IKS

Ranking albumów Limp Bizkit – od najgorszego do najlepszego

„Hej, pozwólcie, że zadam wam jedno osobiste pytanie…Ilu z was obudziło się kiedyś rano i pomyślało: Kurwa, nie dziś… dziś rozjebie wszystko dookoła? No właśnie – dzisiaj jest ten dzień!” Po tych słowach Freda Dursta, 24 lipca 1999 roku na festiwalu Woodstock, Limp Bizkit zagrało jeden ze swoich największych przebojów „Brake Stuff”, a pogo pod sceną przerodziło się w regularne zamieszki. Media i organizatorzy festiwalu w dużej mierze obwinili zespół za eskalacje przemocy i podżeganie tłumu do aktów wandalizmu… To jeden z bardziej pamiętnych wybryków, jakim zabłysnął Durst i spółka. Ale nie był on jednorazowym ekscesem, a wierzchołkiem góry lodowej kontrowersji, jakie przez lata towarzyszyły zespołowi z Jacksonville. Każdy, kto oglądał telewizję w latach 90. i 00., doskonale pamięta afery, kłótnie z innymi muzykami, a nawet oskarżenia o mizoginię i homofobię. Limp Bizkit w pewnym momencie byli jednym z najbardziej znienawidzonych zespołów na świecie… ale najlepsze jest to, że im to po prostu pasowało. Ba! Durst robił naprawdę wiele, żeby być w centrum uwagi. No i tak właśnie jest z tym Limp Bizkit. Trudno przejść obok nich obojętnie. W zasadzie to jeden z bardziej polaryzujących publiczność bandów w historii muzyki. Ale niezależnie, czy się ich lubi czy nienawidzi, trudno pominąć, jak ogromny mieli wpływ na scenę numetalową. To jeden z zespołów, który wyniósł ten gatunek z podziemia do absolutnego mainstreamu przełomu lat 90. i 00. Przez 32 lata na scenie formacja wydała szereg wydawnictw. W tym zestawieniu postaram się ułożyć wszystkie kluczowego pozycje w dyskografii Limp Bizkit od najgorszego do najlepszego.

 

… John Otto! Take It To The Matthews Bridge!

 

9. Greatest Hitz (2005)

 

„Greatest Hitz” to jedna z trzech kompilacji, jaką możemy znaleźć w dyskografii Limp Bizkit. Trafiła na tę listę tylko dlatego, że, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych („Collected” z 2008 roku i „Icons” z 2011 roku), możemy na niej znaleźć 3 wcześniej nieopublikowane kawałki. Co tu dużo pisać… zespół specjalnie się nie wysilił. „Why” i „Lean on Me” to odrzuty z sesji „Results May Vary” – utrzymane w podobnym stylu. Do tego dziwaczny mashup „Home Sweet Home/Bittersweet Symphony” (z repertuaru Mötley Crüe i The Verve) – gdy słucham tego potworka, mam wrażenie, jakby ktoś w ostatniej chwili powiedział: „kurwa, trzeba coś dorzucić, bo zostało miejsce na płycie”. Wydawnictwo raczej dla fanatyków Limp Bizkit, a nowe numery to prezent tylko dla tych, którzy jakimś cudem polubili filozoficzne rozkminki Freda Dursta z „Results May Vary”.

 

 

Najlepszy z premierowych utworów: „Lean on Me”.

 

 

 

8. Results May Vary (2003)

 

„Results May Vary” jest jedyną płytą w dyskografii Limp Bizkit, na której nie usłyszymy Wesa Borlanda. Formacja na jakiś czas straciła jeden z najważniejszych filarów swojego brzmienia, co przełożyło się na poszukiwania nowego i flirt z popularnymi w tamtych czasach łagodniejszymi odmianami rocka. I w sumie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że Fred Durst postanowił zostać poetą i zabrał się za filozofowanie. Efektem tego jest cała masa pseudogłębokich wypocin, użalania się nad swoim losem i rozgrzebywania historii. Poza masą frazesów, słychać echa domniemanego romansu Freda z Britney Spears (który konsekwentnie negowała). „Results May Vary” to strasznie nierówna płyta, która najciekawiej brzmi tam, gdy Limp Bizkit nie próbuje kombinować. Żeby nie być całkowicie krytycznym – z tych 16 kompozycji idzie wygrzebać kilka przyzwoitych kawałków i niedocenionych riffów, które dostały rykoszetem przez fatalną prasę w momencie premiery płyty. Aha… jakby ktoś się zastanawiał – tak, uważam, że „Behind Blue Eyes” jest zajebiście złe i nigdy nie powinno powstać.

