, jest fascynujące. Ale czy jako aktorka nie boisz się, że przez to część ludzi przestanie traktować cię poważnie?
WG: Szczerze? Mam to gdzieś. Po jednym z wywiadów o ezoteryce zrozumiałam, że pomyliłam ją z duchowością. Ezoteryka to dla mnie taki pierwszy poziom – karty, czakry itd. Ja jestem osobą bardzo duchową i to zmieniło moje życie na lepsze. Przechodziłam różne fazy – astrologii, numerologii, kart. Dziś traktuję to raczej jako narzędzia, zabawki. Bo tak naprawdę chodzi o relację ze sobą, z czymś większym – jakkolwiek to nazwiemy. I jeśli coś pomaga mi żyć lepiej, to dlaczego mam z tego rezygnować? Nie zamierzam udawać, że to nie istnieje we mnie tylko dlatego, że ktoś może mnie ocenić. Zresztą zrozumiałam też jedną rzecz: opinie innych ludzi nie są o mnie, tylko o nich. Każdy patrzy przez własne filtry.
MJ: Kiedyś powiedziałaś, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. I tu mam kolejne prowokacyjne pytanie: Naprawdę da się być szczęśliwym niezależnie od sytuacji i emocji?
WG: Szczęście nie ma nic wspólnego z emocjami – i to jest klucz. My mylimy szczęście z chwilową radością. Dopamina to przyjemność, a serotonina to poczucie szczęścia. I my często gonimy za tym pierwszym, nie zdając sobie sprawy, ze cenne jest to drugie. Dla mnie szczęście to stan, który wybierasz. Mogę być smutna, wkurzona czy przestraszona – a jednocześnie nadal czuć się szczęśliwa. To kwestia perspektywy i pracy nad sobą. Uczę się reagować świadomie, a nie automatycznie. Dla przykładu – miałam sytuację, w której straciłam sporo pieniędzy przez błąd przy bilecie lotniczym. I zamiast się załamać, potraktowałam to jak sprawdzian: czy moja „duchowość” działa także w trudnych momentach? I działała. Bo ja decyduję, na czym skupiam uwagę. Mogę widzieć tylko problemy – albo dostrzegać rozwiązania oraz piękno tu i teraz.
MJ: To bardzo ciekawe, bo rzeczywiście większość naszych lęków dotyczy rzeczy, które nigdy się nie wydarzą. I powiem żartem – chyba będę musiał zapisać się na jakieś warsztaty do ciebie (śmiech). Wróćmy jednak do aktorstwa. Twoja duchowa strona jest fascynująca, ale mam wrażenie, że zależy ci też na tym, żeby mówić o pracy zawodowej (śmiech). Masz już na koncie role filmowe, serialowe i – choć rzadziej – teatralne. Które projekty były dla ciebie najbardziej satysfakcjonujące, a które najmniej?
WG: Jeszcze nie zagrałam w projekcie, który w pełni by mnie usatysfakcjonował. Nie mam poczucia, że stworzyłam rolę, która byłaby moją wizytówką. Natomiast rolą, która była dla mnie w jakiś sposób pełna, był udział w „Algorytmie miłości”. To była komedia, co samo w sobie było dla mnie wyzwaniem. Miałam też przestrzeń w ciągu dziesięciu odcinków – coś się zaczęło, rozwinęło i zakończyło, więc mogłam stworzyć pewną całość. Rozumiem jednak, że ten format nie każdemu odpowiada.
MJ: Też mam takie wrażenie. Ludzie mieli spory mindfuck choćby przy „1670”. Sam pomysł na „Algorytm miłości” był świetny, ale widzowie momentami nie wiedzieli, czy to jest serio, czy żart.
WG: Dokładnie. Pamiętam, jak w materiałach promocyjnych ludzie komentowali sceny, nie wiedząc, że to jest grane. To było zabawne. Była np. scena z Adasiem Zdrójkowskim, który grał bardzo bogatego chłopaka i mówił, że pierwszy raz czuje coś dziwnego w brzuchu, bo nigdy nie był głodny. Ludzie pisali: „Jak można być takim typem?”. A to była przecież celowa przesada. Ogólnie mam poczucie, że ta „moja rola” dopiero na mnie czeka. Wszystko, co robiłam, dawało mi przyjemność, ale jeszcze nie czuję spełnienia.
MJ: Wspominałaś kiedyś o sytuacji na planie, gdzie przekroczono twoje granice. Czy to doświadczenie czegoś cię nauczyło?
