IKS

Markus Kuschke (Desaster) [Rozmowa]

Desaster to prawdziwa legenda black/thrash metalu. Choć powstali już pod koniec lat 80., to dopiero w drugiej połowie 90. zaczęli wydawać swoje pierwsze albumy. I choć pochodzą z Niemiec i szybko zyskali popularność w Polsce, pierwszy koncert zagrali u nas dopiero w 2017 roku. Od tego czasu zdążyli wystąpić w naszym kraju jeszcze parę razy i bardzo im się spodobało. Dlaczego? Między innymi o tym opowiedział mi gitarzysta i założyciel tej grupy – Markus Kuschke, znany jako Infernal. Tematem naszej rozmowy była też wydana w ubiegłym roku dziesiąta studyjna płyta Desaster, ale i kilka innych ciekawostek, dotyczących choćby tajemniczego polskiego zespołu czy tożsamości etnicznej Markusa.

Desaster wystąpi 28 marca 2026 roku w krakowskim klubie Zaścianek, któremu dziękujemy za wsparcie w przeprowadzeniu tej rozmowy.

 

Adrian Pokrzywka: Cześć, Markus. Jak się czujesz, wszystko w porządku?

 

 

Markus Kuschke: Wszystko u mnie w porządku. Właśnie spakowałem wszystkie rzeczy, których potrzebuję na przyjazd do Polski. Zawsze jest mnóstwo rzeczy do zabrania – gadżety, sprzęt, instrumenty, rzeczy osobiste… nie mogę zapomnieć o moim mydle (śmiech).

 

 

AP: (śmiech) Lepiej nie. Ok, chciałbym zapytać o nowy album, który wydaliście w zeszłym roku, czyli „Kill All Idols”. Na początku pytanie o jego… początek. Zauważyłem, że do tej pory niemal wszystkie wasze albumy obudowane były przez intro i outro. A tym razem brakuje takiego utworu instrumentalnego na rozpoczęcie płyty. Jakbyście zdecydowali, że nie ma sensu przedłużać i od razu przystępujecie do ataku. A może zapomnieliście dołączyć go do albumu?

 

 

MK: (śmiech) Nie, choć jesteśmy starymi facetami i zapominamy o wielu rzeczach (śmiech). Ale tym razem to było celowe. I faktycznie mieliśmy takie intra na wszystkich poprzednich albumach. Zawsze były długie, trwały przynajmniej minutę, czasem ponad dwie. Trochę za długo na obecne standardy. Ale nasz ostatni album jest jubileuszowy – to nasza dziesiąta płyta. I dlatego chcieliśmy, by była wyjątkowa i różniła się pewnymi elementami od reszty. Brzmienie jest nieco inne, okładka trochę różni się od tego, co robiliśmy w przeszłości. Chcieliśmy zmienić też intro, więc daliśmy na początek tylko krótki dźwięk eksplozji atomowej, po czym następuje czysta, pieprzona katastrofa (śmiech) [„disaster” – nawiązanie do nazwy grupy – przyp. AP].

 

 

AP: I mamy dwa uderzenia, jedno atomowe i drugie – wasze.

 

 

MK: Tak! (śmiech)

 

 

AP: Album utrzymany jest w black/thrashowej stylistyce, do której nas przyzwyczailiście. Choć wydaje mi się, że tym razem te motoryczne fragmenty przypominają w swojej rytmice nawet nie tyle thrash metal, co punk. Zgadzasz się? I czy dostrzegasz jakąś zmianę w waszych kompozycjach na tej płycie?

 

 

MK: Tak, zawsze byliśmy fanami punka i zawsze mieliśmy w naszej muzyce odrobinę tego stylu. Tym razem postanowiliśmy nagrać cały kawałek, który jest punkowy. Nazywa się „They Are the Law”. Ale na albumie mamy też wiele innych rzeczy, jak zawsze. To nie tylko thrash czy black metal, ale i elementy death metalu, wolniejsze doomowe fragmenty i standardowe heavymetalowe riffy. Lubimy wszystkie te gatunki i chcieliśmy je umieścić na tej płycie.

 

 

AP: Tym razem wasz album nie został zmiksowany przez lokalnego producenta, ponieważ zajął się tym Greg Wilkinson z Autopsy. Dlaczego akurat on? Jak doszło do tej współpracy?

 

 

MK: Tak, to był taki wyjątkowy pomysł, który wpadł nam do głowy, kiedy byliśmy pijani (śmiech). Chcieliśmy zrobić taki testowy miks przygotowany przez czterech znanych producentów. Właściwie doprowadziło to później do małej kłótni w naszym zespole. Daliśmy po jednym utworze do zmiksowania czterem różnym facetom, a Greg – moim zdaniem – był najlepszy. Po burzliwej dyskusji udało mi się przekonać pozostałych członków zespołu, żeby powierzyli mu miksowanie całego albumu. Myślę, że wykonał świetną robotę. Jak wspomniałeś, brzmienie jest tym razem trochę inne w porównaniu do starszych albumów. Ale uważam, że to coś świeżego i otworzy przed nami nowe horyzonty (śmiech).

