On – legenda polskiego rocka, założyciel grup Hey i Indios Bravos, który po dekadach na wielkich scenach odnalazł spokój w kameralnych składach. Ona – charyzmatyczna wokalistka o aktorskim zacięciu i bogatym świecie wewnętrznym. Piotr Banach i Katarzyna „Kafi” Figaj od dziesięciu lat tworzą nie tylko parę w życiu, ale i unikalny organizm muzyczny pod nazwą Baika.
Artyści opowiadają o tym, dlaczego świadomie wybierają metodę DIY, rezygnując z profesjonalnych ekip na rzecz chałupniczej produkcji i teledysków kręconych „pięć minut od domu”. To zapis relacji dwóch różnych światów – refleksyjnego „Banachowa” i emocjonalnego „Kaficzkowa” – które spotykają się w połowie drogi, by tworzyć muzykę organiczną, gęstą od emocji i pozbawioną rynkowego lukru.
Czy na małej scenie w bibliotece da się poczuć więcej niż na stadionie? Jak przetrwać „rok trzeci” w związku i dlaczego płyta może pachnieć kurzem z remontowanego wspólnie domu? Rozmowa o tym, czy dystans między artystą a słuchaczem skraca się do spojrzenia prosto w oczy, oraz czy człowiek może stać się algorytmem.
Kuba Ryszkiewicz: Przygotowując się do tej rozmowy, oglądałem sobie wasze wideoklipy na YouTube. Potem na waszej stronie przeczytałem, że staracie się robić wszystko metodą DIY. Skąd ten pomysł?
Piotra Banach: Jesteśmy parą od 10 lat. Mamy bardzo różne podejścia do życia, bardzo różne charaktery. Każde z nas jest osobną połówką. DIY tak naprawdę to nie był żaden wybór. To jest moja chęć. A dla Kafi chyba konieczność. Powiedz, czy się mylę.
Katarzyna Figaj: No, gdybym miała takie możliwości, jakąś wytwórnię, środki, to pewnie robiłabym to inaczej. Ale że podjęłam się współpracy z Piotrkiem, a Piotrek jest osobą bardzo niezależną… Ja zresztą też mam taki charakter, że nie lubię jak mi się mówi, co mam robić. To się stało naszym sposobem na ten projekt. I to się sprawdza. Jak próbowaliśmy robić bardziej profesjonalne teledyski, to nie byliśmy z nich zadowoleni. Taki sposób pracy bardziej odpowiada naszej naturze, naszemu przekazowi muzycznemu, który jest przez to też bardziej doprecyzowany. Nie jest produktem wystylizowanym. Jest organicznym tworem, który powstaje tutaj, w domu, pomiędzy nami – teksty, muzyka, aranżacje i potem produkcja, masteringi, itd. Taka jest BAiKA. To stanowi o naszym charakterze i tego się już trzymamy.
KR: Czyli wymowa to „BAiKA”, a nie „bajka”?
KF: „BAiKA”. Piotrek wymyślił tę nazwę. Chodziło też trochę o to, żeby to się ludziom myliło. Żeby od razu budziło skojarzenia, że to jest taki bajkowy zespół, bajkowa muzyka, bajkowy koncert. Ludzie mówią, że to nie moja bajka, albo właśnie, że ich. My mówimy„BAiKA”, bo to jest skrót od Banach i Kafi. Jak przedstawiamy się na koncertach, to też staramy się to tak słownie rozdzielać.

KR: Jedną z rzeczy, które zauważyłem dopiero po chwili, to opisy pod waszymi youtube’owymi klipami. Bardzo często są dość długie i dodające kolejnej warstwy do piosenki.
KF: Wiesz co, u nas to po prostu jest tak, że my jesteśmy totalnymi autorami tych dzieł, opisów, muzyki i całej reszty. Nie korzystamy z pomocy osób trzecich, z możliwości doboru właściwych opisów, słów. Często tak jest, że opisy pod filmami są bardzo przemyślane i mają swój konkretny cel, czyli wypromowanie produktu. My nie myślimy o tym w ten sposób. My mamy piosenkę, którą chcemy pokazać ludziom, a niech już oni zadecydują, co z nią zrobić. Totalnie nie jesteśmy specjalistami od promocji, dlatego może jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Raz – nie lubimy tego robić, dwa – nie umiemy tego robić. Gdybyśmy lubili, to może byśmy się zainteresowali i podziałali więcej w tym kierunku. Ale nam głównie chodzi o to, żeby robić tę muzykę i żeby ona po prostu znalazła swoich słuchaczy sama.
KR: Ale w ten sposób skracacie przy okazji dystans z odbiorcą.
PB: Tak, z mojej perspektywy tak właśnie jest. Ja uwielbiam skracać dystans, bo dopiero na krótkim dystansie można człowiekowi zajrzeć w oczy. To jest oczywiście metafora, ale chodzi o to, że wszystko to, co się dzieje w tej przestrzeni oficjalnej, wszystkiego rodzaju konwenanse, zachowania, uprzejmości, one nam ułatwiają życie. Ale żeby się dowiedzieć czegoś o innych, a w rezultacie także o sobie, do tego potrzebne jest właśnie skracanie dystansu.
KR: W jednym z tych opisów wspominacie, że teledysk był inspirowany grą Hugo. I była tam mowa o tym, że ty nie do końca wiedziałeś o czym mowa, bo wtedy grałeś z Heyem dla tysięcy osób. Chciałbym zapytać, czy grając na tak dużych koncertach, kiedy tych ludzi jest morze, czy tam też da się nawiązać ten kontakt z osobą, czy raczej właśnie ciągnie was teraz do takich mniejszych koncertów, takich na przykład jak ten występ z biblioteki, który macie na swoim kanale YouTube?
