IKS

Johnny McKelvey (The Rumjacks) [Rozmowa]

Johnny McKelvey z The Rumjacks to naprawdę swojski koleś. Tacy ludzie są najbardziej szczerzy, więc kiedy mówi mi, że uwielbia Polskę i że jest to kraj, który dla zespołu wyznaczył standardy koncertowania poza Australią, to mu po prostu wierzę. Wierzę, że mówi to co myśli, a nie sili się na wymuszoną kurtuazję. Argumentem potwierdzającym moją tezę, jest fakt, że zespół w Polsce pod koniec marca bieżącego roku zagra aż trzy koncerty. Będzie można ich zobaczyć w Poznaniu (26.03), w Krakowie (27.03) oraz w Warszawie (28.03). Jeżeli ktoś nie jest jeszcze zdecydowany na 100%, by na któryś z nich się wybrać, to mam nadzieję, iż rozmowa z Johnnym go ostatecznie przekona.

 

Bartek Kuczak: Niecały rok temu zagraliście koncert w Warszawie. Teraz, w przyszłym miesiącu, wracacie do Polski na trzy kolejne koncerty. Chyba lubicie u nas grać, prawda?

 

 

Johnny McKelvey: Stary, ja po prostu kocham Polskę. Cieszę się, że możemy wrócić i zagrać nie tylko w jednym mieście. Bo w poprzednich latach była to tylko Warszawa.

 

 

BK: Ten koncert odbywał się w ramach trasy promującej album „Dead Anthems” – czy tym razem możemy spodziewać się innego repertuaru?

 

 

JM: Tak, na pewno. Cóż, „Dead Anthems” jest na rynku od roku. Ludzie, którzy przyzwyczaili się do tej płyty, mieli już okazję się z nią oswoić. Kiedy zaczynaliśmy poprzednią trasę, album dopiero co wyszedł. Dosłownie kilka dni wcześniej. Nie chcieliśmy więc jeszcze grać zbyt wielu nowych kawałków. Ale minął już rok. Jesteśmy w innym miejscu i możemy sobie pozwolić na lekką modyfikację setlisty. Zatem wracamy z odświeżonym repertuarem.

 

 

BK: No dobrze, skoro mowa o setliście, warto zaznaczyć, że wasze utwory są dość krótkie. Macie zatem przewagę nad zespołami na przykład progresywnymi, gdyż możecie zagrać więcej kawałków podczas koncertu. To chyba wasz atut, nieprawdaż?

 

 

JM: Tak, choć czasami to wprawia ludzi w zakłopotanie. Raz w Niemczech spotkaliśmy faceta, który był dość zdenerwowany po koncercie. Podczas naszej rozmowy rzucił tekstem: „Och, graliście tylko godzinę i piętnaście minut”. A my na to: „Tak, ale w tym czasie zagraliśmy 29 utworów”. To całkiem sporo kawałków. Ile mieliśmy zagrać? 50? To właściwie byłby cały nasz repertuar. Ale tak, masz rację. Myślę, że chodzi też o to, żeby znaleźć równowagę między energicznym, zgranym setem a chwilą na rozmowę z publicznością i interakcję. To dla nas niezwykle ważna kwestia. Staramy się jednak nie przesadzać z gadkami pomiędzy utworami. Łącząc to z faktem, że nasze kawałki trwają zazwyczaj około dwóch i pół minuty, możemy stworzyć całkiem imponujący set.

 

 

BK: Jesteś w stanie przywołać jakieś koncerty, które były dla ciebie szczególnie ważne?

 

 

JM: Tak, jest ich całkiem sporo. Nie mówię tego tylko dlatego, że teraz z tobą rozmawiam i wiem, że jesteś z Polski, ale jako przykład mogę podać Pol’and’Rock, na którym ostatnio graliśmy w 2023 roku. To naprawdę fajne przeżycie. Pamiętam również jak graliśmy tam po raz pierwszy. To był 2016 rok i festiwal ten nosił nazwę Woodstock. Nikt z nas wtedy nie wiedział, czym do cholery jest ten cały Woodstock. Jeśli mnie pamięć nie myli, to zaczynaliśmy wtedy trasę po Europie. Dowiedzieliśmy się o tym festiwalu, jak już mieliśmy wszystko zaplanowane. Zaproponowano nam występ w 2016 roku. Pomyśleliśmy: „O, wow, to wygląda na fajny festiwal”. A potem dotarliśmy na miejsce i zobaczyliśmy jego rozmiar, liczbę ludzi i reakcję tłumu. To było niezapomniane przeżycie. Parę lat później już dokładnie wiedzieliśmy, w czym weźmiemy udział. To coś pięknego. Stoisz tam, a nad tobą przelatują samoloty, gra orkiestra, przed tobą tysiące ludzi gotowych na to wydarzenie z pozytywnym i niesamowitym nastawieniem. Myślę, że to piękny festiwal. Oba te występy to ważny epizod w karierze The Rumjacks.

