IKS

Jarboe [Rozmowa]

Jarboe to już od wielu dekad istotna postać eksperymentalnej sceny muzycznej. Popularność zdobyła w zespole Swans, będąc jego filarem w latach 1985–1997, ale już na początku lat 90. ubiegłego wieku zaczęła wydawać albumy pod własnym szyldem. Równie chętnie współpracowała zawsze z innymi artystami – nie sposób byłoby tu wymienić wszystkie ważne nazwiska powiązane twórczo z bohaterką tego tekstu. Rozmawialiśmy więc tylko o kilku kolaboracjach, m.in. tych dotyczących najnowszego – już 36. albumu studyjnego Jarboe. „Sightings” gości zresztą nie tylko ludzkich wykonawców, a ich udział – śmiem twierdzić – wydaje się jeszcze ciekawszy od tych należących do Homo sapiens.

Już niedługo Jarboe wystąpi dwukrotnie w Polsce – 10 maja w warszawskim klubie Niebo i 12 maja w poznańskim Klubie pod Minogą. Na scenie towarzyszyć będzie jej Joy Von Spain, a w roli supportu pojawi się Air Hunger. Organizatorem obydwu wydarzeń jest Winiary Bookings, którym pragniemy podziękować za pomoc w przeprowadzeniu tej rozmowy.

 

Adrian Pokrzywka: W ostatnich latach nie koncertowałaś tak często jak kiedyś. Nie promujesz też wszystkich swoich albumów studyjnych występami na żywo. Dlaczego zdecydowałaś się zorganizować trasę właśnie teraz, po wydaniu „Sightings”?

 

 

Jarboe: Cóż, po tournée w 2022 roku z Jozefem van Wissemem zabrałam się za nagrania do tego albumu. Miałam wyruszyć w powiązaną z nim trasę w zeszłym roku, ale doznałam kontuzji – złamałam nadgarstek. Musiałam dojść do siebie. Konieczna była operacja, a później długa rekonwalescencja. Teraz wszystko już jest w porządku, ale to opóźniło wydanie tego albumu. Consouling Sounds postanowiło zaczekać z tą płytą, aż będę w stanie zagrać koncerty, które mogłyby ją promować. Stąd właśnie mamy trasę w maju 2026 roku.

 

 

AP: Mam nadzieję, że wszystko będzie już w porządku z twoim zdrowiem. Porozmawiajmy więc o tym nowym albumie. Przede wszystkim muszę zapytać o utwór „Vireo Serenade”, który oparty jest na partiach śpiewu wireonka czerwonookiego. Osobiście bardzo lubię śpiew ptaków i wiem, że istnieją tysiące gatunków o bardzo różnych stylach wokalnych. Czy wybrałaś tego konkretnego osobnika z jakiegoś określonego powodu poza tym, że pojawiał się w pobliżu twojego domu?

 

 

J: Wireonki mają najbardziej rozbudowane słownictwo spośród wszystkich ptaków – to niesamowite. Mam pod ręką kartę z danymi i mogę ci powiedzieć, że jeżeli chodzi o ten gatunek, zarejestrowano ponad 12 000 różnych rodzajów śpiewu i ponad 100 różnych fraz, a jeden osobnik może wykonać ponad 20 000 zaśpiewów w ciągu jednego dnia. Jeżeli chodzi o samca, którego słyszałeś na płycie, zarejestrowałam dokładnie 22 197 jego zaśpiewów w ciągu 10 godzin. To dlatego bywa nazywany „ptakiem-kaznodzieją” – jest bardzo rozmowny. A ten konkretny osobnik był niezwykły, bo śpiewał z jeszcze większą częstotliwością, był niesamowicie wręcz gadatliwy. Gdybym miała porównać to, co tworzył, do jakiejś znanej nam muzyki, nazwałabym ją free jazzem.

 

 

AP: Wow, te liczby są obłędne…

 

 