 

Daj im drugą szansę: „Gimme the Mic”, „Underneath the Gun”, „Phenomenon”.

 

7. New Old Songs (2001)

 

Kolejna nieoczywista pozycja w zestawieniu. Tym razem album z remiksami utworów z pierwszych trzech płyt Limp Bizkit. Rok 2001, formacja osiągnęła szczyt popularności. Fani byli głodni nowego materiału, więc Fred i spółka szybko wykombinowali, jak wyciągnąć od nich trochę grosza bez konieczności nagrywania premierowych utworów. Album z przeróbkami miał być do tego idealnym narzędziem. Na płycie pojawiło się kilka topowych nazwisk: Pharrell Williams (wspólnie z Chadem Hugo jako The Neptunes), Timbaland, DJ Premier, Dub Pistols, P. Diddy czy legendarny producent – a przy okazji perkusista Garbage – Butch Vig. Do tego remiksy członków Limp Bizkit, czyli Freda Dursta i DJ-a Lethala. Czy wydawnictwo było skokiem na kasę i odcinaniem kuponów? Oczywiście, że tak… i to skokiem udanym, bo „New Old Songs” jest szesnastym najlepiej sprzedającym się albumem z remiksami wszech czasów. Ciekawostką jest remiks utworu „Crushed” – kawałka, którego oryginalna wersja została napisana na ścieżkę dźwiękową filmu „End of Days” (tego, w którym Schwarzenegger bije się na pięści z diabłem). Zarzut o odcinanie kuponów, to nie koniec grzeszków „New Old Songs”. Płyta ma sporo zapychaczy – „My Way” w pięciu różnych wersjach może powodować odruch wymiotny. Ale to nie zmienia faktu, że album jest całkiem niezłym dodatkiem do złotego (klasycznego) okresu Limp Bizkit i hołdem dla kultury hip-hop, stanowiącej jeden z fundamentów rap metalu. Z perspektywy czasu, moim zdaniem, wypada nieco lepiej niż w chwili premiery.

 

Przeróbki, które dobrze się zestarzały: „N 2gether Now (Neptunes Remix feat. Method Man)”, „Nookie – Androids Vs. Las Putas Remix (Butch Vig Remix)”.

 

 

6. Gold Cobra (2011)

 

Z czego słynie Limp Bizkit? Z paskudnych okładek – jednych z najbrzydszych, jakie kiedykolwiek powstały. Jednak „Gold Cobra” bije na głowę wszystkie inne! Ale to nie jest zestawienie najbrzydszych okładek, a subiektywny ranking albumów – a „Gold Cobra” ląduje gdzieś w okolicy środka stawki. To album do bólu generyczny, starający się wycisnąć to, co najlepsze z rap metalu – i w sumie mu się to udaje. Ciężkie riffy Wesa Borlanda, agresywny flow Freda Dursta. Nie ma tu większego polotu, ale przez większą część płyty, Limp Bizkit potrafi skopać tyłek jak za swoich najlepszych czasów. Im bliżej końca, tym krążek zaczyna tracić tempo – a szkoda, bo gdyby skrócić ten album o połowę, mogłaby powstać naprawdę niezła EP-ka.

 

Skopią ci tyłek: „Shotgun”, „Bring It Back”, „Gold Cobra”, „Douche Bag”.