WG: Tak. To była trudna sytuacja, ale postawiłyśmy się wtedy z jeszcze jedną aktorką. W ogóle cieszę się, że powstają filmy takie jak „Utrata równowagi” pokazujące mechanizmy manipulacji w naszym środowisku – bo one naprawdę istnieją. Myślę, że dzięki doświadczeniom jestem na to dość wyczulona. Kiedy byłam na studiach zdarzały się sytuacje manipulacyjne, ale pracowaliśmy jako grupa i się wspieraliśmy, więc nie mam poczucia, że mnie to złamało.

MJ: Mam wrażenie, że wynika to też z twojego systemu wartości. Nie każdy na początku drogi potrafi się postawić.
WG: Może coś w tym jest. Miałam też inną sytuację, która dużo mnie nauczyła. Na próbach złapałam z reżyserem bardzo specyficzny język – żartowaliśmy ostro, cisnęliśmy po sobie. Kiedy przyszło do zdjęć, kontynuowałam to, ale nie zauważyłam w porę, że on już nie. I nagle wyszło, że jestem bezczelna. Na planie miałam przez to złą opinię, a ja długo nie rozumiałam dlaczego. To nauczyło mnie ostrożności i tego, żeby wyraźnie oddzielać relacje prywatne od zawodowych.
MJ: Jest coś co cię wkurza, kiedy oglądasz siebie na ekranie?
WG: Patrzenie na siebie na ekranie jest czasem trudne. Oglądasz coś po czasie, będąc już w innym miejscu życiowo i zawodowo. Czasem jest okej, ale starsze rzeczy bywają nie do zniesienia. Pomaga mi myśl, że nawet wielcy aktorzy mają podobnie – każdy jest wobec siebie krytyczny. Z jednej strony analizuję, żeby się uczyć, a z drugiej – uczę się pozwalać sobie na zadowolenie. Najbardziej stresuje mnie oglądanie siebie w towarzystwie kogoś innego. Sama – okej. W grupie, na premierze – też. Ale z bliską osobą? To bardzo trudne.
MJ: A jak wygląda dziś twoja relacja z teatrem?
WG: Gram jeden spektakl w Ateneum – już czwarty rok. I cały czas mamy komplet widzów. Mam plany teatralne, ale nie interesuje mnie etat. Nie chcę grać więcej niż jednego, dwóch spektakli jednocześnie, bo dużo podróżuję. Teatr bardzo wiąże.
MJ: Co w takim razie daje ci film, a czego nie daje teatr – i odwrotnie?
WG: Film to zamknięta forma. Wchodzisz w świat, tworzysz go i wychodzisz. To jednorazowe, intensywne doświadczenie. Teatr daje ciągłość, rozwój w czasie i bezpośredni kontakt z widzem. Najtrudniejsze w filmie jest to, że nie wiesz, kiedy będzie kolejny projekt. Ta niepewność jest wpisana w zawód. Ale jednocześnie… ja chyba tego potrzebuję. Nie lubię rutyny. Nie szukam pełnej stabilności – dla mnie życie jest ciekawe właśnie przez tę nieprzewidywalność.
MJ: A co w tym zawodzie najwięcej cię kosztuje, a czego kompletnie nie widać z zewnątrz?
WG: Paradoksalnie ludzie myślą, że najtrudniejsze jest uczenie się tekstu – a to akurat najprostsze. Najtrudniejsze są dwie rzeczy: nieprzewidywalność i odrzucenie. Każdy casting, którego nie dostajesz, to w jakimś sensie odrzucenie. I trzeba nauczyć się tego nie brać do siebie, choć to nie zawsze jest łatwe. Zrozumiałam, że to nie jest „o mnie”. Często decydują rzeczy niezależne – fizyczność, chemia między aktorami, wizja reżysera. Ale mimo tej świadomości – kiedy słyszysz „nie” trzydziesty raz, to boli. Zwłaszcza jeśli bardzo ci zależy. I to jest chyba coś, czego widzowie kompletnie nie widzą.

MJ: Masz dziś poczucie, że jesteś bliżej spełnienia – czy dopiero na początku drogi?
WG: Myślę, że jedno i drugie. Z jednej strony mam w sobie dużą zgodę na to, gdzie jestem – i to daje mi poczucie spełnienia tu i teraz. A z drugiej czuję, że zawodowo dopiero się rozkręcam. Nadal czekam na rolę, która mnie w pełni „otworzy”, pokaże coś nowego i zostanie ze mną na dłużej. Ale już nie mam w sobie takiego napięcia jak kiedyś. Bardziej ufam temu, że wszystko przychodzi w odpowiednim momencie. I chyba właśnie to – ten spokój i zaufanie – jest dla mnie dziś najbliżej definicji spełnienia.
MJ: Walerio, dziękuję ślicznie za rozmowę.
WG: Dziękuję, to była naprawdę świetna rozmowa.
Rozmawiał Mariusz Jagiełło