PB: To znowu trzeba tę wypowiedź podzielić na dwie. Ja to wszystko przeżyłem i się tym najadłem. Ja wiem, jak to smakuje i taki na stare lata wyciągam wniosek, że wolę te mniejsze miejsca ze względu właśnie na bliskość z drugim człowiekiem, na możliwość skrócenia dystansu, na autentyczne emocje. Wiem, że jak się jest na takiej dużej scenie, to oczywiście robi to wielkie wrażenie. Człowiek widzi przed sobą morze głów, zapalniczki kiedyś, teraz telefony, to wszystko błyszczy i to jest niezwykle spektakularne. Ale jest się od tych ludzi oddzielonym konkretną przestrzenią. Również statusem. Oni są zupełnie w innej przestrzeni, w innym uniwersum niż ci, którzy są na tej dużej scenie. I potem na tej dużej scenie ci ludzie wracają do garderoby, mają tam oczywiście same luksusy i tak dalej, ale spotykają się tylko z ludźmi, którzy są z obsługi. Być może wyjdą na chwilę porozdawać autografy, ale to są takie spotkania bardzo powierzchowne. Więc bardzo sobie cenię to, że cały czas poznaję nowych ludzi. Ale Kafi chciałaby takich dużych koncertów, bo jeszcze ich nie doświadczyła, prawda?
KF: To generuje zupełnie inny anturaż. Koncerty kameralne są słodkie, bo reakcje ludzi silnie na nas oddziałują i przez to koncert jest bardzo plastyczny, a emocje, które widzimy na twarzach ludzi, szybko nam się udzielają i przez to wszystko jest bardzo żywe i spontaniczne. No ale jesteśmy zdani tylko na te emocje, już bez technicznych wspomagaczy, takich jak światła, dymy, przestrzeń, czy ruch sceniczny – tego wszystkiego brakuje. A wydaje mi się, że to też jest duża część sztuki, przedstawienia, do której jesteśmy też jako widzowie przyzwyczajeni. Kiedy tego ruchu postaci, ciała, świateł brakuje, to występ może się wydawać komuś niepełny. W każdym razie mi na pewno tego brakuje. Chciałabym mieć możliwość grania i takich koncertów, i takich. Nie wiem, czy to jest możliwe.
KR: Pracuję jako fotograf i często robię zdjęcia na koncertach. Współpracuję z taką kawiarnią, Galeria Projekt Cafe na Ursynowie w Warszawie. To jest właśnie takie bardzo kameralne miejsce, gdzie bardzo różni artyści grają koncerty. Tymon Tymański tam z gitarą kiedyś siedział. I on po prostu cały chodził, z tym swoim galopującym ADHD i mową ciała – on tam cały czas przerywał grę, bo mu coś buczało, coś go rozpraszało. No to po prostu było purpurowe szaleństwo. Ale właśnie kiedy słuchałem waszej płyty, to ona jest tak emocjonalnie napakowana, że kiedy oglądałem fragmenty z koncertu z biblioteki z waszego YouTube’a, to miałem właśnie wrażenie, że jesteście takim zwierzęciem uwięzionym w troszkę za małej klatce.
KF: Ja się tak czuję. Jest mi już z tym coraz mniej wygodnie, ale nie mam wyboru.
PB: Ja się z tym czuję dobrze, no bo tak jak mówiłem… Ja nie jestem zwierzęciem uwięzionym w klatce, ponieważ uwięzienie zakłada, że dzieje się to wbrew mojej woli. A to, co się dzieje, dzieje się zgodnie z moją wolą. I mi się to podoba. Fajnie byłoby, tak jak powiedziała Kafi, mieć jedno i drugie, wybierać sobie. Ale moje doświadczenie człowieka, który spędził w branży już ponad 40 lat, jest takie, że to się tylko wydaje, że jest to możliwe. Nie można tego połączyć, choćby z tego względu, że jak się już jest z dużą ekipą, ma się management, ma się technikę, ma się ludzi w zespole, światła, akustyka i tak dalej, to nie można im jednego dnia powiedzieć, słuchajcie, my teraz jedziemy zagrać duecik. No nie, tak nie można.
KF: Jak graliście w MTV Unplugged, były różne takie kameralne akcje.
PB: Ale to właśnie nie było tak, cały czas była ta sama ekipa.
KF: A z Indiosami jak graliście…
PB: Tak, jak graliśmy z Indiosami na przykład… Gdy szliśmy do studia nagrywać płytę, to menadżer rwał włosy z głowy, że on przez miesiąc teraz nie ma dochodu, bo my sobie płytę nagrywamy.

KR: A to się nie zmieniło teraz trochę? Bo ja, jak ty grałeś z Heyem, to ja byłem po drugiej stronie i na te koncerty chodziłem i pamiętam, że wtedy ten dystans z artystą był spory, prawda? Natomiast teraz, może to przez zmianę perspektywy, teraz siedzę w fosie i robię zdjęcia na koncertach, ale wydaje mi się, że teraz ten dystans aż tak duży nie jest, że artyści właśnie wychodzą do ludzi. Dwa dni temu byłem na Hunterze w Progresji i w trakcie koncertu Jelonek wychodził do ludzi i grał, chodząc w tłumie. I też po koncercie bardzo często widzę właśnie, że ci ludzie tam stoją, wychodzą ze sceny do ludzi i raczej właśnie skracają ten dystans, tak jak mówiliście na początku.
PB: A widziałeś Dawida Podsiadło albo Sanah, żeby tak robili? Wyobrażasz sobie, że byłoby to możliwe, że on po koncercie na stadionie schodzi tam potem pod te barierki, gdzie dziesiątki tysięcy ludzi napierają?
KR: No tak, rozumiem.
