IKS

St. Vincent – „Live in London!” [Recenzja], wyd. Total Pleasure

Annie Clark, wybitna gitarzystka działająca pod pseudonimem St. Vincent, półtora roku po wydaniu płyty „All Born Screaming” powróciła z nowymi aranżacjami. W październiku 2025 roku zagrała rewelacyjny koncert w towarzystwie orkiestry pod przewodnictwem Julesa Buckley’a w ramach cyklu BBC Proms. Kilka miesięcy po wydarzeniu koncert doczekał się swojego albumu w wersji cyfrowej. Setlista składała się zarówno z deep cutów, jak i bardziej znanych kawałków pochodzących z prawie całej twórczości artystki: od debiutanckiej płyty „Marry Me”, przez „Actor”, „St. Vincent”, „Masseduction”, „Daddy’s Home”, „The Nowhere Inn”, po ostatni album „All Born Screaming”. Prawie całej, bo z pominięciem tylko jednego krążka – „Strange Mercy”.

Nad przełożeniem utworów na wersje orkiestrowe pracował zespół muzyków: Jules Buckley, który przewodził orkiestrze, Rachel Eckroth – pianistka współpracująca z St. Vincent od kilku lat, a także Sam Gale, Jochen Neuffer, Peter Riley i Tom Trapp. Dla Buckley’a istotne było, by aranżacje nie stanowiły jedynie orkiestrowego tła dla utworów St. Vincent, ale stały się ich nową interpretacją. Clark pod koniec występu w Royal Albert Hall opowiada o ogromnym wkładzie Rachel Eckroth w odświeżenie muzyki. Podobno pianistka zabierała ze sobą partyturę nawet na wieczorne wyjścia, by móc ją tam w wolnej chwili rozwijać.

 

W pierwszej połowie koncertu dominują piosenki z ostatniego albumu – te najaktualniejsze treściowo dla Clark. Były bardzo emocjonalne już w oryginalnych aranżacjach, a warstwa orkiestrowa jeszcze dodatkowo ten efekt podkreśla. Symfoniczne wersje raczej stronią od ekscentrycznych eksperymentów – pozostają klasyczne, przywodząc na myśl muzykę filmową. Patos pierwszej części artystka przełamuje swoimi starszymi utworami („The Strangers”, „Black Rainbow”, „Marrow”, „The Bed”), które charakterem są dużo bardziej baśniowe. Wybór „We Put a Pearl in the Ground” na otwarcie występu wydał nam się naturalny. Jedyny instrumentalny utwór w dyskografii artystki pochodzi z albumu „Marry Me” – debiutu Clark jako St. Vincent. Podczas, gdy utwór płynnie przechodzi w „Hell Is Near”, na scenę, w akompaniamencie bębnów, wkracza główna bohaterka wieczoru, czego można się domyślić po entuzjastycznej reakcji widowni.

 

zdj. AndyParadise

 

Podczas trasy „All Born Screaming” St. Vincent otwierała koncerty piosenką „Reckless”, prawdopodobnie ze względu na spokojny początek utworu i nagły drop w środku wprowadzający większą dynamikę i szereg ożywczych warstw dźwiękowych. Z dropem – wiadomo – przychodzi wyrzut dopaminy, więc czeka się na niego z niecierpliwością. Słuchając koncertu pierwszy raz, byłyśmy go ciekawe w wykonaniu orkiestry. Nie zawiódł nas – wręcz przeciwnie. „Wchodzi” tu jeszcze mocniej niż w oryginale, wywołując ciarki na całej powierzchni skóry, wżera się w neurony, pozostając z nami na długo.

Kolejna piosenka w repertuarze – „Violent Times” dzięki symfonicznej aranżacji staje się jeszcze bardziej „bondowska” niż w oryginale. Przy „The Strangers” dzieje się to, na co wszyscy czekali – Clark po raz pierwszy tego wieczoru chwyta gitarę i rozdziera orkiestrowe brzmienie fenomenalną solówką. Dźwięki tego instrumentu od teraz będą obecne częściej, tworząc wyraziste napięcie w kontakcie z żywą orkiestrą – szczególnie w utworach pochodzących z płyty „Actor”. I tak, w nowej odsłonie „Marrow” gitara Clark staje się jeszcze bardziej surowa i drapieżna niż w oryginale. Nową aranżacją zaskakuje „Smoking Section” – poza oczywistym udziałem orkiestry, usłyszymy tu także – ku naszemu zdziwieniu – syntetyzator tworzący długie, lecz bynajmniej nienudne interludium. W piosence pojawia się dużo emocjonalnych fraz, jednakże, moim (Antoniny) zdaniem, trochę za mało w niej przejmującego smutku (umówmy się – czepiam się…). Oniryczny charakter „Live in the Dream” w nowej aranżacji zostaje spotęgowany harmonijnymi wokalami, które brzmią jak jeden spójny głos. Psychodeliczny klimat obecny w oryginalnym wykonaniu wybija się tu jeszcze silniej. Gra Clark spotyka się z instrumentami orkiestry tworzącymi senne otoczenie dla dźwięków gitary. Na końcu pojawia się ciekawy dźwięk grany na smykach – przypomina on pszczele brzęczenie.

