IKS

Dżem – „Sobie potrzebni” [Recenzja]

Są takie zespoły, które z czasem przestają funkcjonować wyłącznie jako grupa muzyczna, a zaczynają działać bardziej jak emocjonalny punkt odniesienia dla kilku pokoleń słuchaczy. W przypadku zespołu Dżem każda nowa płyta automatycznie uruchamia cały ciężar wspomnień, porównań i oczekiwań, z którym niewiele polskich zespołów musi się mierzyć. „Sobie potrzebni” bardzo świadomie balansuje pomiędzy tym dziedzictwem a próbą odnalezienia własnego miejsca tu i teraz. To album, który nie próbuje desperacko odzyskiwać dawnej legendy ani udowadniać, że grupa wciąż potrafi nagrać „kolejną wielką płytę”. Zamiast tego dostajemy materiał wyciszony, dojrzały i wyraźnie pogodzony z upływem czasu.

Nie sposób jednak słuchać tego albumu bez świadomości, jak długa i momentami trudna była droga prowadząca do jego powstania. Od wydania „Muzy” minęło szesnaście lat. To okres na tyle długi, że dla części odbiorców Dżem zaczął istnieć bardziej jako koncertowa instytucja niż realnie funkcjonujący zespół studyjny. W międzyczasie zmieniał się rynek, zmieniała się publiczność i zmieniali się sami muzycy, a wokół grupy coraz mocniej narastało poczucie pewnego zawieszenia. „Sobie potrzebni” nie brzmi więc jak spektakularny comeback budowany na efekcie nostalgii. To raczej powrót emocjonalny – spokojny, pozbawiony wielkich deklaracji, ale bardzo świadomy własnego ciężaru.

 

Najbardziej symboliczne w ostatnich aktach historii zespołu jest bez wątpienia dołączenie do składu Sebastiana Riedla. Sam ten fakt mógł bardzo łatwo zamienić cały projekt w sentymentalne odgrywanie historii zapisanej nazwiskiem ojca, jednak album konsekwentnie unika tej pułapki. Sebastian nie próbuje kopiować sposobu śpiewania ojca, choć skojarzenia są mimowolne i oczywiste, ani mechanicznie rekonstruować emocji dawnych płyt. W jego interpretacjach jest więcej spokoju, miękkiej melancholii i wycofania, co paradoksalnie sprawia, że materiał wypada bardziej naturalnie. Zespół nie próbuje tutaj cofać czasu, a raczej akceptuje fakt, że znajduje się dziś w zupełnie innym miejscu niż w latach swojej największej świetności.

 

fot. materiały promocyjne

 

Pod względem muzycznym „Sobie potrzebni” pozostaje albumem bardzo klasycznym, ale właśnie w tej zachowawczości tkwi jego największa siła. Dżem nie ściga współczesnych trendów i nie próbuje sztucznie odmładzać własnego brzmienia. Fundamentem nadal pozostaje blues-rockowa melodyka, spokojne tempo i charakterystyczna melancholia, która z wiekiem nabrała jeszcze większej naturalności. Produkcja jest czysta, uporządkowana i momentami wręcz elegancka, ale pozostawia wystarczająco dużo przestrzeni dla gitar Jurka Styczyńskiego, Adama Otręby i oczywiście Bastka. Całość sprawia wrażenie muzyki tworzonej bez presji udowadniania czegokolwiek – bardziej skupionej na atmosferze niż na efektownych momentach.

Największą siłą albumu pozostaje jego emocjonalna wiarygodność. Utwory takie jak „Dusza”, „Sobie potrzebni” czy „Będzie ci dane” nie próbują budować dramatyzmu na siłę – działają raczej klimatem, cierpliwym rozwijaniem melodii i poczuciem wewnętrznego zmęczenia, które przewija się przez niemal cały materiał. Za tekstową spójność albumu odpowiada Mirosław Bochenek, autor wszystkich liryków – co w historii zespołu jest nowością. Nie wszystkie teksty wybrzmiewają równie mocno, ale większości trudno odmówić refleksyjności. Partie gitarowe pozostają oszczędniejsze niż kiedyś, ale Jerzy Styczyński raz po raz przypomina tutaj, dlaczego od dekad pozostaje częścią polskiej gitarowej czołówki. Płyta najlepiej funkcjonuje właśnie wtedy, gdy pozwala sobie na wyciszenie i spokojne prowadzenie emocji zamiast szukania oczywistych kulminacji.

 

 

Jednocześnie ta sama konsekwencja okazuje się momentami największym ograniczeniem materiału. W środkowo-końcowej części albumu poszczególne kompozycje zaczynają zlewać się w jeden, bardzo podobny emocjonalnie strumień, przez co części utworów brakuje wyraźniejszego charakteru. Dżem bardzo świadomie unika gwałtowniejszych kontrastów i większego ryzyka, ale przez to fragmentami płyta sprawia wrażenie zbyt zachowawczej. Brakuje momentu naprawdę przełamującego narrację – utworu, który stałby się wyraźnym punktem ciężkości całego albumu i nadał mu mocniejszą dramaturgię.

 

Mimo tego „Sobie potrzebni” pozostaje albumem szczerze przekonującym. Nie dlatego, że próbuje dorównać legendzie dawnych płyt, ale dlatego, że bardzo dobrze rozumie własne ograniczenia i nie udaje czegoś, czym nie jest. To materiał spokojny, refleksyjny i wyraźnie dojrzalszy – bardziej oparty na atmosferze niż na pojedynczych przebojach. Dżem nie wraca tutaj po to, by jeszcze raz opowiedzieć tę samą historię. Raczej przypomina, że nawet po dekadach nadal potrafi mówić własnym głosem – ciszej niż kiedyś, ale momentami znacznie bardziej świadomie.

 

 

Szymon Pęczalski

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020