 

5. Still Sucks (2021)

 

Najświeższe wydawnictwo w zestawieniu. Fred Durst w roli tatuśka z sąsiedztwa, który doskonale zdaje sobie sprawę, że lata świetności ma już dawno za sobą. Na „Still Sucks” Limp Bizkit nie próbują udawać, że są wciąż tymi samymi pojebanymi dzieciakami, które wywoływały zamieszki na Woodstock ’99. Zamiast tego z humorem i dużym dystansem przyznają: „tak, jesteśmy starzy, trochę cringe’owi i kompletnie nie pasujemy do dzisiejszych czasów” – i właśnie to jest w tej płycie zajebiste. „Still Sucks” w dużej mierze opiera się na nostalgii za złotym okresem Limp Bizkit oraz na samoświadomej autoironii. Zespół wyciąga maksimum ze swoich największych ułomności – przerysowanego ego Dursta, infantylnych tekstów i tego nieco topornego (przez niektórych znienawidzonego) numetalowego brzmienia z przełomu lat 90. i 00. Jeśli kochaliście Limp Bizkit w latach ich świetności, to słuchając „Still Sucks” z trudem powstrzymacie uśmiech na twarzy – mimo że płyta ma swoje oczywiste problemy. W przeciwieństwie do „Gold Cobra” album jest króciutki (niewiele dłuższy od EP-ki „The Unquestionable Truth”), co ostatecznie wychodzi mu na dobre. Nawet balladki w stylu tego nieszczęsnego „Behind Blue Eyes” szybko mijają i nie rażą aż tak bardzo. No i to ostatnia płyta, na jakiej pojawił się Sam Rivers…

 

Jak za startych dobrych czasów: „Dad Vibes”, „Out of Style”, „Pill Poper”.

 

 

4. Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water (2000)

 

Płyta, która narobiła ogromne zamieszanie – zarówno w dyskografii Limp Bizkit, jak i w całej numetalowej scenie przełomu mileniów. Czy to ich najlepszy album? Absolutnie nie. Ale to właśnie tutaj zespół doprowadził swój charakterystyczny, głupkowaty, wulgarny i bezczelnie rubaszny styl do absolutnego maksimum (sam tytuł to już jazda bez trzymanki!). Album, któremu można zarzucić naprawdę bardzo wiele i który niczym zły dotyk odcisnął piętno na całym pokoleniu słuchaczy. Ale to właśnie po wydaniu „Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water” miliony dzieciaków (w tym w Polsce) założyło czerwone fullcapy i darły japę do „My Generation”. I jasne, można się z tego dziś śmiać. Znam dziesiątki osób, które uwielbiają szydzić z tej płyty, jak i samego Limp Bizkit – „jakie to kurwa jest złe!” Oczywiście, można to robić, kręcić głową z politowaniem, wytykając kicz, przesadę i brak subtelności. Tyle że… według mnie ten album wciąż buja jak te 26 lat temu. „Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water” ma w sobie coś niepokojąco chwytliwego – coś, co sprawia, że mimo całej swojej toporności i przerysowania, po latach i tak ciągle do niego wracamy. I chyba właśnie w tym tkwi największy paradoks tego albumu – balansuje gdzieś między obciachem a przebłyskiem talentu, by ostatecznie okazać się po prostu zaskakująco przyjemnym w odbiorze.

 

W sumie hit za hitem, których nikomu nie trzeba przedstawiać, ale najlepsze to „Boiler”, „Take a Look Around” i „Rollin’ (Air Raid Vehicle)”.

 

 

🥉 The Unquestionable Truth (Part 1) (2005)

W 2005 roku do zespołu wrócił Wes Borland, ale nieobecny stał się John Otto, który zmagał się z uzależnieniem i problemami osobistymi. Limp Bizkit przechodziło coś w rodzaju kryzysu tożsamości – a może po prostu byli zmęczeni sławą i negatywną prasą, która towarzyszyła im przez ostatnie lata. Kolejne wydawnictwo było drugim po „Results May Vary” istotnym stylistycznym skokiem w bok. Tym razem nie znajdziemy tu imprezowego rap metalu, żartów o odbycie ani podobnych wygłupów. „The Unquestionable Truth (Part 1)” to naprawdę mocna rzecz, powstała w bardzo trudnych dla zespołu czasach, co dodatkowo wzmocniło jej klimat. W tekstach Fred Durst porusza takie tematy jak przypadki nadużyć seksualnych w Kościele, terroryzm czy polityka. Co zaskakujące, w tym społecznym komentarzu wypada naprawdę autentycznie. Muzycznie jest to najcięższe oblicze Limp Bizkit zaraz obok debiutu – dużo bardziej surowe od poprzednich krążków. Produkcja Rossa Robinsona skierowała zespół w stronę niemal eksperymentalnego metalu. Co ciekawe, John Otto został zastąpiony (chwilowo) przez Sammy’ego Sieglera, znakomitego perkusistę związanego z nowojorską sceną hardcore, którego styl gry jeszcze mocniej odsuwa to wydawnictwo od klasycznego brzmienia Limp Bizkit, jakie znamy z wcześniejszych lat. „The Unquestionable Truth (Part 1)” to ukryty skarb w dyskografii Limp Bizkit.

