IKS

Noah Kahan – „The Great Divide: The Last of the Bugs” [Recenzja], dystr. Universal Music Polska

Kim do cholery jest Noah Kahan? Czasem zdarzają się takie momenty, kiedy zupełnie przypadkiem, bez większych oczekiwań, trafiasz na album kompletnie nieznanego ci artysty – i już od pierwszego przesłuchania zapala ci się lampka w głowie, i wiesz, że ma to „coś”… Dokładnie tak było u mnie z Noah Kahanem i jego czwartym studyjnym albumem „The Great Divide”. Nie chcę wyjść na całkowitego ignoranta – nazwisko gdzieś wcześniej obiło mi się o uszy. Wiedziałem, że ktoś taki istnieje, jego nazwisko pamiętam z plakatów festiwali, gdzie pojawiało się całkiem wysoko, ale założyłem, że to raczej muzyka nie dla mnie… Aż tu nagle w moje ręce trafiła jego nowa płyta. Pierwszy rzut oka na „The Great Divide”… okładka ładna… trochę kojarząca się z „Brothers and Sisters” The Allman Brothers Band, pewnie to właśnie ona sprawiła, że zainteresowałem się tą płytą i dałem jej szansę. Muzycznie – gdzieś już to wszystko słyszałem, może dlatego tak szybko Noah mnie kupił. Zacząłem grzebać głębiej… Powoli odkrywałem, jaka jest prawda stojąca za tym albumem. I wtedy zaczęło się robić naprawdę ciekawie…

Kahan urodził się 1 stycznia 1997 roku, więc niedawno stuknęło mu 29 lat. Dorastał z trójką rodzeństwa na farmie swoich rodziców w niewielkim Strafford w stanie Vermont. Jeśli jesteście na bakier z geografią Stanów, to spieszę z pomocą: Vermont leży tuż przy granicy z Kanadą, na wschód od Nowego Jorku. To stan wielkości Holandii, w którym mieszka niewiele ponad pół miliona ludzi. Kraina rozległych lasów, pagórków i spokojnego wiejskiego życia. Słynie głównie z produkcji syropu klonowego, czerwonych stodół i tego specyficznego melancholijnego klimatu Nowej Anglii. I właśnie ten świat jest nie tylko tłem, ale wręcz jednym z głównych bohaterów „The Great Divide”. Noah odbywa na płycie podróż w głąb swoich rodzinnych stron, miejsca, które zostawił za sobą, gdy jego kariera zaczęła nabierać rozpędu i wszystkich wspomnień jakie wokół tego miejsca zbudował. Ale też (a może przede wszystkim) podróż w głąb siebie – by zmierzyć się z demonami, towarzyszącymi mu od lat: poczuciem winy za sukces, oddalaniem się od bliskich, i z tym co dręczy go najmocniej, czyli zaburzeniami dysmorfofobicznymi i stanami depresyjnymi.

 

Równolegle z premierą płyty na Netflix pojawił się film dokumentalny „Noah Kahan: Out of Body”, który pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego „The Great Divide” jest dla niego tak ważnym krokiem naprzód. Poznajemy go jako zupełnie normalnego gościa, którego nie sposób nie lubić – i co najważniejsze, nie czuć w tym fałszu (albo inaczej – jeżeli to wszystko jest wyreżyserowane, to Netflix odwalił kawał dobrej roboty!). Oglądamy skąpany w śniegu stan Vermont, normalne życie w sennej mieścinie Strafford. Widzimy, jak Noah jeździ na nartach, bawi się z psami, żłopie piwsko z rodzeństwem i kumplami. Ze śmiechem wspomina, jak kiedyś zjarany wrzucał w środku nocy nagrania do sieci, a gdy rano obudził się z kacem, ze zdziwieniem odkrywał, że ludzie zamiast ciągnąć z niego łacha, po prostu je pokochali. Wszystko to prezentuje się bardzo autentycznie i pozytywnie. Ale jak nietrudno się domyślić, zawsze jest też ta druga strona. Rozwód rodziców, ciężki wypadek ojca, problemy z akceptacją samego siebie. I nagle zaczynamy widzieć w tych piosenkach coś więcej niż tylko „ładne melodie”. To jest historia kogoś, kto z trudem radzi sobie z życiem, a przy tym wszystkim ma talent do przelewania tych emocji na papier.