 

 

AP: Jak podkreśliłeś wcześniej – to wasz dziesiąty album. Pierwsze sześć wychodziło dość regularnie, praktycznie co dwa lata. A teraz przerwy między waszymi płytami studyjnymi wynoszą cztery, czasem nawet pięć lat. Czy dalej macie w sobie taki entuzjazm do grania, jaki mieliście w początkowych latach działalności?

 

 

MK: Tak, mamy – ale nie mamy czasu. Kiedy zaczynaliśmy jako zespół, byłem studentem. I uwierz mi – byłem nim naprawdę długo (śmiech). Nasz ówczesny perkusista [Stefan Hüskens – przyp. AP] też miał dużo czasu. W okresie gdy wydawaliśmy albumy takie jak ten [Markus wskazuje na wiszący za nim winyl „Tyrants of the Netherworld” – przyp. AP], on ciągle był bezrobotny. Miał więc mnóstwo czasu, by ze mną ćwiczyć na próbach, i dzięki temu wydawaliśmy albumy co dwa lata. Ale to przestało być możliwe, kiedy zaczęliśmy pracować na etacie. Wiesz, nie jesteśmy profesjonalnymi muzykami, wszyscy mamy swoje stałe prace. Ale dzięki temu, że mamy dochody z tych źródeł, nie jesteśmy zależni od muzyki. Możemy wydawać płyty, kiedy nam się podoba, a nie wtedy, gdy wytwórnia nam każe. Jesteśmy całkowicie niezależni, mamy swobodę, by robić, co chcemy. Brakuje tylko czasu. Nadal mamy wiele ognia w naszych sercach i w naszych tyłkach, by tworzyć ekstremalną muzykę. I myślę, że można to usłyszeć na naszym najnowszym albumie.

 

 

AP: Tak! Zdecydowanie to słychać.

 

 

MK: Dziękuję.

 

 

 

 

AP: Podoba mi się nowy album i cieszę się, że będę mógł go niedługo posłuchać też na żywo. Chciałbym teraz porozmawiać o waszym przekazie. Wydaje mi się, że zawsze byliście zespołem antyreligijnym czy też antyklerykalnym? Czy ta opozycja, ten bunt wciąż są w was żywe? Może rola religii nie jest już dziś tak ważna i już nie ma się przeciwko czemu buntować? Bo myślę, że do tego może nawiązywać tytułowy utwór z waszej poprzedniej płyty – „Churches Without Saints”. Co o tym myślisz?

 

 

MK: Tak, twoja teoria jest słuszna. Nasz poprzedni album, o którym wspomniałeś, był antyreligijny, wróciliśmy na nim do tej tematyki. Był o tych wszystkich fałszywych prorokach i złych rzeczach które działy się zwłaszcza w Kościele katolickim, jak afery seksualne. To był wspólny temat tamtego albumu. A kontekst nowego jest jeszcze bardziej radykalny. Jest przeciw wszystkim pieprzonym idolom! Przeciw wszystkim politykom, przywódcom religijnym, wszystkim ludziom, którzy mówią ci, co masz robić. To naprawdę nie jest dobre, nie powinieneś wierzyć w to, co słyszysz w mediach. Wokół jest mnóstwo fałszu, więc powinieneś słuchać swojego serca, wyrobić sobie własną opinię i podążać za nią. To właśnie motyw nowego albumu – „Kill All Idols”.

 

 

AP: Lubię nie tylko wasze ostatnie dwa albumy, ale bardzo podoba mi się też debiut Desaster. Ma wolniejsze tempo i taką złowrogą atmosferę. Krótko mówiąc, to wasz najbardziej blackmetalowy album, w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Co sądzisz o tej płycie po tylu latach? Dalej ci się podoba?

 

 

MK: Tak, nawet po tych 30 latach, bo przecież ukazała się w 1996 roku. Właśnie zrobiliśmy jej reedycję jako całkiem fajny box CD. I oczywiście musiałem ponownie posłuchać tego albumu, gdy nad nim pracowałem. I nadal fajnie było słuchać tych starych kawałków. Do dziś gramy też na żywo utwory z tej płyty, nadal ją lubimy. I masz rację, atmosfera tej płyty jest naprawdę blackmetalowa. Nasz dawny wokalista śpiewał jak chłopaki z Norwegii. Byliśmy wtedy wielkimi fanami takich zespołów jak Darkthrone czy Immortal. I oczywiście byliśmy młodzi i próbowaliśmy trochę naśladować te rzeczy. Ale myślę, że już wtedy mieliśmy własny styl. Były tam utwory, które brzmiały w tym czasie dość świeżo, jak choćby „Devil’s Sword”, który do dziś gramy na koncertach. Ale własny  black/thrashowy styl wypracowaliśmy w pełni na kolejnych wydawnictwach, epce „Stormbringer” i albumie „Hellfire’s Dominion”.