 

Najlepsze fragmenty: Posłuchajcie całej płyty od początku do końca!

 

 

🥈 Three Dollar Bill, Y’all$ (1997)

 

Debiutancka płyta Limp Bizkit to energia w czystej formie, nieskażona sukcesem komercyjnym. Bez błaznowania, bez upiększaczy i bez wielkich pieniędzy w tle… i może przede wszystkim jeszcze bez rozdmuchanego ego Freda Dursta. Całość brzmi surowo, chaotycznie i totalnie szczerze – nu metal w najczystszej postaci. To obraz czasów, kiedy zespół dopiero co wyszedł z piwnicy i grał tak, jakby nie miał nic do stracenia. Fred Durst rapuje z prawdziwą wściekłością i frustracją, a chłopaki z zespołu napierniczają aż miło. Do tego DJ Lethal i jego charakterystyczne, chropowate scratche oraz gościnnie Scott Borland, brat Wesa, na klawiszach. Może nie ma tu wielkich radiowych hitów na miarę „Chocolate Starfish (…)” czy „Significant Other”, za to dostajemy autentyczną, pierwotną energię, która w późniejszych latach zostanie przerobiona na potrzeby komercyjnego sukcesu. To album, na którym Limp Bizkit brzmi najbardziej prawdziwie i najagresywniej w całej swojej karierze.

 

Strzały w ryj: „Counterfeit”, „Pollution” i „Indigo Flow”.

 

 

🥇 Significant Other (1999)

 

Album, który wyniósł Limp Bizkit na szczyt. To na nim pierwotna energia debiutu została ujarzmiona i przekształcona w coś znacznie bardziej przystępnego i chwytliwego. Co ważne – całość wciąż zachowuje proporcje: balans między agresją a przebojowością, który jeszcze nie został zachwiany. To właśnie na „Significant Other” w pełni ukształtowało się charakterystyczne brzmienie Limp Bizkit. To idealna mieszanka rapu, metalu i tekstów tworzących kawałki brzmiące, jakby napisał je wkurwiony, napalony nastolatek z podbitym okiem i deskorolką w ręku. Album, dzięki któremu mamy „Nookie”, „Break Stuff” czy „Re-Arranged” – niekwestionowane hity z tamtych lat. Nawet jeśli ktoś nienawidzi nu metalu, istnieje spora szansa, że zna je na pamięć. Krótko mówiąc: to nie jest po prostu album. To jest TEN album, który uczynił Limp Bizkit jedną z najgorętszych nazw przełomu mileniów. A później… cóż, później zaczęło się to całe cyrkowanie.

 

Gdy już znudzi wam się „Nookie” i „Break Stuff” sprawdźcie „Nobody Like You”, „Just Like This” oraz „9 Teen 90 Nine”.

 

 

Po kilku latach przerwy na koncertową mapę Polski powraca IMPACT – kultowe wydarzenie, które przez lata przyciągało tysiące fanów mocnych brzmień.  Impact przez lata gościł największe gwiazdy światowego rocka i metalu, wśród których znaleźli się m.in. Black Sabbath, Tool, Rammstein czy Slipknot. W 2026 roku impreza ponownie zagości w TAURON Arena Kraków, a pierwszym potwierdzonym zespołem został właśnie Limp Bizkit. To świetna okazja, żeby na żywo usłyszeć takie kawałki jak „Break Stuff”, „Nookie” czy „My Generation” . Bilety są dostępne na stronach Live Nation oraz Ticketmaster. Organizatorzy zapowiedzieli też występy takich artystów jak Nettspend oraz Ecca Vandal.

 

 

Na koniec przygotowaliśmy dla Was playlistę na Spotify z utworami, które według nas najlepiej reprezentują każdy album w dyskografii Limp Bizkit.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020