Dziesięć lat: prawie tyle trzeba było czekać na nowe dzieło od kalifornijskiego Neurosis. Będąc szczerym przed samym sobą: nie wierzyłem w powrót zespołu. Uznałem, że zawieszenie działalności było po prostu łagodniejszym powiedzeniem fanom, iż jest to koniec. Nagle, bez żadnych ostrzeżeń, bez żadnych zapowiedzi, bez jakichkolwiek spekulacji zespół po prostu wydał 20 marca 2026 roku nowy album i ogłosił to całemu światu. Moja pierwsza reakcja? Nie byłem w stanie w to uwierzyć. Myślałem, że to jakiś żart albo trolling, dopóki nie przekonałem się na własne uszy: Neurosis powróciło!
W nowym rozdziale Neurosis rolę jednego z dwóch wokalistów oraz gitarzystów objął Aaron Turner, muzyk znany z innej postowej legendy, czyli Isis, oraz noisującego gruzowego zespołu Sumac. Osobiście odnoszę wrażenie, że na nowym albumie jego wkład brzmi tak, jak gdyby był w formacji od zawsze, co tylko potęguje niesamowitość doznania nowego dzieła. Jego wokale są wyraziste i gniewne, a riffy gruzujące i pełne ciężaru, również tego emocjonalnego.
Gatunek, jaki gra Neurosis, jest wciąż poddawany żywym dyskusjom, przynajmniej według moich obserwacji. Jedni nazywają ich post-metalem, inni post-hardcorem. Myślę że z biegiem lat Neurosis do swojej muzyki inkorporowało tak wiele rozmaitych wpływów oraz gatunków, iż wychodzę z założenia że formacja gra swój własny gatunek muzyki. Nie mam pomysłu pod co podciągnąć mieszankę post-hardcore, sludge metalu, doom metalu, neofolku, tribalu oraz ambientu i noise’u. Wszystkie te style i sposoby wyrażania emocji poprzez dźwięk znajdziecie na „An Undying Love for a Burning World”. Płyta, pomimo całego ciężaru i niezwykłych wypraw przez dźwięk, jest dziełem niesamowicie intymnym oraz emocjonalnym. Czuć w niej niezwykłą tęsknotę za tworzeniem, za egzystencją jako jeden zespołowy organizm. Podobnie jak pozostałe wydawnictwa formacji, jest to dzieło bezkompromisowe, w którym muzycy ciągle coś zmieniają, nie pozwalając słuchaczowi osiąść i przyzwyczaić się do czegokolwiek: od tempa, przez przejścia, po melodie, ciężar czy gatunki muzyczne, a także po długość trwania utworów: od niecałej minuty po niecałe siedemnaście.

Przez tę rozmaitość gatunkowo-stylistyczną nigdy nie wiadomo, czego oczekiwać, czego się spodziewać po kolejnych wydawnictwach legend z Oakland. Pamiętam, z jakim napięciem odpaliłem album po raz pierwszy, nie wiedząc absolutnie, czego się spodziewać. Tak zostałem zaatakowany przez pełne bólu krzyki i hałas na otwierającym, krótkim „We Are Torn Wide Open”, będącym niezwykłym wprowadzeniem do gęstego i pełnego ciężkich emocji klimatu albumu.
Muzyka płynnie przechodzi w drugi utwór, „Mirror Deep”, który niezwykle dobrze balansuje pomiędzy gruzującym ciężarem a łagodnymi, uduchowionymi wyprawami w głąb ludzkiego umysłu. Kawałek na przemian niezwykle buja słuchaczem poprzez plemienne beaty i sladżowe riffowania oraz zmusza do kontemplacji związanej z bardziej mistycznymi przeprawami. Kontrasty to cecha, za którą zawsze kochałem Neurosis, a tutaj jest ich pełno. „First Red Rays” zaczyna pobudzający wyobraźnię, tajemniczy ambient, który płynnie przechodzi w ciężkie, smoliste riffowanie w stylu sludge. Pomimo wkroczenia gruzowego instrumentarium ambient wciąż jest słyszany w tle, tworząc niesamowicie przejmujący dźwiękowy pejzaż. Nawet to buczące gitarowe granie ma w sobie smutek chwytający bezpośrednio za serce. W utworze zespół kontrastuje szybkie i wolne tempo oraz moc z lirycznością. Wszystko to się przeplata, tworząc hipnotyczną całość.