PB: To, że Jelonek wychodzi grać do ludzi, to jest część show i nikt go tam nie zaczepia. Ale gdyby on tam potem po koncercie… No, być może Hunter nie ma takich fanów, którzy byliby tacy, jakimi są fani tych artystów, którzy grają właśnie te wielkie stadiony, którzy są takimi masowymi, że tak się wyrażę, artystami. Sam w Heyu trochę to przechodziłem, że można próbować skrócić dystans, ale bardzo szybko się okazuje, że to nie był dobry pomysł, ponieważ najpierw podchodzi do ciebie jedna osoba, potem dwie, potem dziesięć, potem pięćdziesiąt. Napierają na ciebie, próbujesz iść, ktoś cię ciągnie za włosy, ktoś próbuje sobie urwać ci guzik od koszuli na pamiątkę i tak dalej. To nie jest takie proste.
KR: Napisaliście na swojej stronie, że pielęgnujecie swój banachowo-kaficzkowy świat. Co to znaczy i w jaki sposób go pielęgnujecie?
PB: Starając się nawzajem sobie nie zaburzać, że to jest banachowo-kaficzkowy. Ta nazwa zawiera dwa światy. I myśmy się bardzo długo uczyli te światy wzajemnie szanować, żeby nie wciągać drugiej strony w swój świat jako ten jedyny słuszny, tylko dać możliwość po prostu funkcjonowania u siebie, żebyśmy mieli zbiory wspólne, ale też żeby były zbiory osobne, indywidualne. Bo inaczej każde z nas byłoby nieszczęśliwe w takim układzie, gdyby cały czas musiało rezygnować z siebie, choćby nawet tylko trochę, po to, żeby na siłę tworzyć zbiór wspólny. Są zbiory wspólne i są zbiory osobne, i tak jest fajnie.
PB: Banachowy świat to jest taki świat, w którym trzeba dużo spokoju i czasu na przemyślenia.
KR: Przepraszam, że wejdę w słowo. To jest świat z perspektywy kogoś, kto nie jest Banachem, czy z perspektywy Banacha?
KF: To jest świat z perspektywy Banacha, którego znam jak własną kieszeń, ale niech powie sam.
PB: Tak, to prawda. Ja jestem człowiekiem refleksji. Cokolwiek do mnie dotrze, potrzebuję czasu, żeby to przetrawić. Kiedy czytam książkę, która ma w sobie coś, co mnie uczy, muszę sobie robić przerwę, żeby to przemyśleć. Cały czas poddaję pod wątpliwość swoje myśli, swoje oceny sytuacji. Ale też cudze myśli i cudze oceny sytuacji. Więc mój świat jest takim światem, który potrzebuje refleksji, spokoju, tak jak powiedziała Kafi, i działania we własnym tempie. Natomiast świat Kafi…
KF: Ja z kolei mam bardzo bogaty świat wewnętrzny, ale jestem podatna na wpływy z zewnątrz i mam przez to częste wahania nastrojów. One są totalnie nieszkodliwe, ale na początku Piotrek traktował je poważnie i próbował ingerować. Gdy miałam doła, to mnie pocieszał, a gdy się złościłam, to się też złościł. A teraz jest fajnie, bo zrozumiał, że ja potrzebuję to z siebie wyrzucić, ale to w konsekwencji donikąd nie prowadzi. Więc lepiej, żeby po prostu stał obok i był obserwatorem. I absolutnie w to nie wchodził. Ale mamy też części wspólne. Ja mam silną potrzebę tworzenia wokół siebie ładnych rzeczy i ładnego otoczenia. Piotrek też to odczuwa, więc w domu mamy porządek. Jest mi to niezbędnie do życia potrzebne. On nie jest mężczyzną, który rozrzuca swoje skarpety. Jest facetem, który sam po sobie pozmywa, wyniesie śmieci, nie trzeba mu o tym przypominać. I oboje kochamy przyrodę, naturę, więc dbamy o swój ogród, o tę przestrzeń wokół siebie. Piotrek nie narzeka, że ja marnuję czas na takie prozaiczne rzeczy, takie w sumie nikomu niepotrzebne, jak na przykład robienie na szydełku, na drutach, plecenie jakichś wianków. Rzeczy, które mają być ładne, a niekoniecznie jakoś super użytkowe. Taki to ten nasz świat właśnie jest. Dobraliśmy się dobrze, nikt nikomu nie przeszkadza, a każdy się wspiera nawzajem. Chociaż to zajęło trochę lat, zanim określiliśmy granice, swoje światy, znaleźliśmy wspólny zbiór. A po zbiorach osobnych nauczyliśmy się poruszać z szacunkiem dla drugiej osoby.
KR: A teksty w waszej twórczości są pewnym zapisem tego docierania się?
KF: No totalnie, tak.
PB: Zwłaszcza z poprzednich płyt. Bo wtedy ja byłem autorem tekstów i większość z nich była napisana jako taka moja próba powiedzenia czegoś Kafi, żeby ona po prostu mogła spojrzeć moimi oczami na siebie. Teraz, przy tej nowej płycie, Kafi już napisała połowę tekstów, i z kolei ona chciała mi coś pokazać, żebym ja spojrzał na siebie jej oczami. To są zapisy nie tylko obserwacji, ale całej relacji, tego jak ona przebiegała. Pierwsza płyta była bardzo osobna, na drugiej zaczęliśmy się wzajemnie słuchać. To jest miks naszych osobowości. Trzecia jest wypadkową. Nie wiemy, jaka będzie czwarta, ale to był długi proces zapisany właśnie na tych albumach.

KR: Macie trzy albumy na 10 lat twórczości. Czyli średnio pisanie albumu zajmuje wam trzy i pół roku? Czy po prostu to dochodzi do pewnego momentu, kiedy już tych zapisów jest tyle, że wystarczy ich na album?