J: Tak. Ten samiec przykuł moją uwagę, bo wydał mi się niesamowicie awangardowy. Na początku naszej znajomości nie mogłam go dostrzec. Wireonki są zielone i w dodatku chowają się wśród liści, więc ich nie widać – da się je praktycznie tylko usłyszeć. Ale i tak wychodziłam za każdym razem, gdy się pojawiał. Próbowałam go znaleźć i wreszcie pewnego dnia wyskoczył i pojawił się tuż przede mną, nawet przybliżając się po jakimś czasie. Od tej pory wychodziłam mu na spotkanie, a on każdego dnia zbliżał się coraz bardziej. W pewnym momencie był dosłownie tuż obok mnie. I codziennie występował dla mnie. Każdego dnia stałam tam przez cały czas i słuchałam, jak śpiewa. Nigdy nie odchodziłam, obserwowałam go zawsze przez cały koncert, który trwał około 45 minut. Uwielbiałam to. Czułam też, że nawiązałam z nim coś w rodzaju więzi. Oczywiście dość szybko zaczęłam go nagrywać i sprawdzałam, co może oznaczać jego śpiew. Wedle informacji, które znalazłam, to było coś w stylu: „Tu jestem. A ty gdzie jesteś?”. Próbował w ten sposób zwabić partnerkę i wreszcie mu się udało. Gdy zobaczyłam ją siedzącą na gałęzi w pobliżu, pomyślałam sobie: „O nie”. Przyciągnęła jego uwagę, przez co odleciał na jakieś dwa tygodnie. Wrócił do mnie jeszcze raz i w jego pobliżu znajdował się drugi ptaszek – to była prawdopodobnie ta samiczka. Dał mi jeszcze jeden występ i razem z drugim wireonkiem wzbili się w niebo, krążąc wokół siebie w dramatyczny sposób. Wyglądało to trochę tak, jakby chciał się pożegnać, bo nie widziałam go już nigdy więcej. Myślałam, że pęknie mi serce, gdy odleciał. W okolicach mojego domu pojawiały się później jeszcze inne wireonki, ale nie spotkałam drugiego takiego, jak on. Żaden mu nie dorównywał, nie był tak muzykalny i utalentowany. Moja relacja z tym ptaszkiem była dla mnie ważną częścią tamtego lata i musiałam poświęcić mu cały utwór.

 

 

 

 

AP: To naprawdę ciekawa historia. W ogóle myślę sobie, że rozpoznanie gatunku tak małego ptaszka wymaga chyba jakiejś wiedzy ornitologicznej. Jesteś ekspertką w tym zakresie?

 

 

J: Po prostu nagrałam go i wrzuciłam to do sieci. Pojawiło się mnóstwo stron eksperckich dotyczących ptaków, gdzie mogłam odtwarzać nagrania, sprawdzać cechy charakterystyczne danego gatunku, a nawet oglądać krótkie filmiki pokazujące, jak wygląda. Dzięki tym poszukiwaniom udało mi się ustalić, że mój przyjaciel był samcem wireonka czerwonookiego i przyleciał do mnie aż z Argentyny.

 

 

AP: Właśnie, słyszałem, że te ptaki podróżują między dwiema Amerykami…

 

 

J: To prawda. I są bardzo małe, więc nasza znajomość była dla mnie tym bardziej niesamowita.

 

 

AP: Właściwie wireonek nie jest jedynym zwierzęciem, który śpiewa na twojej nowej płycie. Utwór „Choir and Night Fox” zdominowany jest przez krzyki lisicy. Skąd się wzięła na „Sightings”?

 

 

J: To też postanowiłam nagrać, bo usłyszałam te krzyki w nocy i wydały mi się wręcz przerażające, przynajmniej na początku. Myślałam, że to człowiek. Ale gdy to zbadałam, okazało się, że należą nie do lisicy, a do samca lisa. Potrafią nawoływać w ten sam sposób, jak lisice. Te odgłosy mają na celu próbę odnalezienia terytorium lub prowokują spotkanie z partnerem.

 

 

AP: Poza wspomnianymi utworami spodobał mi się na nowej płycie również ten zatytułowany „Breath”. Osobiście bardzo lubię takie połączenie perkusjonaliów z ambientem. Jakie znaczenie ma tytułowy „oddech” w tej kompozycji?

 

 

J: „Breath” skupia się na medytacji i głębokim oddychaniu oraz ich znaczeniu jako sposobów na skupienie, uspokojenie i dodanie energii – to praktyka. Poprosiłam członków Father Murphy – Federico i Chiarę, z którymi kiedyś koncertowałam – by nad tym popracowali. Stworzyli coś w rodzaju space rocka z syntezatorami, a Federico przetwarzał swój oddech za pomocą jakiegoś urządzenia elektronicznego – nawet nie wiem, co to było (śmiech). Chodziło mi o stworzenie atmosfery sprzyjającej głębokiemu oddychaniu, a rodzaj dźwięku, jaki w wyniku tego powstał, jest naprawdę niesamowity.

 

 

 

 

AP: Okładkę „Sightings” zdobi wireonek namalowany przez Phila Puleo ze Swans. Wykorzystałaś już gotowy obraz, czy Phil stworzył go na twoje zlecenie? Skąd pomysł, by go zaangażować?

