IKS

Archive (+BOKKA) | 08.03.2026 | Warszawa, COS Torwar | Tekst: Magda Żmudzińska, Fot. Martyna Gut | org. Live Nation Polska

Relacja tekstowa i galeria zdjęć z koncertu Archive , który odbył się 8 kwietnia w warszawskim COS Torwar. Zdjęcia są również z występu supportu – czyli polskiego zespołu BOKKA. 

 

Odnoszę wrażenie, że powracający regularnie do Polski Archive darzą nasz kraj dużym uczuciem. I, tu nie mam co do tego żadnych wątpliwości – z wzajemnością! Grupa zagrała 8 kwietnia na wypełnionym po brzegi warszawskim Torwarze i oh dear – cóż to był za koncert! 120 minut kosmicznych wręcz emocji, obcowania z najwyższą formą sztuki, całkowitego oderwania od otaczającej rzeczywistości oraz oddania chwili. Absolut.

 

Jest już 10 kwietnia, a ja głową nadal jestem w tym doświadczeniu. Przeżyjmy je jeszcze raz. Na Łazienkowskiej zameldowałam się o godzinie 20:20 (żałuję, ale nie udało mi się dotrzeć na występujących w charakterze supportu BOKKA), a więc właściwie rzutem na taśmę, bo oto punktualnie – jak w szwajcarskim zegarku – 10 minut później na scenie pojawili się oni – spowici mgłą i przygaszonymi światłami, ukazującymi nam początkowo bardziej sylwetki niż całe postaci –  mistrzowie ceremonii.

 

Naszych uszu dobiegły pierwsze dźwięki „Broken Bits” – absolutnie kosmicznego intro, otwierającego również najnowszą płytę grupy. Rozpoczyna się ono dźwiękiem alarmu, który jednakowoż od samego początku jest dla mnie bardziej syrenim śpiewem niż ostrzeżeniem – wezwaniem, nie sygnałem do ucieczki. Ulegam mu, całkowicie. Wywołał ciarki przy pierwszym odsłuchu, wywołuje je wciąż przy każdym kolejnym, a na żywo… no na żywo robi to z dziesięciokrotnie większą mocą. Jesteśmy na samym początku koncertu, a ja już wiem, że to będzie gig, jakiego jeszcze nie przeżyłam. I jasne – Archive w wersji live to zawsze szczególne doświadczenie, ale coś mi mówi, że to, właśnie to, zostanie ze mną na zawsze.

 

„Broken Bits” powoli się rozwija, a ja mówię po cichu do Mariusza, z którym miałam przyjemność współdzielić miejsca na trybunach: „widzę, że zaczynamy od nowego albumu. Nie miałabym nic przeciwko temu, aby zagrali go w całości”. Jak się później okaże – moje życzeniowe myślenie nie było tak dalekie od tego, co zespół przygotował dla nas na ten wieczór – w setliście znalazło się bowiem aż 9 utworów pochodzących z tego wydawnictwa. Zaraz za „Broken Bits” band sięgnął po porywający banger w postaci „Look At Us” z fenomenalną i hipnotyzującą Lisą Mottram na wokalu oraz całkowicie surrealistyczny „Wake Up Strange”. Po tym reprezentującym „Glass Minds” trio Dave Pen przywitał się z publicznością krótkim „Hello beautiful crowd of Warsaw” i niemal natychmiast przeszedł do jednego z klasyków w repertuarze zespołu – mocno transowego „Numb”, który zdecydowanie podniósł temperaturę wśród zebranej tłumnie na Torwarze publiczności.

 

Od Dave’a – nawiasem mówiąc – przez cały wieczór nie będę mogła oderwać wzroku. I nie jest to bynajmniej spowodowane tym, że znajduję się na trybunach w takim miejscu, że mam go po prostu na pierwszym planie. Pen zawsze przykuwa uwagę, ale jest tej nocy w nim, w sposobie w jaki śpiewa i w jaki milczy,  w jaki się porusza i w jaki zastyga bez ruchu, w jaki gra, coś wyjątkowego, magnetycznego. Zerkam też oczywiście w kierunku pozostałych członków zespołu, najczęściej w stronę Pollarda Berriera i szczególnie ujmującego mnie całym swoim jestestwem, uśmiechem i energią Dariusa Keelera, ale to Dave jest i pozostanie dla mnie do końca tego gigu tym centrum, środkiem ciężkości, emocjonalnym kompasem.(Być może to wspomnienie styczniowego wywiadu, jaki miałam zaszczyt przeprowadzić z zespołem i podczas którego cała wyżej wymieniona trójka nie tylko pogadała ze mną od serca, ale obdarzyła mnie też wyjątkową serdecznością, sprawia, że patrzę na nich i odbieram ich inaczej niż dotychczas? Tego nie wiem. Pewna jestem natomiast jednego – często niestety słuszne powiedzenie „nigdy nie poznawaj swoich idoli” w przypadku tych ludzi zupełnie, ale to zupełnie, nie ma zastosowania).

 

Kolejne cztery utwory w setliście to znów powrót do najnowszej płyty – poruszający wiele czułych strun, przepięknie zaśpiewany przez Pollarda „City Walls”; niepokojący, mroczny, a jednocześnie dający dziwne ukojenie, tytułowy  „Glass Minds”, w którym Lisa ponownie oczarowała nas swoim głosem i swoją umiejętnością przekazywania emocji za pomocą tegoż „instrumentu”; polityczny „Shine Out Power” – jeden z moich ulubionych numerów na „GM”, który na Torwarze wybrzmiał tak, że myślałam, że trudno mi będzie się po tym pozbierać – szczęka na podłodze, łzy w oczach; no i na zamknięcie sekcji absolutnie upajający „So Far From Losing You”.

 

Na złapanie oddechu i powrót na ziemię po tej kwadrze nie było czasu, bo ledwo „SFFLY” się zakończył, a band nokautuje nas wraz z odpaleniem następnego w kolejce, flagowego „Again”. Oj, kochamy tu w Polsce ten utwór, bardzo kochamy. Wiemy o tym my, wie o tym doskonale i sam zespół i być może dlatego serwuje nam go chyba w zasadzie całości (co, warto to odnotować, nie jest standardem w koncertowych statystykach grupy). 16 minut mija jak mrugnięcie okiem, a owacje na koniec zdają się przesądzać o tym, że piosenka ta  jeszcze przez długie lata, niezmiennie, będzie gościła w pierwszej dziesiątce radiowego TOPu wszech czasów.

 

Tuż po ustaniu ostatnich dźwięków „Again” na scenie pojawia się Jimmy Collins, co niechybnie zwiastuje, że oto zaraz usłyszymy „Heads Are Gonna Roll” – jeden z najmocniejszych kawałków „Glass Minds” oraz  następujący po nim – jak się domyślałam – któryś z numerów Rosko. I rzeczywiście, po „HAGR” grupa, wraz z Jimmym – „kolejnym cholernie uzdolnionym członkiem kolektywu” – przeszła do „Bastardised Ink”.  Jak dla mnie combo tych dwóch kawałków było też jednym z najjaśniejszych punktów programu, choć domyślam się, że wielu fanów tego bardziej „klasycznego” Archive nie podzieli zapewne mojego entuzjazmu.

 

Część główną koncertu zamyka przepotężne duo w postaci „Patterns” – pierwszego utworu, jaki powstał na „Glass Minds” i który niejako stał się punktem odniesienia dla całego tego wydawnictwa oraz pochodzącego z uznanego przez wielu za opus magnum „Controlling Crowds” powoli rozpędzającego się, by eksplodować z niesamowitą siłą rażenia, „Dangervisit”. Ta kultowa płyta staje się też fundamentem bisu, na który dostaliśmy utwór tytułowy (oczywiście!) oraz pochodzące z „CC part IV” fenomenalne „Pills” i „Lines” (Collins raps – i rocks! – again).

 

Na sam koniec Dave wygłasza krótką, acz bardzo treściwą przemowę na temat tego, co dzieje się teraz na świecie, jak szaleni ludzie nim rządzą i jak przyszło nam sobie z tym radzić, co jest bardzo dobrym wprowadzeniem do wieńczącego całość koncertu fantastycznego (będącego jednym z moich najukochańszych kawałków w całej dyskografii Archiwistów) „Fuck U”  Prawdziwa wisienka na torcie. Powalające wykonanie, w które zarówno artyści na scenie, jak i śpiewająca z Penem publiczność, włożyli całe swoje serce. Ależ w tym była moc! Czapki z głów! Gig dobiegł końca, końca natomiast zdawało się, że nie dobiegną owacje, ukłony i pokłony. Bardzo zasłużony aplauz i wzrusz max, po obu stronach barierek.  

 

Last but not least, bo jeszcze o tym nie wspomniałam, a wspomnieć trzeba koniecznie – na szczególną uwagę zasługuje cała fantastyczna oprawa wizualna oraz perfekcyjna gra światłem (i cieniem) – znak rozpoznawczy Archive, tu jednak wyniesiony na chyba jeszcze wyższy niż zazwyczaj poziom. Absolutne mistrzostwo w kategorii budowanie napięcia i atmosfery. Chapeau bas!

 

To był ze wszech miar wyjątkowy, choć oszczędny w interakcje i słowa koncert. One są jednak tak naprawdę w przypadku Archive całkowicie zbędne. Zawsze. Ich muzykę w pierwszej kolejności się czuje, dopiero potem słyszy, i to ona mówi tu najwięcej. Podobnie jak cisza między utworami. To właśnie w niej pomiędzy zespołem a publicznością za każdym razem wytwarza się niewidzialna dla oka, a jednak całkowicie namacalna, szczególna i bardzo silna więź. Jest w tym coś nadrealnego i transcendentnego. Totalnie.

 

Można spotkać się z opiniami, że Archive są mistrzami w swojej lidze. Ja jednak bardziej skłaniałabym się ku stwierdzeniu, że oni sami są sobie ligą – niedostępną dla innych śmiertelników. Stworzyli własne, nieziemskie wręcz uniwersum i zaprosili nas do tego świata. Dobrze jest móc być jego częścią.

 

Tekst: Magda Żmudzińska

 

Koncert został zorganizowany przez Live Nation.

 

Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć z koncertów BOKKI i Archive autorstwa Martyny Gut.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020