 

Foto. Patrick McCormack

 

Obserwujemy chłopaka z Vermont, trochę nieśmiałego, trochę zagubionego, który nagle trafia na sam szczyt i chyba nie do końca wie, jak to się stało. Wspólnie z narzeczoną decyduje się zostawić Strafford i przenieść się do Nashville. I właśnie wtedy zaczyna się robić naprawdę ciekawie, bo wraz z tym krokiem rośnie też presja: żeby kolejny album był większy, dojrzalszy, ważniejszy… I według mnie taki właśnie jest „The Great Divide”.

Gdy pierwszy raz usłyszałem „The Great Divide”, tak naprawdę nie musiałem nawet sprawdzać listy twórców – od razu wiedziałem, kto przy nim maczał palce. Piętno Long Pond Studio i charakterystyczna produkcja Aarona Dessnera są tu wyjątkowo wyraźne (szczególnie w boniverowskich „End of August”, „Downfall”, czy przejmującym „Porch Light”). Nawet biorąc pod uwagę, że Long Pond było tylko jednym z kilku miejsc, w których powstawała płyta, a Dessner współprodukował jedynie część materiału (licząc dodatkowe kawałki z wersji deluxe – 9 z 21 utworów), jego wpływ na brzmienie całego krążka jest wyraźnie odczuwalny. Dessner nadał nagraniom charakterystyczną przestrzeń – coś, co sprawia, że pop-folkowa estetyka Noah Kahana wybrzmiewa pełniej i dojrzalej, momentami wręcz wynosząc ten materiał na kompletnie inny poziom (to stopniowe zagęszczanie aranżu w „Willing and Able” jest niczym sygnatura na obrazie).

 

Nie tak dawno temu pisałem o znakomitej płycie „Prizefighter” starszych kolegów po fachu z Mumford & Sons (tutaj), która również swoje korzenie ma w Long Pond. Mam wrażenie, że oba albumy łączy bardzo wiele. Long Pond to nie tylko przypominający stodołę budynek w stanie Nowy Jork – to przede wszystkim ludzie. Wchodząc do niego, stajesz się częścią pewnej grupy. I tak na płycie pojawia się Justin Vernon aka Bon Iver (banjo i wokale wspomagające w „Downfall”, mandolina, syntezatory i organy na „Lighthouse” oraz gitary na „Dan”, „Spoiled” i „A Few of Your Own”), gdzieś tam słychać puzon Bena Lanza na stałe związanego The National i Beirut („End of August”), a aranżacją smyczkową we wspomnianym „Willing and Able” zajął się Rob Moose, który pojawił się na blisko 500 albumach, od Taylor Swift na St.Vincent skończywszy. A lista zaproszonych gości jest znacznie dłuższa…

 

 

Drugim filarem brzmienia „The Great Divide” jest Gabe Simon, który kontynuuje muzyczną chemię wypracowaną przy poprzednim, przełomowym albumie Noah – „Stick Season”. To właśnie on dba o spójność z wcześniejszym dorobkiem artysty, a jednocześnie wzmacnia przebojowy potencjał utworów. Pojawiają się też momenty, w których album zapuszcza się w rejony, jakich początkowo trudno się spodziewać.

