Czy to nowy festiwal o nazwie Impact, czy to bieda-edycja Impact Festival, czy po prostu koncert Limp Bizkit z dwoma supportami? Nie sposób na samym wstępie nie wspomnieć o kontrowersjach poprzedzających występ Amerykanów w Tauron Arenie Kraków. Wielu fanów myślało po pierwszym ogłoszeniu (którego bohaterami byli właśnie Limp Bizkit), że po 7 długich latach powróci wielka impreza muzyczna, która gwiazd dużego formatu miała w swoich lineupach na przestrzeni lat zawsze po kilka. Impact Festival bez względu na to, czy odbywał się w Warszawie, w Łodzi, czy w Krakowie, zawsze był istotną propozycją dla fanów rocka i metalu, według której wielu koncertowiczów układało sobie roczny kalendarz. Tym razem do, jak się okazało, jedynego headlinera zostały dołożone dwa supporty, które (z całym szacunkiem dla ich twórczości) nie mogły być magnesem na kolejnych uczestników. Nettspend z przyzwoitym produkcyjnie ragem oraz hybryda rocka, punku i trapu, za którą odpowiada Ecca Vandal, to interesujące propozycje, szczególnie przed takimi klasykami rap metalu jak Limp Bizkit, ale jeszcze za mało rozpoznawalne, by realnie wzmocnić „festiwal”. Trudno więc się dziwić, że pojawiało się dużo głosów rozczarowania i pójścia na łatwiznę przez organizatorów. Oliwy do ognia dolała informacja o odwołaniu Nettspenda, która pojawiła się dzień przed samą imprezą, i zastąpienie go lokalnym raperem z Mysłowic o pseudonimie Drabusheyka.
Można sobie więc wyobrazić, jak trudne zadanie trafiło się polskiemu artyście. Mimo całkiem przyzwoitego poziomu głośności (niezbyt częste wśród supportów na halowych koncertach) i wobec niegłupich produkcyjnie podkładów fani pod sceną byli bardzo statyczni. I to przez większą część występu, a prym w tym bezruchu wiedli szczególnie właściciele czerwonych czapeczek, którzy już po 19:00 stanowili jakąś połowę całej publiki, czekając na swoich idoli z Florydy. Trochę więcej poruszenia w drugiej części setu wprowadził utwór „BUFALLO” – to wers „za młody na starość” chyba niektórych sprowokował do tańca, ale większość czerwonych daszków dalej została na swoim miejscu. Po 11 skróconych numerach w 20 minut koncert się skończył, zostawiając mnie z mieszanymi uczuciami. Całkiem niezła muzyka została popsuta niedbałym i nazbyt rozwrzeszczanym wokalem, któremu brakowało autotune’a. Raper zresztą wspominał, że pierwszy raz w życiu gra ze słuchawką w uchu i w tak dużym obiekcie, zadał też kilka pytań do publiki o swoje brzmienie, więc przeszkodą dla lepszego występu mogła być nieskoordynowana należycie technologia. Nie wiem w takim razie, czy poderwanie się widzów do większej zabawy podczas ostatniego kawałka, granego po raz drugi tego wieczoru „CHODZ ZE MNA NA GORE”, była motywowana tym, że coś wreszcie zaskoczyło, czy ludzie po prostu cieszyli się, że zaraz będzie koniec.

Dużo bardziej profesjonalnie zaprezentowała się Ecca Vandal, która cały swój 45-minutowy występ oparła na materiale z najnowszej płyty „LOOKING FOR PEOPLE TO UNFOLLOW”. I można powiedzieć, że wbrew tytułowi tego albumu, Eccę będę jednak obserwował.
Może nie jest jeszcze zbyt rozpoznawalna, a na dużych festiwalach gra o wczesnych godzinach i na małych scenach, ale na tej w Tauron Arenie czuła się bardzo pewnie. Co zresztą dość szybko doceniła publiczność, dobrze bawiąc się zarówno do alt-rockowych numerów jak „EYES SHUT”, opartych na rapie jak „CAME HERE FOR THE LOOT”, mieszających te stylistyki jak „GHOSTS”, czy stawianych na reggaetonowej rytmice jak „DO IT ANYWAY”. I choć mógłbym tak przelecieć po pozostałych 8 numerach (w sumie zagrała 12), to w tym momencie po prostu zachęcę do sprawdzenia całego albumu, na którym faktycznie dzieje się sporo muzycznie, ale jest to umiejętnie połączone. Spoiwem tego materiału i na płycie, i podczas koncertów jest wokal, czasem uroczo załamany, często przyjemnie zachrypnięty, zawsze charyzmatyczny. Widać było, że Ecca czuła się dobrze na scenie przez cały występ, a publiczność zdawała się wreszcie przypomnieć sobie, że przyszła się tu pobawić. Swoje dokładali też muzycy, zresztą już samo wtaczanie przed koncertem perkusji na scenę wywołało głośne owacje. Trzeba przyznać, że żywe partie zestawu i gitar brzmiały bardzo dobrze. Nawet mimo dużej ilości sampli miało się wreszcie wrażenie występu prawdziwego live bandu. Co tu dużo mówić – z zadania rozgrzania publiczności przed występem headlinera Ecca Vandal wywiązała się wzorowo.