 

 

J: Namalował go specjalnie na potrzeby tego wydawnictwa. Poprosiłam go o wykonanie tej grafiki, bo zaprojektował dla mnie wcześniej layout reedycji albumu „Skin Blood Women Roses” i wykonał świetną robotę. Zgodził się od razu, gdy go o to zapytałam. Opowiedziałam mu o istocie tej płyty i o tym, jak się to wszystko zaczęło – o całej mojej przygodzie z wireonkiem. Powiedział, że zna te ptaszki i z przyjemnością namaluje jednego na okładkę mojego nowego albumu. I zrobił to – stworzył pełnowymiarowy obraz. Powiedział, że jest to jego największy malunek, jaki kiedykolwiek wykonał. Uważam, że jest naprawdę ładny. I bardzo efektowny – zwłaszcza te oczy.

 

 

AP: Tak, naprawdę czerwone – nie można mieć wątpliwości co do gatunku wireonka. Oprócz obecności Phila na „Sightings” mamy też Thora Harrisa, byłego muzyka Swans. Wygląda to tak, jakbyś ściągała do współpracy kolegów ze swojego dawnego zespołu. Masz jeszcze kogoś na oku? (śmiech)

 

 

J: To tylko zbieg okoliczności – nie ma tu żadnego ukrytego motywu. Z Philem współpracowałam już wcześniej. A od kilku lat wymieniam się plikami z Thorem, przesyłamy sobie partie wokali czy klawiszy. I nie tylko – Thor potrafi grać na ponad 20 instrumentach, choćby na marimbie, barytonie, klarnecie czy rogu – ma naprawdę obszerne zasoby. Z których zresztą korzysta w swoich licznych projektach.

 

 

AP: Wydawnictwo, o którym teraz rozmawiamy, jest już twoim 36. albumem studyjnym. Ta imponująca ilość sprawia, że zastanawia mnie, jak właściwie wygląda u ciebie proces tworzenia takiej płyty. Czy masz z góry zaplanowaną koncepcję stylu poszczególnych utworów i tego, jak będą się wzajemnie uzupełniać? Czy po prostu nagrywasz na bieżąco różne utwory i wydajesz je, gdy uskłada się ich odpowiednia ilość na pełny album?

 

 

J: Myślę, że to zależy od konkretnego wydawnictwa. Podam ci przykład „Illusory”, które powstało z ogromnej ilości nagrań terenowych, które zarejestrowałam głównie podczas europejskiej trasy z Father Murphy. Te zapisane ścieżki posłużyły mi jako baza każdego utworu na płycie. Czasami były też improwizowane, choćby jeden z katedry, gdzie trafiłam na grupę wycieczkową z przewodnikiem. Nagrywałam ich głosy, chaos ich telefonów i dźwięki pozostałych ludzi, wszystkiego, co działo się wtedy w tym budynku. Pomyślałam, że to ciekawe zestawienie współczesnego i dawnego, minionego świata, co doprowadziło mnie do całej koncepcji tytułowej iluzji. Więc można w skrócie powiedzieć, że ten album powstał w oparciu o inspirację otaczającym mnie światem. W zasadzie moje albumy są spójne, różnią się tym, od czego wychodzę – czy od określonego pomysłu, idei, czy od jakiegoś doświadczenia, które mnie zainspirowało.

 

 

AP: Wiem, że komponujesz własne utwory i grasz na klawiszach, ale znana jesteś głównie ze swojego głosu – to najbardziej rozpoznawalny element w twojej muzyce. Czy nawet, gdy nie piszesz kompozycji i ich nie nagrywasz, ćwiczysz go codziennie? Czy zauważyłaś w nim zmiany na przestrzeni lat? A może uczysz się cały czas jakichś nowych technik?

 

 

J: Nie. Mój głos to moje słownictwo, to jak zasób słów, którymi dysponuję. Był wprawdzie wielokrotnie rozbudowywany, ale to jest wewnętrzne. I nie ma wiele wspólnego z ćwiczeniem fizycznym. Mój głos pochodzi jakby od persony, którą wywołuję, podobnie jak ma to miejsce np. w sztuce teatralnej, to jak bycie postacią na scenie. Wcielanie się w nią to w pewnym sensie stawanie się nią, ucieleśnianie jej. To nigdy nie jestem ja sama, to zawsze historia, którą próbuję opowiedzieć. Mam wiele ról, które odgrywam, tak jak aktor lub aktorka w teatrze.

 

 

AP: To ciekawe. A jak to się ma do instrumentów muzycznych? Aranżujesz swoje utwory na klawiszach. Zdarza ci się układać muzykę lub po prostu grać na czymś jeszcze?