„Blind” zaczyna się jeszcze bardziej tajemniczo, niczym złowieszczy szept zasłyszany pośród ciemności, aby następnie wkroczyć w melodyjne, ale walcowate i przepełnione bólem granie na ciężko, wolno serwując tym samym niezwykle depresyjny post-sludge. Utwór przypomina wyrzucenie z siebie bólu, goryczy i złości poprzez krzyk, aby osiągnąć równowagę. Katharsis odnajduje się w punkcie kulminacyjnym, gdzie formacja odchodzi całkowicie od przesterowanych gitar, roztaczając przed słuchaczem przepiękną ambientową podróż, powoli dryfującą w postowe rejony, aby znowu przygruzować.
„Seething and Scattered” to z kolei prawdziwa gratka dla miłośników połamanych rytmów i hałaśliwych dźwięków, która rozwija się w psychodeliczno-masywną młóckę, non stop kombinując i nie pozostawiając zbytnio miejsca na przyzwyczajanie się do muzyki. Przypomina to nieco miotanie się w wodzie podczas tonięcia, gdy próbujemy się czegoś chwycić, ale się to nie udaje. Z odsieczą przychodzi łagodny i minimalistyczny motyw, który powoli buduje coraz większe napięcie wprowadzając mnie w niezły trans. Pod koniec utworu można byłoby ściągać mnie z sufitu, gdyby nie gwałtowne wgniecenie w ziemię zdehumanizowanym riffem. „Untethered” to utwór przedziwny w najlepszym tego słowa znaczeniu, w którym z jednej strony niby nic do siebie nie pasuje, a z drugiej te pozornie niepasujące do siebie elementy tworzą spójną całość, z czasem przechodząc w niezwykle bujającą dawkę riffowania.

„In the Waiting Hours” zaczyna się łamiącą serce neofolkową melodią (z ambientowym tłem), która dobitnie pokazuje, jak niewiele trzeba, aby wyrazić wielki smutek. Stanowi to wyśmienity wstęp do niezwykle gorzkiego i buczącego dźwiękowego ataku, jaki ma dopiero nastąpić. Pomimo całej tej goryczy utwór niezwykle buja oraz hipnotyzuje, wrzucając mnie w wir niezwykłych dźwięków. To utwór bardziej przypominający doznanie. Angażuje, wciąga i otwiera na ból. Ma też w sobie oczyszczającą moc, nie zostawia zatem słuchacza samego z tym całym bólem. Album zwieńcza „Last Light”, czyli najdłuższy utwór na płycie będący jednocześnie chimerą. Rozpoczyna się od beatu oraz nieludzkich krzyków i stopniowo rozwija się w psychodeliczny rytuał pełen budujących napięcie dźwięków, aby przejść w nieco bardziej optymistyczne granie. W połowie utwór zmienia się całkowicie, przybierając mistyczny kształt, zabierając słuchacza w kompletnie inny świat.
Tak oto mija godzina z nowym albumem mistrzów. Nie zliczę już, jak wiele razy leciał, odkąd wyszedł, bo szczęśliwi liczby odsłuchów nie liczą. Natomiast mogę powiedzieć jedno na pewno: jako wieloletni fan Neurosis jestem zachwycony tym albumem. Zauważyłem, że nie tylko ja jestem zakochany w najnowszym materiale, ponieważ metalowe zakątki internetu zdały się dosłownie rzucić na nową płytę. Wcale się nie dziwię: to tylko pokazuje jak bardzo ludzkość potrzebowała kolejnego wybitnego dzieła od Neurosis i jak ta tęsknota narastała przez długie lata.
Marek Oleksy (Gruz Culture Propaganda)
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.