IKS

Kim Gordon – „Play Me” [Recenzja], dystr. Sonic Records

Kim Gordon, była członkini legendarnej grupy Sonic Youth, po raz kolejny mierzy się z tematami technologicznego przebodźcowania, emocjonalnego zubożenia świata, w którym polityka, kultura i rynek coraz mocniej zlewają się w jeden chaotyczny porządek. Po „The Collective” przychodzi pora na „Play Me” – to kolejna współpraca Gordon z producentem Justinem Raisenem. Album wybrzmiewa jako komentarz do rzeczywistości, w której technologia coraz silniej wplata się między nasze oddechy. Z tekstów wyłania się dość wyraźna teza: cyfrowy postęp spłaszcza sztukę budowaną przez emocje i redukuje ją do poziomu łatwo konsumowalnego produktu.

W porównaniu do poprzedniego krążka tegoroczny wydaje się być tworem mniej eksperymentalnym i bardziej przystępnym – taki wybór nie jest przypadkiem. Gordon nie ogranicza się tu do samej krytyki popkultury, ale częściowo przejmuje również jej język. „Play Me” jest albumem bezpośrednim, opartym na wyraźniejszych rytmach, krótszych formach i hookach, przez co przekaz wybrzmiewa nie tylko w warstwie tekstowej, ale również w samej konstrukcji utworów. Oszczędne, minimalistyczne teksty są tu kolejnym świadomym zabiegiem. Odbijają one uproszczenie, jakie dominuje dziś w sztuce masowej. Równie znaczący wydaje się czas trwania samych utworów – większość z nich zamyka się w około dwóch minutach, a cały album trwa niespełna pół godziny. Dzięki temu także forma staje się częścią manifestu: obrazuje kulturę jako podporządkowaną natychmiastowości, skrótowi i szybkiemu zużyciu.

 

zdj. Moni Haworth

 

„Play Me”, utwór tytułowy i zarazem otwierający album, działa jak przewrotne zaproszenie. „Come on / Play me” – śpiewa Gordon, ale trudno nie odczytać tego wezwania jako gestu podszytego ironią. To już nie tylko zwrot do słuchacza, lecz także opis rzeczywistości, w której artysta musi nieustannie sprzedawać siebie, walczyć o uwagę i podporządkowywać się mechanizmom działania rynku. Bezpośredniość tego komunikatu przypomina język współczesnej autoreklamy, wymuszonej przez masowość i konkurencję. Dodatkowego znaczenia nabierają frazy takie jak „’70s hippie / Spring pop, chill vibes”, wyraźnie kojarzące się z estetyką playlist tworzonych przez serwisy streamingowe. Gdy Gordon dodaje „Hey, come on, feel free”, ironia staje się jeszcze wyraźniejsza: obiecywana wolność jest przecież jedynie pozorem, bo wybór użytkownika od początku organizowany jest przez algorytmy. W tym sensie utwór staje się satyrycznym przedstawieniem obrazu cyfrowych platform, które zamiast poszerzać muzyczne horyzonty, często zamykają słuchacza w wąskim, wygodnie zaprojektowanym obiegu.

„Black Out” jest antykapitalistycznym rantem. Opowiada o świecie znajdującym się w procesie rozpadu – rzeczywistości, w której polityka, władza i ekonomia tworzą jeden wzajemnie napędzający się mechanizm przemocy, nieuchronnie zmierzający ku samozniszczeniu. W tym kawałku Gordon formułuje jedną z najbardziej bezpośrednich politycznych wypowiedzi na płycie. Wers „You don’t trump me, I trump you” staje się trafną grą słów: z jednej strony artystka przywołuje nazwisko amerykańskiego prezydenta, z drugiej wykorzystuje znaczenie czasownika „to trump”, sugerując konfrontację, dominację i odwrócenie układu sił. W „Dirty Tech” wers „I like it when you talk dirty tech to me” zręcznie łączy technologię z erotyką, tworząc ironiczny komentarz o władzy cyfrowego świata. Gordon pokazuje, że technologia przeniknęła już nie tylko sferę publiczną czy artystyczną, ale również obszar relacji i intymności. W tym ujęciu „Dirty Tech” pozostaje utworem o kontroli – o tym, jak technologia wkracza w najbardziej osobiste przestrzenie życia. Jest to opowieść o dominacji systemu, który niepostrzeżenie zdobywa nad człowiekiem przewagę, formatując jego sposób komunikacji, odczuwania i uczestnictwa w świecie.

 

 

Ostatni kawałek, „BYEBYE25!”, nie jest zupełnie nowym utworem, lecz odświeżoną wersją „BYE BYE”, otwierającego album „The Collective”. Kim Gordon wraca do wcześniejszego numeru, ale nadaje mu bardziej polityczny wymiar. O ile oryginał opierał się na wyliczeniu rzeczy do spakowania, nowa wersja zamienia tę listę w katalog słów i tematów wypychanych poza oficjalny obieg przez administrację Trumpa. Finał albumu staje się chłodnym, robotycznym manifestem przeciwko cenzurze języka i wymazywaniu niewygodnych wątków z debaty publicznej.

Muzycznie Kim Gordon nie chowa się za swoim wiekiem. Po raz kolejny sięga po współczesne brzmienia i robi to bez cienia zachowawczości. Na albumie słychać sporo elementów trapowych, industrialnych i elektronicznych – ciężkich bitów, poszarpanych faktur, niskiego basu – ale wszystko to pozostaje podporządkowane jej własnej estetyce. To nie jest próba nadążania za trendami, tylko wykorzystanie współczesnego języka muzycznego do zbudowania czegoś całkowicie w jej stylu: chłodnego i celowo zgrzytającego w uszach. W utworze „Play Me” pojawiają się z kolei interesujące, jazzowe wtrącenia, które na moment rozszczelniają mechaniczny puls płyty. To drobny, ale znaczący szczegół, bo pokazuje, że nawet w najbardziej industrialnym materiale Gordon zostawia sobie przestrzeń na nieoczywiste zwroty. Można odnieść wrażenie, że jest tu więcej Kim Gordon z czasów Sonic Youth niż na poprzednim albumie. Nie chodzi o prosty powrót do dawnego brzmienia, bo to nadal materiał bardzo daleki od gitarowego noise rocka jej macierzystej grupy, ale o pewne subtelne elementy. Więcej gitar, więcej przestrzeni, bardziej piosenkowe momenty, a także fakt, że Gordon chwilami znów naprawdę śpiewa, zamiast tylko recytować czy rytmicznie wyrzucać z siebie frazy. Dzięki temu album bywa momentami bardziej organiczny i mniej hermetyczny niż „The Collective”, choć wciąż pozostaje mocno eksperymentalny.

 

Kim Gordon nie osiada na laurach – wciąż eksperymentuje, bada granice brzmienia i pokazuje, że jej muzyczny potencjał jest ogromny i wielokierunkowy. „Play Me” udowadnia, że Gordon jako legenda nie boi się ryzyka, a rozgłos wykorzystuje do eksplorowania nowych kierunków muzycznych, testowania granic formy i, co ważne, poruszania tematów, które nie pozostają neutralne społecznie.

 

Julia Pawłowska (Wives on Waves)

 

Kim Gordon już niebawem wystąpi na dwóch koncertach w Polsce – 20 kwietnia we wrocławskim CK A2 i dzień później w warszawskiej Progresji. Organizatorem koncertów jest Live Nation Polska.

 

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020