 

zdj. materiały promocyjne

 

Kolejność piosenek zostawia nas z wachlarzem emocji, wrażeń i nastrojów, który jest jak rollercoaster – od powagi, smutku, podniosłości, przez entuzjazm i zabawę, by na końcu zanurzyć słuchaczy w melancholii i nostalgii.

W drugiej połowie występu Clark wraz z orkiestrą wykonują „Digital Witness”, kawałek który przebija sufit powagi koncertu symfonicznego. W tej wersji zdaje się zawierać w sobie pewną sprzeczność. Kiedy pytano Clark o tę kompozycję świeżo po wydaniu albumu „St. Vincent” (2014), opowiadała, że zależało jej na tym, by dźwięki instrumentów brzmiały dziwnie – nie do końca naturalnie. Taki efekt uzyskała przepuszczając nagranie prawdziwych instrumentów przez szereg przetworników. Jak sama wspomniała w jednym z wywiadów: „To wyłącznie organiczne brzmienia; w większości przypadków to po prostu ludzie grający w jednym pomieszczeniu, zwłaszcza sekcja rytmiczna. Jednak dźwięki są przetwarzane do tego stopnia, że brzmią nienaturalnie, dzięki czemu zyskujesz coś w rodzaju najlepszego z obu światów: masz wrażenie, że to ludzie, ale słyszysz brzmienie maszyny”. W czasie koncertu, z zasady, dźwięk charakterystycznych w piosence rogów trafiał bezpośrednio do uszu słuchaczek i słuchaczy, „tracąc” swoją oryginalną, nieorganiczną wirtualność. „Digital Witness” stał się „Live Witness”.

 

Po energicznym wykonaniu „Digital Witness”, przejmującym „Los Ageless” z emocjonalną recytacją w outro i wzniosłej aranżacji „The Party” przychodzi czas na „New York”. Atmosfera ponownie się rozluźnia – Clark, jak zawsze podczas wykonywania tej piosenki na żywo, przedziera się przez tłum i wchodzi w kontakt z widownią. Aranżacja, a szczególnie obecne w niej smyczki oraz sekcja dęta, wzbudziła w nas szczególne poruszenie. Mantrycznie powtarzany fragment „and again, and again” jest jak zapowiedź, obietnica, że St. Vincent jeszcze wiele zrobi nam swoją muzyką w przyszłości. Wracając jednak do przeszłości – oczywistym wydaje się wybór piosenki „Paris Is Burning”. Sama artystka, w komentarzu do koncertu, mówiła, że ten utwór od początku napisany został z myślą o orkiestrze symfonicznej, ale dopiero teraz ten zamiar miał szansę się ucieleśnić – grzechem byłoby nie skorzystać. Cóż to jest za walc!

 

 

Podczas koncertu Clark wykonała utwór „I Prefer Your Love”, który zadedykowała swojej mamie obecnej w Royal Albert Hall. Finalnie, jako jedyny, nie doczekał się swojej reprezentacji na pokoncertowym albumie. Poszukując wyjaśnień, myślałyśmy o metaforycznym wymiarze takiej decyzji – pozostawieniu tego momentu poza domkniętą przestrzenią płyty. Wykonanie piosenki w obecności mamy miało zostać niepowtarzalnym, intymnym wydarzeniem. Zamiłowanie do symboliki jest nieodłączną częścią twórczości St. Vincent, niemniej tutaj powód prawdopodobnie był dużo bardziej prozaiczny. Wszystko wskazuje na to, że brak piosenki na albumie wyniknął ze zwyczajnej pomyłki w tekście. Jednak te zwyczajne pomyłki mogą wskazywać jak bardzo emocjonujące i ważne były to chwile w karierze Clark.

 

Koncert zamyka utwór „Slow Disco” w aranżacji Julesa Buckley’a. Z perspektywy czasu dostrzegamy w tym pożegnaniu symbolikę. Obecnie symfoniczna trasa St. Vincent w 2026 roku obejmuje tylko Amerykę Północną. Trudno powiedzieć, czy te plany ulegną rozszerzeniu, czy Clark – parafrazując słowa piosenki kończącej wydarzenie w Royal Albert Hall – pozostawi resztę świata tańczącą z duchem.

 

 

Antonina Zofia Karczewska i Julia Pawłowska (Wives on Waves)

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020