PB: Po pierwsze, ich jest cztery. Można liczyć, że albumy zaczynają się od 2018 roku. Nagraliśmy taką płytkę w Radiu Koszalin. Ona nazywała się „RK Plus” (Radio Koszalin Plus). To „plus” oznaczało, że były tam trzy utwory z naszego domowego studia. Więc od tego 2018 roku nagraliśmy trzy płyty BAiKA. Ale też nagraliśmy płytę takiego tworu, który nosi nazwę Monogamik. To też jest płyta, której poświęciliśmy trochę czasu. Co prawda nie było tam pisania tekstów, bo Kafi skompilowała po prostu wypowiedzi Fryderyka Nietzschego i zrobiła z nich teksty. Dokonała takiej syntezy jego różnych myśli. Nagraliśmy tę płytę w ramach live sesji ze świetnymi muzykami, ze środowiska bardziej jazzowego niż rockowego.
KF: Te płyty nie powstawały regularnie, bo ta pierwsza płytka z Radia Koszalin to była spontaniczna akcja. Nasz repertuar koncertowy powstał w miesiąc, bo poznaliśmy się w 2015 roku, a w 2016 w lutym postanowiliśmy wyruszyć w trasę, choć jeszcze na początku roku nie mieliśmy piosenek. Więc w styczniu spotkaliśmy się i zaczęliśmy tworzyć repertuar. To była nasza pierwsza płytka, tak na chybcika. Potem przez wiele lat zbieraliśmy materiał na debiutancką. Nie spieszyło nam się, bo bardziej byliśmy w sobie zakochani, niż chciało nam się pracować. I przez to tak się to wydłużyło. Z kolei druga płyta studyjna miała potknięcie. Miała powstać szybciej, ale najpierw nie było inspiracji. Potem trafiła się pandemia i nie było chęci. Ani czasu. Wbrew pozorom, kiedy pandemia trwała, wszyscy mieliśmy więcej czasu, ale my się wpakowaliśmy z Piotrkiem w remont domu. Kupiliśmy dom i zajęliśmy się jego remontem. Więc płyta powstawała długo, bo minęło pięć lat od tej pierwszej debiutanckiej.
KR: Taka proza życia wypiera twórczość na dalszy plan?
KF: U mnie pomaga, jest wentylem bezpieczeństwa. Dobrze robi, że ja się mogę zająć rzeczami, na które mam realny wpływ. Jeżeli chcę pomalować płot, to po prostu biorę pędzel, maluję płot i płot jest pomalowany. A ta twórczość, w jakiej się próbujemy realizować jako artyści i wykonawcy, ona jest nieobliczalna. Nie wiadomo, czy ta piosenka na kogoś zadziała, czy nie zadziała, czy się komuś spodoba, czy nie. I dla mnie to jest duży problem, bo działam według takich zasad, że albo robię coś dobrze i robię dalej, albo nie robię dobrze i nie robię dalej. A jak nie wiem, czy robię dobrze, to nie wiem, czy chcę robić dalej. Z kolei dla Piotrka codzienność jest przeszkodą, on w takiej regularności, w rutynie się nie odnajduje. To jest kolejna różnica pomiędzy nami, ale jakoś to godzimy. Teraz mieliśmy bardzo intensywny czas i Piotrek autentycznie już mocno to odchorował.
KR: Intensywny w sensie koncertowym, muzycznym?
KF: Nie, chodziło o tworzenie materiału. Najpierw były próby do jego jubileuszowych koncertów, potem same koncerty. A kiedy się skończyły, myślał, że odpocznie. I wtedy ja powiedziałam, że nie, nie. Zostały dwa miesiące do nagrania płyty.
PB: To był ten czas końca złudzeń.
KF: Piotrek mi to obiecał i wywiązał się z obietnicy. Połowę płyty skończył w miesiąc, włącznie z miksami i produkcją poprzednich piosenek. To go bardzo mocno przeciążyło. Dlatego też nie pojechaliśmy od razu w trasę jesienną, tylko dopiero teraz, a i tak nie jest łatwo. Przemęczenie jest jeszcze duże. Nie tylko z jego strony, z mojej też. Przez to, że robimy wszystko sami, proces wydawania płyty, którą wypuściliśmy aż na trzech nośnikach, a wszystkie przygotowywaliśmy również sami, przez audio, po okładki, po grafikę. To był dla nas bardzo, bardzo wyczerpujący czas.
PB: I satysfakcjonujący.
KR: Mówisz, że wszystko zrobiliście sami.
KF: Tak, tak, tak. No może nie wszystko. Sami sobie zdjęć nie zrobiliśmy. Autorką zdjęć jest Anna Pietrakowska, z którą współpracujemy już od paru lat. W tym roku dołączyła do tej naszej ekipy Justyna Bator, która przygotowała tę stylizację. Zrobiła ten czepiec na głowę, wachlarz, rybki – takie dodatki, które bardzo urozmaiciły te zdjęcia i też stanowią o ich wyjątkowości. Więc zdecydowaliśmy się jedno z nich wziąć na okładkę. Wiedzieliśmy, że zasługuje na coś wyjątkowego niż tylko publikacja w Internecie. Mamy trochę osób, które nam pomagają. Na przykład Sławek Pakos, który jest naszym wydawcą z firmy Manufaktura Legenda, w której wydaliśmy wszystkie trzy albumy. Czy właśnie Ania Pietrakowska, która robi nam zdjęcia.
KR: Jak się do takiej sesji przygotowujecie?
KF: Zawsze proszę Anię o pomoc, kiedy wiem, że będziemy robili sesję. Pokazuję moje inspiracje. Bo wiem, w jakim kierunku chciałabym, żeby te zdjęcia poszły. Pokazuję cały katalog. Jestem fanką Pinteresta. Mam tam milion katalogów. A to ogródek, a to dom, a to inspiracje, a to włosy, a to zdjęcia, to kolory. I jak miałam właśnie w głowie jakiś obrazek do „Czasu końca złudzeń”, to miałam tam też przykładowe zdjęcia, kolorystykę, stylizację i ogólny klimat, który chciałabym, żebyśmy uzyskali. Dziewczyny zapoznały się z tym, przywieźliśmy trochę swoich ciuchów. Z poprzedniej sesji, gdzie te ciuchy uszyłam sama od A do Z, spodnie, bluzy, wszystkie pompony robiłam sama, nawet czapkę sklejałam. Stylizacja amatorki. Za to stylizacja do „Czasu końca złudzeń” jest taka, że Piotrek ma na sobie moje spodnie, takie bardzo szerokie, na gumce, które na mnie wyglądają jak spódnica, za to na nim wyglądają jak spodnie samuraja.