 

 

BK: Czy zdarza ci się czuć zmęczenie podczas trasy koncertowej i czy masz jakieś sposoby, by sobie z tym radzić?

 

 

JM: Trasy koncertowe są bardzo męczące, naprawdę bardzo. Weźmy dla przykładu wspomniany już Woodstock. Prawie nie zagraliśmy na tym festiwalu ze względu na termin, bo dzień wcześniej graliśmy na innym festiwalu, a potem musieliśmy jechać 14 godzin przez całą noc. Ale nie chcieliśmy przegapić takiej okazji. Więc zagraliśmy. Nie pamiętam, gdzie graliśmy dzień wcześniej, ale spakowaliśmy się, jak tylko skończyliśmy, i jechaliśmy 14 godzin, żeby wziąć udział w Przystanku Woodstock. Wiesz, czasem nerwy, adrenalina i podekscytowanie biorą górę. Nawet jeśli jesteś maksymalnie wyczerpany, gdy tylko stajesz na scenie, dostajesz adrenalinowego kopa i zmęczenie przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie zmienia to jednak faktu, że trasy koncertowe są bardzo, ale to bardzo męczące. To ciągłe przemieszczanie się. Co noc inne miasto, inny hotel, wszystko inne. Są jednak pozytywne strony. Każda trasa, każdy koncert to nowe doświadczenie. Jeśli chodzi o rytuały, to nie wiem, czy mogę tak to nazwać, ale biorę drzemki tak często, jak tylko mogę. W busie, na backstage’u, gdzie tylko się da. To naprawdę pomaga przetrwać ten czas.

 

zdj. materiały promocyjne

 

BK: Czyli trasy koncertowe to nie wycieczki krajoznawcze?

 

 

JM: Zazwyczaj nie, choć to też zależy od kilku czynników. Cała logistyka, rozładowywanie sprzętu, wizyty w hotelach, itp. zabierają dużo czasu, który można by poświęcić na zwiedzanie. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy masz nieco więcej czasu lub dzień wolny i przyjeżdżasz do miasta, w którym grasz, dzień wcześniej. Wtedy mam okazję się rozejrzeć. Ale to naprawdę wyjątki.

 

 

BK: Kilka dni temu obchodziliśmy walentynki (wywiad przeprowadzono pod koniec lutego – przyp. BK). Chciałbym więc porozmawiać o piosence „An Irish Goodbye on St Valentine’s Day” w tym kontekście.

 

 

JM: To był jeden z pierwszych utworów napisanych na „Dead Anthems”. Od początku nam wszystkim się spodobał. Nie wiedzieliśmy, że to będzie singiel, bo wtedy nie mieliśmy reszty materiału. Ale myślę, że warto go posłuchać w kontekście całej płyty, dobrze też jest posłuchać jej w innym świetle. Sam po roku od wydania odbieram ten album inaczej.

 

 

BK: Wasze kawałki są bardzo chwytliwe, ale często poruszają dość poważne i trudne tematy. Zastanawiam się, czy to zamierzony kontrast.

 

 

JM: To właśnie jest wspaniałe w muzyce. To jest plus gatunku, który uprawiamy, jak byś go nie nazwał. Piszemy numery, które wynikają z naszych doświadczeń, a czasem są to historie zmyślone od początku do końca. Zdarzają nam się całkiem zabawne utwory, ale też te z poważniejszym czy głębszym przesłaniem. Zdaję sobie jednak sprawę, że ludzie różnie podchodzą do muzyki. Mogą nie skupiać się w ogóle na tekstach i to jest również dla mnie ok. A ci, którzy przywiązują do nich wagę, mogą je interpretować na swój indywidualny sposób. To jest fajne, że obok numerów o piciu whisky, rozbijaniu butelek i dobrej zabawie mamy kawałki np. o utracie kogoś bliskiego. Cieszę się, że mamy taką swobodę twórczą.

 

 

BK: Jesteście sześcioosobowym zespołem. Sześć różnych osób, sześć różnych osobowości, a to często gotowy przepis na konflikt.