Miejscami słychać wyraźne echa inspiracji twórczością Sama Fendera – „American Cars” brzmi chwilami tak, jakby mogło wyjść spod jego pióra, zwłaszcza z okresu fascynacji The War on Drugs (tutaj więcej o ostatniej płycie Fendera). Idąc dalej tym tropem, można doszukać się wpływów heartland rocka spod znaku Bruce’a Springsteena – gatunku, który przez lata stanowił ścieżkę dźwiękową amerykańskiej klasy robotniczej. Springsteen opowiadał o marzeniach i problemach zwykłych ludzi. Podobnie Noah kreśli portret mieszkańców Vermont w „Headed North”, ale takich momentów na płycie jest znacznie więcej. Jednocześnie nie brakuje typowych folk-popowych melodii – bezwstydnie chwytliwych i natychmiast wpadających w ucho. Czy to wada? Wręcz przeciwnie – Noah i jego współpracownicy wyciskają z tych kompozycji maksimum przebojowości. Dzięki temu album swobodnie meandruje między radiowym folk-popem, przywołującym skojarzenia z wczesnym Mumford & Sons czy The Lumineers („Doors”, „A Few of Your Own”), a bardziej nostalgicznym, wyciszonym klimatem. W tej drugiej odsłonie – po raz kolejny przywołującej na myśl Bon Ivera – trudno uciec od skojarzeń, zwłaszcza gdy rozbrzmiewa charakterystyczny falset Noah. Szczególnie wyróżniają się tu poruszający „Paid Time Off”, znakomity „Lighthouse”, oraz subtelnie domykający całość „Dan”.

 

Noah jest również wymieniony jako współproducent, co tylko podkreśla, jak duży miał wpływ na końcowy efekt. Już sam fakt, że na podstawowej wersji płyty znalazło się blisko 80 minut materiału, pokazuje, jak płodnym jest artystą – ile emocji w nim buzuje i jak wiele ma do powiedzenia. Album doczekał się także wersji deluxe, wzbogaconej o cztery dodatkowe utwory („Lighthouse”, „Staying Still”, „A Few of Your Own” oraz „Orbiter”). W kontekście muzyki o tak dużym potencjale radiowym (komercyjnym) niewielu artystów decyduje się dziś na tak rozbudowane wydawnictwa. Kompletna wersja, zatytułowana „The Great Divide: The Last of the Bugs”, obejmuje aż 21 utworów, co przekłada się na blisko 100 minut muzyki!

 

Foto. Patrick McCormack

 

„The Great Divide” nie próbuje odkrywać Ameryki na nowo – to raczej świadomy muzyczny „recykling”. Album składa znane od lat motywy w spójną, dopracowaną całość: wysokiej jakości, choć opartą na doskonale znanych patentach. A jednak w tej przewidywalności jest coś ujmującego – szczerość i emocjonalna wiarygodność, które pozwalają mu wybrzmieć mocniej, niż można by się było tego spodziewać. Album balansuje gdzieś pomiędzy bezczelną pop-folkową przebojowością a momentami wręcz przeszywającą intymnością. Dzięki temu dostajemy materiał, który równie dobrze sprawdzi się w komercyjnym radiu, jak i jako ścieżka dźwiękowa do długich samotnych spacerów czy nocnych podróży samochodem. Siła tej płyty tkwi nie tylko w kompozycjach, ale też w autentyczności – czuć, że za tymi piosenkami stoi ktoś, kto naprawdę ma coś do powiedzenia. Wsparcie tak wyrazistych postaci jak Dessner czy Vernon tylko wzmacnia końcowy efekt, ale nie przyćmiewa samego Kahana. Mimo imponującej długości album nie traci spójności, a jego rozmach wydaje się w pełni uzasadniony. To ważny krok w karierze artysty – i jednocześnie dowód na to, że jego historia dopiero się zaczyna. Jeśli tak mają wyglądać headlinerzy przyszłości, mogę powiedzieć tylko: „shut up and take my money!”. W skali szkolnej ode mnie zasłużone 5/6.

 

Grzegorz Bohosiewicz

 

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek. “The Great Divide” w wielu ciekawych wariantach możecie nabyć w oficjalnym polskim sklepie Universal Music (tutaj) .

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020