I tu szykowała się niespodzianka. Jeszcze na około piętnaście minut przed czasem rozpoczęcia Limp Bizkit nad sceną pojawił się zegar odliczający czas. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie liczba minut, która zmniejszała się od pięciu, jakby koncert miał zacząć się przed czasem. Gdy odliczanie skończyło się, pojawił się Fred Durst… dość wiernie odrysowany na głównym telebimie. Ten całkiem udany trolling był zresztą zapowiedzią serii żartów i memów, bo już w trakcie występu mieliśmy okazję zobaczyć zdjęcia różnych znanych artystów, które miały przedstawiać ich reakcję na muzykę bohaterów tego akapitu, od zblazowanego Kanyego Westa, przez skwaszoną Metallicę (która zresztą doczekała się swojego snippetu w jednym z utworów) po jak zwykle zadowolonego Toma Cruise’a. Ale po kolei…
Mimo że Limp Bizkit od lat opiera swoje koncertowe setlisty na swoich dwóch najpopularniejszych (i chyba najbardziej udanych) albumach, „Significant Other” i „Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water”, to sam koncert w Krakowie zaczął się od numerów otwierających ich dwie ostatnie płyty – „Still Sucks” i „Gold Cobra”. Wsparciem dla osób, które twórczość grupy znają raczej z singli i telewizyjnych teledysków w okresie ich największej popularności (jak ja), był telebim, który wyświetlał teksty wszystkich utworów. Sam Fred Durst zresztą nazywał wydarzenie „fucking Limp Bizkit karaoke show”. I o ile przez pierwsze utwory śledziłem jeszcze telebim i scenę z osobliwie wyglądającymi Fredem (bez czerwonej czapeczki i z burzą siwych włosów, ale dalej w szerokich skaterskich spodniach) i Wesem Borlandem (obowiązkowo w kompletnym przebraniu), to mniej więcej od wysokości trzeciego utworu, który rozpoczął długą serię starych numerów – m.in. „My Generation”, „Break Stuff”, „Rollin’ (Air Raid Vehicle)”, obserwowałem już częściej to, co się działo na płycie areny. I jeżeli na początku trochę żałowałem, że nie mogę się pobujać na dole z resztą, to już w tym momencie byłem zadowolony ze swojego bezpiecznego miejsca na trybunie.
Zazwyczaj na tego typu koncertach fani bawią się mocniej w określonych przestrzeniach, na przykład bliżej sceny – tutaj przez większość show niemal cała płyta była jednym wielkim moshpitem. To, że dzięki swojej miejscówce przeżyłem występ w całości, to jedno, ale – co chyba ważniejsze – wyglądało to wszystko naprawdę imponująco. Publiczność nie zwalniała nawet przy kolejnych dwóch nowszych numerach („Gold Cobra” i „Dad Vibes”), chyba jedyną chwilą odpoczynku był cover The Who – „Behind Blue Eyes”, któremu towarzyszyło obowiązkowe morze latarek. Przy takich numerach jak „Take a Look Around” z ikoniczną melodyjką, „Nookie” i „Full Nelson” dalej trwało szaleństwo. Dwoje młodych szczęśliwców z płyty trafiło zresztą na scenę podczas tego ostatniego utworu, by wyśpiewać cały tekst pod przewodnictwem Freda. Pod sam koniec, by jeszcze minimalnie ochłonąć, poleciał cover George’a Michaela („Faith” – wydany zresztą na debiucie Limp Bizkit), a następnie „Hot Dog” i, ponownie tego wieczoru, „Break Stuff”, po którym już nie było co zbierać – idealny finał koncertu. Trzeba przyznać – bardzo udanego, również dźwiękowo, wszystkie instrumenty i wokal brzmiały naprawdę solidnie.
Szczerze mówiąc, nigdy nie byłem fanem grupy – ich twórczość była mi znana, gdyż była wszechobecna na początku tego wieku. I trochę wybrałem się na ten koncert z ciekawości, trochę z chęci „zaliczenia” legendy na żywo, trochę z dziennikarskiego obowiązku. A finalnie jestem bardziej zadowolony, niż się spodziewałem. Czy to było w ramach festiwalu Impact, czy powinniśmy mówić o koncercie Limp Bizkit z supportami? Myślę, że w trakcie i po wczorajszym występie jego uczestnicy będą mieli to gdzieś. Ostatecznie liczy się tylko jakość show, do której nie tylko nie mam zastrzeżeń, a która jeszcze przerosła moje oczekiwania.
Adrian Pokrzywka