W ich teledyskach czernie są głębokie, biele surowe, czuć inspirację ekspresjonistycznym kinem lat 20. Jednak za tą mroczną, perfekcyjnie skrojoną oprawą wizualną kryją się ludzie, którzy w piątkowe wieczory grają rockowe koncerty dla tłumów, a w poniedziałkowe poranki wracają do biurek skanować faktury. O tym, jak zderzenie totalnych muzycznych przeciwieństw zrodziło debiutancki album „The Knots and Chains”, dlaczego oddanie kontroli kolegom z zespołu było najtrudniejszym testem oraz czego spodziewają się po swoim pierwszym koncercie w Polsce w warszawskim klubie Potok (15.11.2026) – rozmawiałem z Raphaëlem Bresslerem z Lone Assembly.
Kuba Ryszkiewicz: Rok temu wypuściliście album „The Knots and Chains”. Mógłbyś mi trochę o nim opowiedzieć?
Raphaël Bressler: To jest coś niesamowitego, wypuścić swój debiutancki album. Sporo czasu nam to zajęło, byliśmy bardzo szczęśliwi i dumni, że te piosenki w końcu wyszły na światło dzienne. No i z faktu, że będziemy także w Polsce.
KR: Stosunkowo niedawno zawiązaliście zespół, ale macie bardzo spójny, unikalny image. Możesz mi trochę opowiedzieć o waszych początkach i jak do tego doszliście?
RB: Nasz gitarzysta jest dyrektorem artystycznym zespołu. On się tym wszystkim zajmował. Współpracował przy tworzeniu z wieloma naszymi przyjaciółmi. Zawsze staramy się tak robić, otaczać się ludźmi, którym ufamy, których znamy. Łatwiej nam tak pracować. On ma bardzo silną wizję tego, jak nasz zespół ma prezentować się estetycznie. Dużo rozmawialiśmy o tym, o czym są moje piosenki. I potem starał się to uchwycić w obrazie. Moim zdaniem robi to bardzo dobrze, w niezwykle unikalny sposób. Znamy się od czasu, gdy byliśmy nastolatkami, więc w sumie nic dziwnego, że dobrze się rozumiemy. Razem chodziliśmy do szkoły. Wtedy jeszcze nie mieliśmy jakiejś bliskiej relacji, w każdym razie nie muzycznej. Chyba musieliśmy na własną rękę eksperymentować, zanim nasze drogi się przecięły.

KR: I z czym eksperymentowałeś?
RB: Miałem taki bardziej artystyczny zespół, kiedy miałem 16-17 lat. Niezbyt dobrze się w nim czułem, ale z początku było to świetne doświadczenie. Dużo się nauczyłem, jeśli chodzi o pisanie tekstów, jak się zachowywać na scenie, przed ludźmi. Potem nasze drogi się rozeszły. Dużo pracowałem samodzielnie, uczyłem się jak produkować, jak pisać muzykę. To mi sprawiało wielką frajdę. Za to Glennowi było bliżej do sceny hardcore’owej. Zdzierał gardło w swoim zespole, był totalnie na przeciwnym biegunie. I potem, jakieś siedem lat temu, odezwałem się do niego i zaczęliśmy razem robić muzykę. Jakoś w tamtym czasie miałem skrawki „All Around Me” i “Blue Morning”. Jakieś demówki, pianino i wokale. To mi sprawiało wielką frajdę. Potem sprowadziliśmy Jima, który był przyjacielem Glenna. I w takim składzie funkcjonujemy od 2024 roku.
KR: Czyli warstwą tekstową zajmujesz się ty?
RB: Początkowo tak. Na epce wszystkie piosenki były moje. Ta płyta była dla mnie bardzo osobista, bardzo mi droga. Byłem wtedy trochę dyktatorem w naszym zespole, jeśli chodzi o sprawy artystyczne. Bardzo chciałem, żeby ta epka wyglądała tak, jak to sobie wyobraziłem. Teraz jest już bliżej demokracji. Każdy może przynosić swoje pomysły.
KR: Mówiłeś, że słowa twoich piosenek z epki Glenn pomógł ci wprowadzić w życie już na tym etapie, czyli ta demokracja zaczęła kiełkować już wcześniej?
RB: Coś w tym jest. Glenn i później Victor, twórca naszej okładki. Ta dyktatura ograniczała się do muzyki. Estetykę zostawiłem Glennowi, on jest dużo bardziej utalentowany w tym zakresie ode mnie.
KR: Czyli mówiłeś im, co mają grać?
RB: Zasadniczo miałem sporo linii basu i gitary. Oczywiście oni to potem przerabiali, ale jakiś tam szkic był.
KR: Czy to znaczy, że to oni się zmienili, czy że ty?
