IKS

Feuerschwanz [Rozmowa]

Pierwszy koncert Feuerschwanz w Polsce coraz bliżej. Zainteresowani będą mieli okazję ich zobaczyć 25 marca 2026 roku w warszawskiej Progresji. Hauptmann Feuerschwanz, wokalista oraz mózg zespołu udzielił nam z tej okazji wywiadu. Prywatnie to dość pozytywny gość rzucający anegdotkami na prawo i lewo. Zresztą – czy grając w takim zespole, można być smutasem?

 

Bartek Kuczak: Cześć Hauptmann, co słychać?

 

 

Hauptmann Feuerschwanz: Generalnie w porządku. Jestem co prawda trochę zmęczony po całym dniu, bo przygotowujemy się do kolejnej trasy. Zatem, jak się domyślasz, mamy dość gorący okres.

 

 

BK: W ramach tej trasy szykuje się pierwszy koncert w Polsce.

 

 

HF: Dokładnie!

 

 

BK: Gotowy?

 

 

HF: Jasne. Fajnie grać gdzieś po raz pierwszy!

 

 

BK:  Feuerschwanz to kapela, która zarówno w tekstach, jak i w ogólnym wizerunku używa sporo humoru. Nie spotkaliście się z negatywnymi reakcjami ludzi traktujących metal zbyt serio?

 

 

HF: Po prostu robimy swoje. Działamy na scenie ponad dwadzieścia lat. W początkowym okresie działalności cały ten humor i wesoła otoczka stanowiły swego rodzaju prowokację. Od początku nasze teksty były pełne aluzji do picia oraz nie brakowało w nich podtekstów seksualnych. Oczywiście wszystko to ze sporym przymrużeniem oka. Teraz bardziej poszliśmy w klimaty fantasy i mitologii. Są u nas nawiązania do nordyckich bogów, ale także do twórczości Tolkiena.

 

 

BK: Chlanie i seks to nic nowego w metalu. Wystarczy popatrzeć na niektóre amerykańskie zespoły hair metalowe z lat osiemdziesiątych.

 

 

HF: Racja. Wychowywałem się w latach osiemdziesiątych, więc mam to we krwi (śmiech).

 

 

BK: Większość tekstów Feuerschwanz jest śpiewana w języku niemieckim. Czy to nigdy nie tworzyło dla was bariery poza krajami niemieckojęzycznymi?

 

 

HF: To dość ciekawy temat. W tej kwestii bardzo dobrą robotę zrobił Rammstein, który oswoił cały świat z językiem niemieckim. My oczywiście gramy inną muzykę. Ale mam wrażenie, że ludzie nawet nieznający tego języka czują naszą energię i w pełni chwytają nasz vibe.

 

zdj. Stefan Heilemann

 

BK: Fakt, że niemiecki pasuje do takiej muzyki, udowodnił choćby zespół Rumahoy w ich pamiętnym „Pirateship” (śmiech).

 

 

HF: Dokładnie. Ogólnie dla sceny folkowo metalowej, która, co by nie mówić, jest dość specyficzna, niemiecki wydaje się być całkiem naturalnym językiem. Moim zdaniem to idealnie oddaje ekspresję tego gatunku. Uważam również, że mieszanie języka niemieckiego z angielskim w formie żartu, jest drobnym mrugnięciem oka w stronę ludzi posługujących się właśnie angielskim. Dla Feuerschwanz jednak to niemiecki zawsze będzie tym głównym językiem. Nie zamierzam z niego rezygnować w przyszłości.

 

 

BK: Od opublikowania albumu „Knightclub” minął rok. Czy jego wydanie można uznać za początek nowego rozdziału w waszej karierze?

 

 

HF: Zdecydowanie. Numer tytułowy to nasz najchętniej słuchany singiel. Startowaliśmy z tym kawałkiem na Eurowizję, niestety nie udało się, ale i tak była to dobra zabawa oraz cenne doświadczenie. Z drugiej strony – szkoda, że nam się nie udało. Cały album zyskał bardzo dobry odbiór. To zdecydowanie krok na wyższy poziom. Feuerschwanz jest zespołem, który rozwija się sukcesywnie, choć powoli. Dawniej występowaliśmy głównie w Niemczech, teraz rozszerzyliśmy nieco furtkę na występy w Europie. Efektem jest zbliżający się koncert w Polsce, gdzie będziemy pierwszy raz mimo dwudziestoletniego stażu na scenie. To naprawdę szalone.

 

 

BK: Świętowaliście to dwudziestolecie w jakiś konkretny sposób?

 

 

HF: Jasne! Daliśmy z tej okazji koncert w dość sporej hali. Mam nadzieję, że w przyszłości zagramy takich więcej.

 

 

BK: Na „Knightclub” mamy numer zatytułowany „Valhalla”, który zaśpiewałeś razem z Doro. Jak ci się z nią współpracowało?

 

 

HF: Bardzo dobrze. Poznaliśmy się dawno temu. Stało się to za sprawą naszego managementu, który zawsze działał sprawnie i miał liczne przydatne kontakty. Kiedy utwór „Valhalla” przybrał swój ostateczny kształt, wiedzieliśmy, że będzie potrzeba znalezienia wokalistki. Nasz manager miał kontakt z managerem Doro, więc stwierdził, że czemu by nie spróbować. O dziwo – zgodziła się bez problemu. To naprawdę pozytywna osoba. Poza tym to legenda, którą zawsze ceniłem. Słuchałem jej płyt jako dzieciak i nigdy nie przypuszczałem, ze kiedyś zaśpiewamy coś razem. Wykonaliśmy też razem ten numer na żywo. To było w Düsseldorfie, z którego ona pochodzi.