KR: Lubicie kręcenie teledysków?
PB: Ja bardzo nie lubię.
KF: Ja lubię. Dla mnie to jest jak zabawa z dzieciństwa. Odkąd byłam w przedszkolu, to ten mój świat wyobraźni pozwalał mi, żeby i się przebrać za kogoś, i wykorzystać jakiś rekwizyt od kogoś. Piotrek nie. Piotrek się nie sprawdza, ponieważ on bardzo nie lubi, kiedy się go reżyseruje.
PB: Nie lubię, kiedy się mnie reżyseruje, to raz. Dwa – sam jestem zdziwiony, patrząc na te zdjęcia, że pozwoliłem sobie na to, na takie przebieranki. Fajnie to wygląda, ale… Kiedyś bardzo bym się wstydził czegoś takiego. Teraz machnąłem na to ręką. Źle się czuję przed kamerą, przed obiektywem, bo jest to dla mnie moment sztuczności. Kafi się w tym czuje jak ryba w wodzie, bo jest aktorką. Ludzie na naszych koncertach pytają ją, czy aby nie skończyła szkoły aktorskiej, bo jest tak bardzo wyrazista w tym wszystkim. A ja odwrotnie. Nie mam problemu z wyjściem i mówieniem do ludzi. Gdybym dostał takie zadanie, że „słuchaj, tam jest pięć tysięcy osób, idź i coś powiedz, bo trzeba zabić czas”, to bym się tego podjął. Natomiast gdy słyszę „a teraz choć zrobimy pięć ujęć twojej wypowiedzi do kamery, tylko pamiętaj, żeby powtarzać za każdym razem to samo”, no to tego bym się nie podjął. Kiedy nagrywamy filmiki, takie właśnie zapowiedzi na koncerty, ja coś mówię, co według mnie jest swobodne, fajne, a Kaficzek potem ogląda i mówi „wiesz co, tutaj światło źle padło, musimy nagrać jeszcze raz”. No to dobra, nagrywamy jeszcze raz, a ona przerywa, mówi „nie, nie, nie, powiedz to tak jak było wtedy, wtedy było fajnie”. I to już jest dla mnie problem. Nie potrafię tego powiedzieć drugi raz tak samo, nie jestem aktorem. I taka jest odpowiedź na pytanie, czy lubimy kręcić klipy. Kaficzek uwielbia i jest z tym świetna. Ja nie.
KR: Macie taki teledysk, jak siedzicie przy stoliku, w bardzo dziwnych miejscach. Za wami jest taki znak…
KF: Znak, że tam jest ogumienie, serwis.
KR: Tak, tak, serwis ogumienia. Specjalnie szukaliście takiego miejsca?
PB: Wiedzieliśmy, że to może być kontrowersyjne, ale machnęliśmy na to ręką. Mówiłem, że nie możemy tam robić. Ale Kaficzek powiedziała, że jest fajnie.
KF: No bo chodziło nam o to, że samochody z tyłu jeździły. To wszystko są lokalizacje z miejscowości, w której mieszkamy, i miejsca, które mijamy na co dzień. Jedna z nich to jest nasza ulica, druga to są stawy, gdzie chodzimy z psem. Trzecia to jest piękny park. Polecamy się tam wybrać. Most w Miłosławie. Chodziło nam o to, żeby ten teledysk mówił, żeby nie przeżyć życia obok, tylko być w miejscu, w którym się jest, i rozkoszować się tą chwilą. Więc stawialiśmy swój stolik z ogrodu w różnych takich śmiesznych lokalizacjach i piliśmy sobie z niego herbatkę, ignorując świat, otoczenie, zajmując się sobą i tym, że ta najmilsza osoba jest obok, i że można z nią spędzać czas.
PB: Potrzebowaliśmy klipu, który będzie zawierał nasz wizerunek, a nie będzie znowu jakąś animacją czy czymś podobnym. Byłem świeżo po nagraniu płyty, cały skołowany. Tak naprawdę kręciło mi się w głowie, miałem problemy z utrzymaniem równowagi, i dla mnie każda inna forma niż takiego klip była wtedy nie do pomyślenia. A tak, siadamy przy stoliku, jemy pączki. To była jedyna możliwość tak naprawdę.
KR: To strasznie fajnie wyszło.
KF: To zresztą widać, że Piotrek jest bardzo zmęczony na tym teledysku. No ale taki był to czas, to już z tym nic się nie da zrobić.
PB: Byliśmy w szlafrokach i było właśnie tak bez napinania się, bez wciągania brzucha.
KR: I pięć minut od domu?
KF: Tak, pięć minut od domu. Miłosław to nie jest duża miejscowość, jest 3600 mieszkańców i te wszystkie miejscówki są nam dobrze znane. No, wzbudzaliśmy trochę zdziwienie, bo szliśmy z tym stolikiem i z dwiema torbami z ciastkami, jeszcze z jakimś obrusikiem i talerzykami. Usiedliśmy na stawach i tam przejeżdżały jakieś pojedyncze samochody, to widać było, jak wszyscy pasażerowie się patrzą – „co tu się dzieje, co to za ludzie”. No ale nikt nas nie krytykował, nie podszedł, że „co wy robicie, co wy tutaj chcecie”.