 

 

AP: Myślę, że twoje zainteresowanie black metalem jest bardziej widoczne w twoich pobocznych projektach, jak Doom Cult Commando czy Infernal Fire. Ten pierwszy ma na swoim koncie tylko demo. Planujesz rozwinąć go w pełnoprawny zespół?

 

 

MK: Właściwie to jest pełnoprawny zespół. Dołączyłem do tych dwóch gości z Doom Cult Commando, żeby grać z nimi na basie, bo nie mieli nikogo, kto mógłby występować z nimi na żywo. Więc dla mnie to trochę taki projekt, ale w rzeczywistości to prawdziwy zespół. A dopóki mam czas i mogę do nich dołączyć, wypić parę piwek i trochę pograć, to sama przyjemność. Mam nadzieję, że zagramy jeszcze kilka koncertów. Na razie wystąpiliśmy na żywo raz i świetnie się bawiliśmy. Mam nadzieję, że uda się zagrać też w Polsce. Właściwie wysłałem już kilka propozycji do waszych organizatorów i byłoby świetnie, gdyby się udało. Wiem, że Polacy lubią ten ekstremalny styl black metalu, tego bardzo prymitywnego, w stylu Archgoat i innych podobnych zespołów. Swoją drogą, jestem zaskoczony, że znasz mój solowy projekt – Infernal Fire.

 

 

AP: Metal Archives mi pomogło. Ale na razie masz na koncie chyba tylko jeden kawałek?

 

 

MK: Ach, jestem leniwy (śmiech).

 

 

AP: No dobra, mamy więc już thrash i black metal, ale wiem, że lubisz też heavy metal. Innym zespołem, w którym grasz na gitarze, jest Moontowers, który skupia się na epickim stylu heavy metalu. Są jeszcze jakieś gatunki muzyczne, które chciałbyś w przyszłości eksplorować?

 

 

MK: Dobre pytanie. Rozmawialiśmy o tym, o przyszłości Desaster, jak mieliśmy ostatnio próbę. Siedzieliśmy więc pijani w barze i stwierdziliśmy, że jak będziemy mieć 70 lat, to chyba nie będziemy w stanie już grać tak szybko. Doszliśmy do wniosku, że chyba będzie to coś w stylu doomowego rock and rolla, cokolwiek z tego wyjdzie (śmiech). Nie wiem, co będzie za 20 lat, ale naprawdę myślę, że będziemy dalej tworzyć muzykę, bo to kochamy. Nie ma nic lepszego niż pisanie własnych piosenek, spotykanie się, picie piwa i granie muzyki. To najlepsza rzecz w życiu.

 

 

AP: A drugą najlepszą rzeczą jest słuchanie później tej muzyki.

 

 

MK: Oczywiście. Jeśli komuś innemu też się to podoba – to świetnie.

 

 

zdj. Diana Mennicke

 

 

AP: Desaster porusza się w dość oldschoolowym stylu muzycznym, więc podejrzewam, że inspiruje was wiele klasycznych zespołów z lat 80. i 90. A czy są jakieś nowe zespoły, które lubisz? Coś, co powstało niedawno i przyciągnęło twoją uwagę?

 

 

MK: No cóż, bywam raczej dość spóźniony, jeśli chodzi o nowe zespoły. Ale takim „nowym” zespołem jest dla mnie ten zespół z Polski, którego nazwy nigdy nie potrafię wymówić – Mogla, Mgwa…

 

 

AP: Mgła!

 

 

MK: Tak, tak! To jest Mgwa – niestety mój polski nie jest zbyt dobry (śmiech). Ale kiedy niedawno odkryłem ten zespół, jakieś 10 lat temu, byłem zachwycony. Myślałem sobie: „wow, to jest przyszłość black metalu!”. To naprawdę świetna muzyka. To w tym momencie jeden z moich ulubionych zespołów! Nie mogę się doczekać ich kolejnego albumu, który, mam nadzieję, szybko się ukaże.

 

 

AP: Miło to słyszeć. Też ich bardzo lubię. Mgła jest zresztą bardzo popularna nie tylko u nas w kraju, ale na całym świecie. Rozmawiamy już trochę o muzyce metalowej, ale jest przecież o wiele więcej gatunków. Słuchasz czegoś poza metalem? Czerpiesz jakieś inspiracje z innych stylistyk?