 

 

BK: Poruszyliśmy kwestie języka. Na „Knightclub” pokusiłeś się o swoją wersję „Gangnam Style” z repertuaru Psy. Śpiewanie po koreańsku to już chyba wyższa szkoła jazdy, nieprawdaż?

 

 

HF: Nie będę kłamał, że było to łatwe. Mamy na koncie już cover grupy O-Zone pod tytułem „Dragostea din tei”, gdzie śpiewałem po rumuńsku. Pomyślałem sobie: co może być następnym krokiem w tym szaleństwie? Padło na koreański. Ten język to już naprawdę wyższa szkoła jazdy. Poza tym „Gangnam Style” jest bardzo ciężkim numerem do coverowania, gdyż jest tam tylko jedna linia melodyczna i przez cały utwór ciągnie się jeden rytm. Zatem zdecydowanie nie jest to najlepszy kawałek do przerobienia na metal. Jednak ostatecznie uparliśmy się i jakoś nawet nam to wyszło (śmiech).

 

 

BK: Skąd w ogóle wziął się pomysł na przerabianie tak odległych od metalu utworów?

 

 

HF: Po prostu wyobrażamy sobie, jak przenieść na przykład taki „Gangnam Style” do świata fantasy i nadać mu odpowiednią formę. Tak, by pasował do tej atmosfery. Nieraz bywa to dużym wyzwaniem, ale podejmujemy rękawicę.

 

 

BK: Powiedz mi proszę – czy kawałek „Drunken Dragon” jest zainspirowany jakimś realnie istniejącym miejscem?

 

 

HF: Tak, to moja ulubiona piosenka z „Knightclub”.

 

 

BK: Moja też!

 

 

HF: Bardzo mnie to cieszy. Kawałek ten nawiązuje do irlandzkiego folku. Kochamy irlandzkie puby. Tytułowy „Drunken Dragon” to właśnie taki pub w stylu zielonej wyspy, tylko znajdujący się w świecie fantasy.

 

 

BK: Na ostatnim albumie możemy znaleźć też numer „Name der Rose”, który, jak mi się wydaje, pokazuje nieco inne oblicze Feuerschwanz.

 

 

HF: To nawiązanie do „Imienia róży” autorstwa Umberto Eco. Uwielbiam tę powieść. Kocham również film nakręcony na jej podstawie. „Name der Rose” to bardzo emocjonalny kawałek. Właśnie ukazał się do niego teledysk.

 

zdj. Stefan Heilemann

 

BK: Czy tworząc i nagrywając utwory na „Knightclub”, brałeś pod uwagę potencjalną reakcję publiczności na koncertach, czy bardziej zależało ci na tym, by dobrze brzmiały one w domowym odsłuchu?

 

 

HF: Próbowałem sobie wyobrazić reakcję publiczności. Każdy z tych kawałków był pisany z myślą o wykonywaniu go na żywo. Kiedy gramy koncert, staramy się oddać właściwą energię.

 

 

BK: Jako zespół z dwudziestoletnim stażem na scenie i posiadający bogatą dyskografię, macie jakiś problem ze stworzeniem dobrej setlisty?

 

 

HF: Mamy na to pewien sposób. Nasz koncert trwa ponad półtorej godziny, więc ważne jest by zrobić lekką przerwę w jego trakcie. Dajemy czadu na samym początku. Po jakimś czasie chcemy wprowadzić słuchaczy w inny nastrój, serwując im jakąś balladę, może coś unplugged. Ale najlepszą energię i najlepszą zabawę zostawiamy na sam koniec.

 

 

BK: Grasz na buzuki. To dość nietypowy instrument. Jestem zatem ciekaw, jak w ogóle posiadłeś tę umiejętność.

 

 

HF: Dobre pytanie. Nie ma zbyt wielu nauczycieli gry na tym instrumencie w Niemczech. Jednak wokalista mojego drugiego zespołu sam nauczył się grać na buzuki – oglądając filmy na Youtube. Nie zajęło mu to dużo czasu, gdyż jest bardzo pojętnym uczniem. Wysłał mi kilka linków do nauki gry. Zacząłem się uczyć i w końcu osiągnąłem jakiś poziom, choć poszło mi zdecydowanie wolniej niż jemu (śmiech). Moim ulubionym instrumentem jest bas, ale nie gram na nim w Feuerschwanz.

 

 

BK: A miałeś okazję być praktykującym basistą?

 

 

HF: Tak. Było to w moim pierwszym zespole Merlons Lichter.

 

 

BK: Ostatnie albumy Feuerschwanz ukazywały się rok po roku. Czy zatem możemy liczyć na utrzymanie tempa i spodziewać się nowego albumu w 2026 roku?

 

 

HF: Raczej nie będzie to możliwe, choć przyznam szczerze, że prace nad nową płytą już ruszyły. Jednak w tym roku się z tym nie wyrobimy. Realną datą jest 2027.

 

 

Rozmawiał Bartek Kuczak

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020