PB: Nakręciliśmy to wideo, naszym operatorem był Kuba Hadaś, który pomagał nam nosić wszystkie te torby i potem stawialiśmy tam statyw, całość zajęła nam po prostu kilka godzin i potem montaż tego w zasadzie też jeden dzień. Jest taki klip o lataniu, gdzie myśmy sobie pozwolili właśnie na zabawę, na jakieś przebieranki. Nagraliśmy piosenkę na pierwszą rocznicę naszego związku i projektu, taką właśnie o lataniu i uznaliśmy, że trzeba zrobić do niej klip. Od tego momentu do wpuszczenia go do sieci minęło 6 godzin, więc to po prostu była dla nas niesamowita zabawa.
KF: No i niesamowity bałagan.

KR: Przepraszam, że tak dużo o tych teledyskach, bo może wolicie o czymś innym. Ale jeden szczególnie utkwił mi w pamięci. Także za sprawą tego, co jest napisane pod spodem, że to jest rok trzeci, gdzie oglądacie siebie na ekranie. Bardzo mocny obraz. Przełamywanie czwartej ściany. Może moglibyście też coś o nim opowiedzieć.
BP: No, zdarzył nam się rok trzeci nie raz i nie dwa. Moja obserwacja człowieka, który może już sobie pozwolić w swoim wieku jest taka, że największy kryzys w związkach zaczyna się właśnie gdzieś tam w okolicy 2,5 roku ze sobą. To jest taka kulminacja tego kryzysu. I zazwyczaj albo się pary rozstają, albo przetrwają do kolejnego kryzysu, który przychodzi po pięciu, siedmiu latach. Różnie bywa. Więc ten rok trzeci, tak jak jest w tekście opisane – jeszcze nas nagość zawstydza, ale już mniej ze sobą rozmawiamy, nie spotykamy się przy stole. U nas tak nie było, to jest trochę fikcja literacka, ale fikcja literacka oparta o inne doświadczenia, obserwacje. Natomiast sam ten klip…
KF: Tu na kanapie kręciliśmy.
PB: Tak, tu kręciliśmy.
KF: Siedzimy na kanapie, a tutaj na tej ścianie…
PB: Mamy rzutnik. Nie mamy telewizora, tylko mamy rzutnik.
KF: Tu jest rzutnik, a tu jest ta ściana.
PB: A tu siedzieliśmy przed tym, tak, i symulowaliśmy, że się kłócimy. To była oczywiście gra aktorska. Ale to, co się działo na ekranie, te urywki z naszego życia… Myśmy się bardzo dobrze bawili ze sobą i wykorzystywaliśmy takie zdjęcia sfilmowane, momenty, gdzie byliśmy rozbawieni, kiedy musieliśmy nakręcić coś, zaproszenie na koncert na przykład, albo życzenia urodzinowe dla kogoś. Inaczej byśmy tych zdjęć nie mieli. One były autentyczne, więc tam jest jedna z końcowych scen – idziemy po plaży, trzymając się za ręce jak małe dzieci, podskakując. To też było autentyczne.
KF: Przydomowe archiwum różnych sytuacji, odkąd się znamy. Najwięcej tych materiałów robiliśmy, jak byliśmy w tym okresie zakochania. Potem już coraz mniej, coraz mniej. Teraz to by już było jak na lekarstwo.
PB: No właśnie, już mnie nie kochasz.
KF: Ty mnie nie kochasz.
PB: I nie lajkuję twoich postów na Facebooku. Najgorzej.
KR: To jeszcze jesteś na Facebooku, tak?
KF: Nie, ja nie mam serca do Facebooka. Obsługuję nasz profil i Instagram, staram się nad tym pracować, nad naszym wizerunkiem, nad kontaktem z ludźmi, bo wizerunku jako takiego nie mamy jakoś wykreowanego. Ale swoje prywatne profile mam zarzucone, bo po prostu jestem już tym przebodźcowana, zmęczona. Nie kręci mnie to chwalenie się przez cały czas. Ja nie lubię się chwalić. Piotrek odwrotnie.
PB: Jak sam nie powiem o sobie dobrze, to nikt inny o mnie nie powie.
KF: On jak coś zrobi i przychodzą do nas goście, to on to zaraz pokazuje, wystawia to na ocenę. Chętnie się zapoznaje ze zdaniem innych osób na temat naszej twórczości. A ja nie. Ja czekam do samego końca. Wypuszczam i potem czekam. Ale też nawet niechętnie sprawdzam. Nie lubię się konfrontować z rzeczywistością, z otoczeniem. Raczej z ludźmi, moimi, sprawdzonymi, a tak do ludzi obcych raczej nie mam zaufania.
KR: Jestem trochę rozczarowany tym, jak się zmieniły media społecznościowe. Są tak nieinteresujące. To, czym nas media społecznościowe teraz karmią. Mam coraz bardziej wrażenie, że właściwie nie ma sensu tam być. A niestety trzeba.
KF: No właśnie, takie błędne koło.
PB: Błędne koło.
KF: Kto potrafi rozpoznać, czy jest w czymś sens, czy nie ma. No a tutaj tak z jednej strony jest sens, bo to jest jedyna forma kontaktu teraz z ludźmi. I tak jak rozmawialiśmy o tym na samym początku rozmowy, że artyści i wykonawcy stali się bardziej dostępni, tak jest też dlatego, że są te media społecznościowe, i że oni tam wszystko o sobie piszą, i pokazują jak wyglądają poza sceną. Pokazują jak wyglądają na wakacjach, gdzie te wakacje spędzili. Dodatkowo rejestrują jeszcze jakieś inne formy swojej działalności. Więc nie ma już w tym wszystkim tajemnicy. To kiedyś stanowiło też o twórcy, że był osobą podziwianą i chętnie oglądaną, ale też ona była niedostępna. I że na koncercie to była jedyna forma zaobserwowania tej osoby, jakichś jej ruchów, sposobu wysławiania się. A jak to wszystko jest takie właściwie podane na tacy?