 

 

MK: Nie sądzę, żebym w przeszłości czerpał inspirację z innej muzyki, bo dla mnie kiedyś wszystko, co było wolniejsze od Slayera – było gównem (śmiech). Oczywiście dorosłem i otworzyłem się na inną muzykę, więc w zasadzie słucham wszystkiego. Lubię muzykę klasyczną, czasami nawet pop, którego słuchają moje dzieci. Czasem nawet pomyślę, że jakaś piosenka z radia ma świetny refren. Albo że wokalista jest dobry, czy coś w tym stylu. Lubię też muzykę klezmerską, starą muzykę żydowską, która potrafi być jednocześnie zabawna i smutna. Lubię nawet czasem reggae, gdy jestem pijany. Tak więc dziś naprawdę mam otwarty umysł, słucham wszystkiego, co brzmi dobrze w moich uszach.

 

 

AP: Zgadzam się, to najważniejsze – muzyka ma być dobra, a nie gatunek. Chciałbym teraz zapytać o koncerty Desaster. Od dłuższego czasu nie graliście jakichś większych tras, mimo że wychodziły w tym czasie wasze albumy studyjne. Dlaczego koncertujecie tak rzadko?

 

 

MK: Jak już wcześniej wspomniałem, wszyscy mamy swoje stałe prace. Nie możemy wziąć tak długiego urlopu w pracy, to zawsze jest trudne. Jest jeszcze inna sprawa. Właściwie ostatnią dłuższą trasę odbyliśmy chyba w 2002 roku z Holy Moses. To były trzy tygodnie w trasie i było naprawdę ciężko. Zrozumieliśmy, że jeśli będziemy tak imprezować przez cały czas, to za 10 lat będziemy martwi (śmiech). Wolimy więc grać pojedyncze koncerty. To coś wyjątkowego dla fanów, ale i dla nas. Każdy występ jest jak jakaś msza, trochę jak święto.

 

 

AP: Rozumiem. Mam teraz pytanie dotyczące twojego nazwiska, czyli Kuschke. Chociaż pisownia jest typowo niemiecka, to brzmi trochę słowiańsko. Masz jakieś wschodnie korzenie?

 

 

MK: Tak, niedawno się tego dowiedziałem, sztuczna inteligencja mi podpowiedziała. Wpisałem swoje nazwisko i zapytałem, skąd pochodzi i co oznacza. I okazało się, że naprawdę ma słowiańskie pochodzenie. Nie wiem, czy wiesz, ale we wschodniej części Niemiec mamy mniejszość słowiańską – to Serbołużyczanie. Wygląda na to, że moje nazwisko pochodzi od nich. Jesteśmy więc jeszcze bliższymi sąsiadami, niż myślisz.

 

 

AP: Fajnie, to ciekawe. Mam jeszcze jedno pytanie dotyczące koncertów. No bo pochodzicie z Niemiec i działacie już ponad 35 lat, jesteście w undergroundzie kultowym zespołem, ale wydaje mi się, że w Polsce graliście bardzo mało, kojarzę tylko raz. To prawda? Dlaczego przyjeżdżacie do nas tak rzadko?

 

 

MK: Hm, myślę, że graliśmy już trzy albo cztery razy w Polsce. Ale masz rację, zaczęliśmy do was przyjeżdżać bardzo późno i trochę tego żałujemy. Gdy zaczynaliśmy wydawać nasze dema w latach 90., dostawaliśmy mnóstwo listów z Polski. Mieliśmy też od was dużo propozycji wywiadów i zamówień, czytaliśmy też polskie fanziny. Ale niestety nigdy nie dostaliśmy żadnego zaproszenia na występ w Polsce. Co było naprawdę smutne, bo słyszeliśmy wiele o polskiej scenie, która jest cholernie agresywna. I wreszcie jakieś 10 lat temu odezwał się do nas Michał z Black Silesia. Sprowadził nas do Polski i chyba pierwszy koncert zagraliśmy w Gliwicach. Ale to było świetne! Jeszcze się dobrze nie rozpędziliśmy, a już pod sceną trzech gości miało zakrwawione nosy. Bardzo nam się podobało.

 

 

AP: No tak, w Polsce czasami bywa ostro pod sceną. To co, chyba nie możesz się doczekać koncertu w Krakowie?

 

 

MK: Oczywiście! Zawsze się cieszymy na koncerty w Polsce. Macie świetne piwo, świetne jedzenie i takie ładne kobiety (wzdycha). Uwielbiam słowiańską urodę kobiet.

 

 

AP: Markus, bardzo dziękuję ci za rozmowę. Do zobaczenia w Krakowie!

 

 

MK: Dziękuję ci za dobre pytania i do zobaczenia. Na zdrowie!

 

 

Rozmawiał Adrian Pokrzywka

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020