 

 

JM: Ogólnie rzecz biorąc, myślę, że dogadujemy się całkiem dobrze. Wszyscy się lubimy. Spędzamy razem dużo czasu w trasie. I tak, jak już mówiłem, trasa może być wyczerpująca i męcząca, a każdy jest tylko człowiekiem. Ale myślę, że każdy z nas ma swoje sposoby, by zachować spokój, skupić się na trasie, cieszyć się nią nawet pomimo zmęczenia, tęsknoty za domem, bliskimi czy czymkolwiek innym. Myślę, że każdy ma swoje małe sposoby na znalezienie przestrzeni dla siebie. Może to być nawet pół godziny. Ale ogólnie rzecz biorąc, myślę, że świetnie się dogadujemy i mamy pod tym względem sporo szczęścia w zespole. Jak powiedziałeś, sześć osób, sześć indywidualności. Do tego mamy jeszcze ekipę, którą zabieramy ze sobą. To nie tylko nasza szóstka. Zazwyczaj jest jeszcze cztery do sześciu innych osób. W sumie jest więc około dwunastu osób, które przez całą dobę przebywają razem w ciasnej przestrzeni. Mamy ogromne szczęście, że wszyscy się dogadujemy i znajdujemy sposoby, by czerpać z tego radość. Myślę, że znalezienie czasu dla siebie jest ważne, aby odciąć się od tego szaleństwa oraz harmonogramu trasy i po prostu skupić się na sobie.

 

 

BK: Czy macie jakieś plany dotyczące kolejnego albumu? A może teraz skupiacie się na trasie koncertowej?

 

 

JM: Zaraz po trasie zamierzamy wejść do studia. Myślę, że na tym etapie rozważamy raczej wydanie EP-ki. Zobaczymy. To zależy od tego, ile czasu uda nam się wygospodarować między dwiema trasami. Grafik się nam zapełnia, co chwilę spływają do nas kolejne propozycje. Do końca roku na pewno wydamy nową muzykę.

 

 

BK: W dzisiejszych czasach wiele osób słucha muzyki za pośrednictwem platform streamingowych. Czy uważasz więc, że wydawanie pełnych albumów ma jeszcze sens? Może warto skupić się bardziej na singlach oraz właśnie EP-kach.

 

 

JM: To zabawne, że o tym wspominasz, bo faktycznie toczy się pewna dyskusja między profesjonalistami z branży muzycznej, zespołami i tak dalej. Media społecznościowe, internet, dostęp do informacji, wszystko. Ludzie chcą częstszych wrażeń, chcą ciągle nowych rzeczy, w stylu: „daj mi więcej, nakarm mnie”. I to jest w porządku. To znaczy, że jeśli ktoś jest fanem, to lubi twoją muzykę i chce jej więcej. To dobrze. Wiesz, kiedyś zespoły wydawały płyty co kilka lat, więc po prostu trzeba było czekać, aż się ukażą. I to wszystko. Ale myślę, że teraz jest pewien trend, wiele osób wydaje więcej muzyki, czy to w formie singli, czy EP-ek. Po prostu ciągłe wydawanie muzyki bez dużych przerw jest obecnie coraz bardziej powszechne. Wiele zespołów punkowych i hardcore’owych wydaje mnóstwo EP-ek. To nie jest wielki problem nagrać trzy, cztery kawałki i to wypuścić. A skoro większość ludzi słucha muzyki przez platformy streamingowe, można to wydać całkiem szybko. Nie trzeba czekać, aż wytłoczą winyl. Nie trzeba też czekać na wielkie kampanie marketingowe. Można to wydać i dotrzeć do ludzi stosunkowo szybko. Jest to więc dość popularne. Ponieważ streaming jest obecnie, jak sądzę, jednym z głównych źródeł słuchania i odkrywania muzyki. I jak powiedziałem, ludzie chcą więcej od zespołów i chcą tego częściej. Ten trend pasuje  niektórym zespołom, a innym nie, ale za jakiś czas może stać się standardem. Fani są cały czas głodni nowej muzyki, więc czemu im jej nie serwować w mniejszych dawkach ale za to z większą częstotliwością.

 

 

BK: Może na koniec chciałbyś coś powiedzieć polskim fanom przed koncertami?

 

 

JM: Oczywiście. Polska była pierwszym miejscem, w którym zagraliśmy poza Australią, i myślę, że wyznaczyła ona standardy dla wszystkich kolejnych miast, krajów i regionów, w których mamy okazję grać. To naprawdę wysokie standardy. Uwielbiamy ten kraj, zatem nie bez powodu wciąż tu wracamy. Czujemy się tu jak w domu, zatem nie pomijamy Polski przy żadnej trasie. Do zobaczenia!

 

 

Rozmawiał Bartek Kuczak

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020