PB: Ja trochę tutaj sprostuję, jako człowiek z dużym doświadczeniem życiowym. Kiedyś nie było mediów społecznościowych, a o artystach wiedzieliśmy wszystko. Były tysiące wywiadów, tysiące filmów, i tak dalej. I to nie było na wyciągnięcie ręki. Nie można było w każdym momencie tego sobie włączyć. Trzeba było obejrzeć o którejś tam godzinie, któregoś dnia, włączyć program telewizyjny, albo pójść do kina i tak dalej. Jeśli chodzi o prywatność, to myślę, że tu się niewiele zmieniło. Kiedyś artyści starali się o to, żeby jednak się pokazać jako ludzie, no bo muzyka jest formą komunikowania się ze światem. A co to za komunikat pozbawiony treści? Każdy jakoś starał się siebie pokazać. Myślę, że to nie jest tak, że teraz to straciło na znaczeniu. Jeden wywiad o Beatlesach, który zrobił Piotr Metz na przykład. I ja chodziłem kupować wszystkie gazety, które były z wywiadami. Było ich chyba kilkanaście.
KR: A jakbyś mógł wejść na Instagram, czy tam na Facebooka, i wszystkie posty byś obserwował, wszystko byś przeglądał?
PB: No ale do tego samego się to sprowadza, bo jak miałem kilkanaście gazet, to czytałem je przez cały miesiąc. A teraz też jak wchodzę na Facebooka, nie docieram do wszystkiego w jednym momencie, tylko też mam na to czas.

KR: Ale teraz jeszcze Facebook ci ukrywa pewne rzeczy, prawda?
PB: No tak, są algorytmy. Kiedyś mogłeś wybierać sam.
KR: Ale szedłeś do sklepu płytowego i pan czy pani rozmawiali z tobą i mówili ci, która płyta ci się może spodobać, a teraz pana i panią zastąpił algorytm.
PB: Ja byłem takim panem, pracowałem w sklepie i polecałem płyty, ale mogłem polecać tylko tego zasobu, który stał na półkach. Nic więcej.
KR: Czyli to ty byłeś tym algorytmem.
PB: No ja byłem algorytmem. To chyba taką książkę napiszę. Byłem algorytmem.
KR: Ale z drugiej strony, uczę w technikum nastolatków. Oni konsumują muzykę w taki sposób, który chciałbym znów potrafić. Móc słuchać muzyki w ten sposób. I potem, kiedy ich widzę na koncertach, to oni mają tę magię w oczach. I to nie jest tak, że to się zmieniło. Mam wrażenie, że to wygląda dokładnie tak samo, jak za moich młodzieńczych lat. Oni siedzą w słuchawkach, właściwie gdyby mogli, to by siedzieli w nich cały czas.
KF: To jest właśnie urok, taki etap w życiu, że ludzie są tak ze swoimi emocjami rozkręceni, że muzyka jest emocją. Oni potrzebują te emocje w ten sposób określić, gdzieś wrócić, czemuś przypisać. A im człowiek starszy, tym te emocje są bardziej przygaszone, jest ich mniej, już tak wiele rzeczy nie cieszy, w tak wielu rzeczach człowiek się nie rozkochuje. Nie ma tylu nowości i te emocje są bardziej stateczne. Już wiemy, co nas może spotkać. Magia niestety trochę wygasa. Ja zauważyłam, że najwięcej muzyki właśnie słuchałam w liceum, bo wtedy ona była skorelowana nie tylko z moimi przeżyciami wewnętrznymi, ale też ze światem znajomych, przyjaciół, którzy żyli podobnymi rzeczami, którymi żyłam ja. Polecaliśmy sobie te rzeczy, one były dla nas takie jasne, komunikatywne, bo wszyscy mniej więcej odczuwaliśmy to samo.
PB: To nie jest tak, że u osób starszych są przygaszone. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że młody człowiek dostaje całą masę różnych cukierków i musi każdy odwinąć i spróbować. I jest w tym wszystkim, odwija, odwija, odwija, papierki fruwają, próbuje, wypluwa, połyka, cokolwiek. A ci starsi, którzy już te wszystkie cukierki sprawdzili, to z tej całej kupy cukierków, która leży, wyciągają konkretny cukierek w konkretnym papierku. Ale to dlatego, że już mają właśnie jakąś ocenę, jakiś osąd. W tym momencie, jak ktoś wprowadzi nowy cukierek na rynek, to już go nie spróbuje, bo będzie jeść tylko te, co do których się przyzwyczaił.
KR: Może ci starsi już mają po prostu tak wysoki cukier, że nie mogą tyle tych cukierków jeść. Ale z drugiej strony, jak byłem w liceum, to kasetę, której sobie aktualnie słuchałem, nie wiem, dajmy na to Heya czy Nirvany, słuchałem jej w tę i z powrotem, od deski do deski, aż się zajechała taśma. Teraz nie byłbym w stanie słuchać tej samej płyty w nieskończoność.
PB: Ja trafiłem na parę takich rzeczy. Ale faktycznie, to są już rzadkie strzały, zdarza się, że wpadnie mi coś do ucha i mam takie flow, że przez trzy, cztery dni muszę to słyszeć.
KR: Ale ja tych płyt latami słuchałem, przez całe liceum właściwie. Tych płyt w liceum miałem, nie wiem, dziesięć, dwadzieścia, już nie pamiętam, tych kaset. Miałem taką sytuację ostatnio, że robiłem zdjęcia w klubie motocyklowym ZRYW. Oni przekształcili jakiś stary garaż na klub house. I jak pierwszy raz tam przyszedłem, to tam leciała muzyka, której ja słuchałem w liceum. Po prostu cała ta playlista, którą mieli, wszystkie te zespoły cięższe troszeczkę, to wszystko tam leciało. I faktycznie przez chwilę było super, znowu czułem się jak ten młody człowiek. No ale już bym nie był w stanie tam siedzieć dzień w dzień. Tydzień posłucham, miesiąc, nie wiem, może dwa, ale potem już potrzeba czegoś nowego.