 

 

J: Tak. Na przykład kilka lat temu realizowałam projekt „Beautiful People Ltd” [kolaboracja z Larym Sevenem wydana po raz pierwszy w 1992 roku – przyp. AP]. Tam pojawiła się cała gama instrumentów, na których grałam, choćby bas czy wibrafon. Najbardziej pamiętam te małe zabawkowe klawisze, które wyciągnęliśmy z kontenera na śmieci gdzieś w Nowym Jorku. Naprawiliśmy je – podpięliśmy tam ponownie kable. I zagraliśmy na nich kilka partii, a potem się zapaliły (śmiech). Ale taki był zamysł przy rejestrowaniu tamtego albumu – żeby dużo eksperymentować z analogowymi instrumentami. Grałam w swoim życiu na wielu instrumentach, zależnie od potrzeby danego utworu czy całego wydawnictwa.

 

 

zdj. materiały promocyjne

 

 

AP: Muszę przyznać, że współpracujesz z wieloma artystami i artystkami, których podziwiam. Nagrywałaś albumy choćby z Neurosis czy Justinem Broadrickiem, a na scenie występowałaś z Helen Money czy Jozefem van Wissemem, o którym już zresztą wspomniałaś na początku naszej rozmowy. I mógłbym tak dalej rzucać nazwiskami. Jak właściwie dochodzi do tych kolaboracji? To ty je inicjujesz? Czy inni artyści?

 

 

J: Cóż, ostatnia trasa z Jozefem doszła do skutku dzięki agencji koncertowej, która ją zorganizowała. A w innych przypadkach… hmm, to po prostu kwestia odpowiedniego czasu i miejsca. Nie ma tu konkretnej reguły czy jakiejś powtarzającej się prawidłowości. Czasem ja się do kogoś odzywam, innym razem ktoś dzwoni do mnie.

 

 

AP: Wspomniałem wcześniej o Helen Money, bo jeszcze całkiem dobrze pamiętam twój krakowski koncert z nią sprzed kilku lat. Wróciłem z niego z płytą projektu AEAEA, w którym udzielałaś się z czterema innymi wokalistkami. To była jednorazowa współpraca, czy jest szansa na kontynuację?

 

 

J: (zastanawia się) Nie znam odpowiedzi na to pytanie (śmiech). Myślę, że była to raczej jednorazowa sprawa.

 

 

AP: Tworzysz coś jeszcze z którąś z tych artystek?

 

 

J: Raczej nie… Ale zaraz, przecież z Kris Force wydałyśmy w 2023 roku „The Embrace”. Zostałam poproszona o skomponowanie muzyki do krótkiego filmu o motocyklach (śmiech). Ale nie był to typowy film z tego gatunku, powiedziałabym, że jest bardzo zen. I wtedy poprosiłam Kris, żeby to ze mną zrobiła. Ale gdy producenci tego filmu usłyszeli pierwszą wersję, poprosili nas o nagranie czegoś bardziej przystępnego, nadającego się do użytku komercyjnego. Więc tak zrobiłyśmy, a nasze oryginalne nagrania postanowiłyśmy wydać na własną rękę. Tak właśnie powstał „The Embrace” – album wydany własnym sumptem na pięknym niebieskim winylu. Właściwie gdybym miała okazję, pracowałabym z Kris cały czas.

 

 

AP: Często bierzesz udział w nagrywaniu ścieżek dźwiękowych do filmów lub towarzyszących innym dziedzinom sztuki?

 

 

J: Zrobiłam kilka takich rzeczy, ale tylko wtedy, gdy mnie o to poproszono. Sama nie szukam takich zleceń.

 

 

AP: OK, mam do ciebie już ostatnie pytanie. Maj spędzisz w Europie na trasie koncertowej. Co dalej? Jakie masz plany na resztę roku?

 

 

J: Jedną z rzeczy będzie na pewno dokończenie kolejnych nagrań, a później kontynuowanie malowania – to kolejna z moich aktywności. Mam jeszcze kilka koncertów muzyki klasycznej, których nie mogę się doczekać – tym razem jako widz.

 

 

AP: A ten album, nad którym pracujesz, to kolejne solowe wydawnictwo, czy jakiś wspólny projekt?

 

 

J: To kolejna solowa płyta.

 

 

AP: Będę jej wypatrywał. Dziękuję ci za rozmowę. Mam nadzieję, że zobaczę cię wkrótce na jakimś koncercie.

 

 

J: Dziękuję za poświęcony czas. Do zobaczenia.

 

 

Rozmawiał Adrian Pokrzywka

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020