RB: Raczej ja. Na to wychodzi. Ta płyta była trochę testem dla nas wszystkich. Singiel był prawdziwym testem, bo to było pierwsze, co zrobiliśmy wszyscy razem. To było dla nas ważne, żeby dać z siebie wszystko. Ja już się nie mieszałem w role innych. Miałem jakieś pomysły, ale raczej je swobodnie dyskutowaliśmy z zespołem. Zazwyczaj wybieramy te pomysły, które lepiej służą piosenkom, są bardziej interesujące. Mogą być moje, mogą być Glenna, mogą być Jima albo Romaina. To teraz drugorzędne. Jeśli piosenka jest git, wszyscy jesteśmy zadowoleni.

KR: Jak to było czekać na wydanie płyty, patrzeć, jak rezonuje ze słuchaczami, i wreszcie jak to jest teraz, gdy gracie ją na koncertach?
RB: Wciąż jest jeszcze trochę dziwnie. Łatwiej było, zanim album wyszedł. Wtedy piosenki należały tylko do nas. Wierzę, że kiedy wypuszczasz w świat piosenki, przestają należeć do ciebie. Są gdzieś tam i każdy może je sobie wziąć. Każdy może sprawić, że są dla niego czymś ważnym. Ale zawsze fajnie jest grać je na żywo. Możemy je trochę zmieniać, bawić się nimi. Staramy się nie popadać w rutynę na naszych koncertach.
KR: Co przez to rozumiesz?
RB: Zmieniamy trochę nasze partie, ja zmieniam czasem moje wokale.
KR: Na waszym YouTube można obejrzeć wasz krótki koncert. Faktycznie utwory bardzo się różnią od wersji z płyty. Jest bardziej rockowo.
RB: Mam wrażenie, że na koncertach jesteśmy właśnie bardziej rockowi. No i epka też miała trochę inny charakter przez to, że Romaina nie było jeszcze z nami. Miała inną dynamikę. Jego pojawienie się zmusiło nas do wysiłku, jeśli chodzi o rytmikę.
KR: Przepraszam, że tak się skupiam na waszych teledyskach. Ale jako fotograf ciężko mi się od tej strony wizualnej oderwać. Bardzo mi się podoba, jak bardzo czarne są czernie i jak białe biele w waszej stylistyce. Ten wysoki kontrast czarno-białych zdjęć jest świetny. Wszystko to jest bardzo spójne – wasze media społecznościowe, strona, nawet zdjęcia z koncertów.
RB: Dzięki za zauważenie tego. Przekażę zespołowi, że ludzie to dostrzegają. Będzie im miło, bo oni bardzo się starają, żeby to wszystko było spójne. Muzyka jest ważna, ale to, jak ją promujemy wydaje się dobrze działać. Zazwyczaj pracujemy z tymi samymi ludźmi. Victor jest odpowiedzialny za okładki. Manon, też nasza przyjaciółka, zajmuje się reżyserią naszych teledysków. Jej dziewczyna, Margaux, robiła zdjęcia do albumu. Ale to Glenn pociąga za sznurki. On jest odpowiedzialny za wizję, za atmosferę. Przygotowuje plakaty naszych tras, merch – i robi to świetnie.
KR: Jakie są źródła tej estetyki?
RB: Jest ogromnym fanem kina wczesnych lat 20. i 30. Kończył szkołę artystyczną. Tam odkrył wielu artystów i ich obrazy. Sam też jest artystą. Świetnie rysuje. Ma dobre oko do tych spraw. Gdzieś mu tam siadła ta gotycka estetyka. Wszystko to razem się miesza i tak powstał nasz instagram i wszystko to, co widziałeś.
KR: Nie mogę się oprzeć myśli, że wasza muzyka mogłaby spokojnie odnaleźć się w zupełnie innej estetyce. Nie jestem zbyt dobry, jeśli chodzi o określanie gatunków, ale wyobrażam sobie, że na przykład popartowe kolory, albo taki totalny kolor – też mogłyby zagrać.
RB: Tak szczerze, to sam nie jestem do końca pewien, jak się nazywa styl, w jakim gramy. Myślę, że ludzie zdecydują za nas.
KR: Nagraliście album, nagrywacie teledyski. Zauważyłem, że najnowszy nie jest czarno-biały. Jest biało-czarny. Skąd ta zmiana?
RB: Glenn chciał mieć białą okładkę. Trochę się wahaliśmy pomiędzy czarnym a białym. Podoba mi się, że jest niejednoznaczna, że dopuszcza interpretację. Tam widać sylwetkę, w której rośnie coś czarnego, coś w środku. Podoba mi się to, bo o tym jest cały album. O tej mroczniejszej stronie, którą chowamy głęboko. Ta okładka przemawia do mnie. No i mieliśmy też już całą resztę zdjęć na pozostałe okładki. Wybraliśmy „You’re Pulling at the Same Strings” jako singiel. Chcieliśmy, żeby teledysk pasował wizualnie. Glenn znalazł to piękne, wielkie, białe studio w Szwajcarii. Nie wiem, czy to się wszystko składa w sensowną całość.