PB: Jak mówi mądra księga, wszystko jest wyznaczone i wszystko ma swój czas. Jest czas zasiewów, jest czas zbiorów i tak dalej, i tak dalej. Więc ja myślę sobie, że świat się wbrew pozorom wcale nie zmienia, jak się temu przyjrzeć. To wszystko jest po prostu takie, jakie było kiedyś, tylko ma ewentualnie inne tło, trochę inne narzędzia. Za mojego życia, jakby była już taka rewolucja pod tytułem, że telewizja zabije kina, zabije teatry i tak dalej. Potem, jak się pojawiły magnetowidy, to że kto będzie teraz oglądał telewizję, kto będzie chodził do kina, kto będzie chodził do teatru. I tak dalej, i tak dalej, to można ciągnąć. Jednakowoż to wszystko trwa, po prostu zwiększa się zakres możliwości i w związku z tym nasze drogi się rozchodzą. Bo kiedyś wszyscy spotykaliśmy się, załóżmy, całe społeczności spotykały się w jednym kościele. Potem, jak kościół się podzielił, to ludzie się w różnych kościołach spotykali. Jeżeli się szło na koncert, kiedyś właśnie muzyka rockowa była tak bardzo zwarta, bo ten worek z muzyką rockową był obszyty bardzo konkretnymi wyobrażeniami, o tym, czym jest muzyka rockowa. Ale ta muzyka rockowa gdzieś tam pączkowała, wchodziła we flirty, a to z popem, a to z elektroniką, a to z reggae, a to z czymś tam jeszcze. I ludzie tak się powoli rozchodzili, bo było więcej możliwości. Teraz może te nasze drogi się rozchodzą, ale w zasadzie świat jest taki sam, jaki był 50 lat temu, tak jak ja go pamiętam. Tyle, że trochę ma inną dekorację.

KR: No niby tak, ale kino umiera.
PB: No, umiera. Tak jak umarli bednarze, kaletnicy i tak dalej, i tak dalej. Zgadza się, ale jakbyśmy w ten sposób zaczęli myśleć po prostu o świecie, to musielibyśmy teraz zastanawiać się, dlaczego już nie ma ulicznych latarników, którzy zapalali lampy gazowe, bo to było takie fajne i malownicze.
KR: To może trochę zmiana klimatu, bo tak grozą powiało. Opowiedzcie może o waszej trasie koncertowej. Czego można się spodziewać? Jak wasz nowy album żyje na koncertach?
PB: Trasa koncertowa jeszcze trwa, już zbliżamy się do końca. Ale będzie kontynuacja jesienna, bo nie zdążyliśmy odwiedzić wszystkich miast, na których nam zależało. Gramy na niej zdecydowaną większość materiału z najnowszej płyty. Jedną piosenkę sobie zostawiliśmy, żeby w przyszłości zagrać ją z zespołem. I może się uda zagrać kiedyś jeszcze trasę z zespołem, żeby wszystkie instrumenty były na żywo. Ale póki co jest nas dwoje, dalej te koncerty są tylko w duecie. Są teraz dużo bardziej nasycone brzmieniowo i scalone. To jest to, co wyróżnia te trasy od poprzednich.
KR: Co oznacza, że są scalone?
PB: Te nowe piosenki są bardziej rockowe i masywniejsze w brzmieniu. Teraz graliśmy koncert w Gorzowie, w klubie MagnetOffOn. Wcześniej jak tam graliśmy, byliśmy traktowani może nie jako poezja śpiewana, ale coś w tym kierunku. Ludzie siedzieli na krzesłach i słuchali. A teraz ten koncert miał już taki pazur. Ludzie wstali, podrygiwali, śpiewali. I my też gramy w taki bardziej masywny sposób. Aranżacje są nasycone twardymi brzmieniami. Te wcześniejsze były miększe, bardziej przestrzenne.
KF: Jest więcej riffów, jest więcej gitary, jest więcej basów warczących, a mniej plumkania reggae. Jest więcej mięcha.
KR: Czyli samo gęste. Kiedy patrzyłem sobie, w jakich miejscach będziecie i w jakich już graliście, to układa się taki fajny pejzaż, Fabryka Kultury ZGRZYT, Trzynaście Muz, Nietota, Miejsce X, Pan Gar. Strasznie fajne nazwy klubów, muszę powiedzieć.
KF: To są też bardzo fajne miejsca. My przejechaliśmy przez te 10 lat całą Polskę prawie i byliśmy w wielu miejscówkach, ale wracamy jedynie do tych, które rezonują z nami. Nie jedziemy tylko dlatego, bo tam jest nagłośnienie i dobry procent z biletów. Tylko jedziemy dlatego, że wszystko się tam zgadza, i my się tam dobrze czujemy, i nasza publiczność się dobrze tam czuje. Są jeszcze miejsca, które testujemy, ale są też takie, w które na pewno już nie wrócimy. Nasze odczucie było takie, że nie, że to nie jest miejsce dla nas.
PB: I dla naszej publiczności też nie.
KF: Naszej publiczności też się nie podobało. Natomiast inni, jak tam jeżdżą, są zachwyceni, więc to też jest takie indywidualne.
KR: A w Warszawie będziecie jeszcze, czy już nie?
PB: Być może na jesieni. Ale my nie robimy zbyt dalekich planów. Ludziom trzeba też dać zatęsknić.
KR: Nie mogę się doczekać jesieni zatem. Wielkie dzięki za rozmowę.
BAiKA: Wielkie dzięki. Do zobaczenia.
Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz