Kanadyjski duet never easy to przedstawiciele nowej fali alternatywnego brzmienia, który śmiało czerpie z estetyki początku lat 2000. – zarówno pod względem dźwięków, jak i emocji. Ich twórczość balansuje między melancholią, elektroniką, a gitarową ekspresją, tworząc coś, co można określić muzyczną kapsułą nostalgii. Szerszej publiczności dali się poznać dzięki debiutanckiemu albumowi, „it never gets easier”, który szybko zdobył uznanie wśród słuchaczy szukających czegoś bardziej emocjonalnego niż współczesne wygładzone produkcje.
Moja historia z tym duetem zaczęła się od trafienia na rolkę z utworem „stay”, która zawierała urywki z wielu gier oraz programów popularnych na początku lat 00. Dźwięki wraz z obrazami obudziły we mnie wiele emocji, napędzanych nostalgią. Utwór tak mi się spodobał, że zacząłem obserwować dokonania grupy i wyczekiwałem ich debiutanckiego albumu, „it never gets easier”. Płyta dotknęła we mnie emocji, których już dawno nie poruszała muzyka – wróciły wspomnienia dorastania, ulubionych gier ogrywanych z kuzynami oraz programów oglądanych w telewizji. Pierwsze muzyczne fascynacje i okres, którego już nie ma…

Wtedy pomyślałem: doskonała płyta, budząca w człowieku to, co kiedyś wywoływała muzyka, kupowana na kompaktach w sklepie, z którymi wracało się do domu z rumieńcami na twarzy, by je odpalić. Pojawiła się jednak wątpliwość – czy będą w stanie utrzymać ten poziom? Czy to jednorazowy strzał?! I tym oto sposobem doczekałem się drugiego albumu, długogrającego – „i still care”.
Jak bardzo zaskoczył mnie fakt, że materiał na tym wydawnictwie jest jeszcze lepszy, pod każdym względem. Niektóre utwory stały się bardziej agresywne, jednocześnie melodie wciąż dotykają tych samych czułych strun. Kompozycje, jakie tworzą Ugly i Numb, członkowie duetu, potrafią przekształcić każdy krótki moment na płycie w potężną podróż do własnych wspomnień – takich, które sami wyświetlamy w głowie niczym teledysk, zsynchronizowany z dźwiękami płynącymi z głośników.
To album, który nie kliknie z osobami pozbawionymi sentymentu do „tamtych” lat. Jeśli nie tęsknisz za czasami, gdy wszystko było prostsze, bardziej surowe i jednocześnie bardziej „twoje”, możesz nie odnaleźć tu nic dla siebie, ale jeśli nostalgia jest dla ciebie czymś więcej niż tylko wspomnieniem i traktujesz ją jak instrument, wtedy zrozumiesz, co robi never easy. Każdy utwór to inna historia, inne wspomnienie. Muzyka, która teoretycznie nie ma prawa odnieść sukcesu w dzisiejszych czasach, zdominowanych przez szybkie, jednorazowe treści. A jednak – patrząc na to, jak ciepło została przyjęta – okazuje się, że wciąż jest miejsce na szczerość i emocje.
Dziś już się nie zastanawiam, czy dadzą radę przy trzeciej płycie – ja to wiem. Wyczekuję jej tak, jak kiedyś wyczekiwało się premiery albumu, by pobiec po niego do ulubionego sklepiku nieopodal domu. Gorąco zachęcam do odsłuchu i dania szansy, zarówno tej płycie, jak i całemu duetowi. Może się okazać, że będzie to wasz kolejny ulubiony zespół.
Kamil Tyski (Muzyczne retrospekcje)
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.
Ten post ma jeden komentarz
Może się starzeję, ale to nudne. Ciągle w to samo kopyto, brak własnego stylu, brak melodii etc.