KR: Strasznie fajnie bawicie się perspektywą. Ta tańcząca postać z rękami na pierwszym plani… Takie zestawienie świetnie działa. Jest w tym jakieś poczucie zagrożenia. To jak używacie wolniejszego czasu migawki… Dużo macie zabawy przy kręceniu?
RB: Mamy z tym sporo frajdy, dobrze się razem bawimy. W ekipie też mamy naszych przyjaciół, więc zawsze jest super. Ale jest też intensywnie. Nie mogę powiedzieć, że nie ma przy tym stresu. Pracujemy całymi dniami, a kiedy dzień się skończy, wiadomo, że już nie będzie poprawek.
KR: To samo można powiedzieć o albumie? O koncertach?
RB: Tak. To straszne.
KR: Ciężko ci powiedzieć sobie, że trzeba już skończyć pracę nad projektem?
RB: Strasznie. To najcięższa część. Zostawić utwór i powiedzieć, że już wystarczy, że to koniec, nie będziemy już nad nim pracować. Wyprodukowaliśmy ten album samodzielnie, więc musieliśmy umieć sami sobie powiedzieć, że już dość. Było bardzo ciężko. Z tego powodu tak lubimy grać na żywo. Bo możemy w ten sposób jeszcze sobie poeksperymentować z kompozycjami, bez zmieniania ich na stałe. A wracając do tego, co powiedziałeś… Używamy różnych czasów migawki. To zawsze dyskusja między Glennem a Manon, która, kiedy kręci nasze wideo, ma uzgodnioną wizję. Potem pokazuje nam pierwszą wersję klipu i zaczynają się dalsze dyskusje. To zazwyczaj trwa kilka dni. Raczej nie więcej.
KR: Jesteście w trasie. Kiedy gracie z innymi zespołami zdarza ci czuć inspirację?
RB: Raz graliśmy w Eindhoven, w Holandii, po Silent Runners, tamtejszym zespole. Byli niesamowici. Czułem straszną tremę, kiedy musiałem wyjść po nich na scenę. Po raz pierwszy mi się to zdarzyło. Oni mieli niesamowitą energię. A do tego to niezwykle sympatyczni ludzie. Świetnie nam się razem grało. Potem dwa razy graliśmy z Traders. Lubię wejść sobie w publiczność przed koncertem i poczuć ten nastrój. Zobaczyć, jaka jest atmosfera.

KR: Odbiór koncertu bardzo zmienia się po tym, kiedy sam zacząłeś występować?
RB: Nie bardzo. Wciąż jestem po prostu fanem muzyki. Uwielbiam koncerty. Ale faktycznie, coś się zmieniło. Teraz zawsze zwracam uwagę na to, na jakim sprzęcie gra dany zespół. Jakie wzmacniacze, gitary, czy używają podkładów, jak się ruszają na scenie. Jak ustawiają sprzęt, oświetlenie. Ale jak już wchodzą na scenę, zapominam o wszystkim.
KR:. Będziecie grać w Polsce. To wasz pierwszy raz tutaj?
RB: Tak. Dużo to dla mnie znaczy, ponieważ ze strony mojej mamy mam przodków pochodzących z Polski. Moja rodzina pochodzi z Wrocławia. Niestety nie będziemy tam grać, ale nie mogę się doczekać, żeby odkryć trochę Polski. Nigdy tu nie byłem. Zresztą żaden z nas nie był. Ale to jeszcze dużo czasu. To dopiero w listopadzie. Najpierw gramy w Niemczech, w Anglii, potem kilka festiwali w lecie. Pod koniec sierpnia będziemy w Pradze, no a potem w Polsce. Co będzie potem, jeszcze nie wiem. Ciągle się tym zajmujemy. Wszyscy mamy sporo własnych obowiązków poza Lone Assembly. Pracujemy. Tak odsłaniając trochę kulis, to właśnie siedzę w pracy. To dziwne, bo jednego dnia gramy na scenie, gadamy po koncertach z ludźmi, świetnie się bawimy, a potem przychodzi poniedziałek i trzeba skanować faktury, pisać maile, tego typu rzeczy. To bardzo dziwne uczucie. Ale dzięki temu mogłem sobie pozwolić na wyprodukowanie wielu rzeczy na początku drogi. To mnie trochę sprowadza na ziemię. Nadaje rytm codzienności. Czasem dobrze się oderwać od sceny. Pozwala złapać oddech, by pojawiły się nowe pomysły. Gdy zbyt głęboko w tym siedzisz, czasem ciężko złapać perspektywę. A tak można trochę zapomnieć o graniu, zatęsknić za tym. Także odpocząć. Granie bywa wyczerpujące. Lubię w mojej pracy tę powtarzalność, to uspokojenie. Ale też uwielbiam przypływ adrenaliny, kiedy jestem na scenie przed tysiącami ludzi. Ich energia mi się udziela.
KR: Mam nadzieję zobaczyć tę energię w Potoku w Warszawie. Wielkie dzięki za rozmowę.
RB: Do zobaczenia. Dzięki za rozmowę.
Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz