Dziesięć lat to w branży muzycznej cała wieczność. Dla fanów brytyjskiej formacji Mesh dekada oczekiwania na następną płytę po „Looking Skyward” była testem cierpliwości. Czy w świecie zdominowanym przez algorytmy i sztuczną inteligencję jest jeszcze miejsce na ich melancholijny, przesiąknięty emocjami synth-pop? 27 marca 2026 roku ukazała się płyta „The Truth Doesn’t Matter”. I choć tytuł sugeruje nihilizm, nowa muzyka Richarda Silverthorna i Marka Hockingsa udowadnia coś wręcz przeciwnego – w czasach powszechnego fałszu szczerość w sztuce zyskuje na wartości bardziej niż kiedykolwiek. O wypaleniu, trudnych życiowych zakrętach, alfabecie Morse’a i o tym, dlaczego prawda czasem musi zaboleć, rozmawiałem z Richardem Silverthornem.
Kuba Ryszkiewicz: Wracacie po dziesięciu latach przerwy wydawniczej z albumem „The Truth Doesn’t Matter”. Czemu była tak długa? Co do tego doprowadziło?
Richard Silverthorn: Zaczynaliśmy w 1991 roku, kiedy zakładaliśmy zespół. I trochę tak jakbyśmy od zawsze nagrywali, miksowali. Kiedy kończyliśmy miksować, zajmowaliśmy się promocją, wyruszaliśmy w trasę i zajmowaliśmy się całą tą resztą, która się z tym wiąże. A potem zaczynalismy to od nowa. I trochę czuliśmy, jakbyśmy to robili od zawsze. I potem nagraliśmy nasz poprzedni album, „Looking Skywars”, a później pojechaliśmy w trasę. Potem znów, w drugą trasę. A potem daliśmy się głupio namówić naszemu menadżerowi, żebyśmy zrobili taką retrospektywną trasę. Po to, żebyśmy mogli znów zagrać nasze stare utwory. No i się zgodziliśmy na to, ale chcieliśmy odświeżyć te piosenki, żeby brzmiały inaczej, żeby nie brzmiały staro. No i zrobiliśmy to wszystko. I na koniec czuliśmy się całkiem wypaleni. Jakbyśmy nic innego nie robili, tylko trasa, muzyka, promocja. Więc doszliśmy wspólnie do wniosku, że przyda nam się trochę przerwy. A potem przyszedł COVID. To była poważna sprawa. Trochę to trwało, sam wiesz. Potem ja miałem rozwód, niestety. To mnie też trochę przeorało. No cóż. Potem zaczęliśmy znów pisać. Powoli. I dlatego to wszystko trwało tak długo. Ale dobrze znów pracować, fajnie znów pisać muzykę.
KR: Ciężko było wrócić do pisania?
RS: No, chwilę to zajęło. To dość zabawne, bo gdy zaczynasz znów pisać, z początku jest dziwnie. A potem wpadasz w rytm i piszesz jeden utwór za drugim. Pod koniec szło nam całkiem sprawnie. Jakby nic się nie zmieniło.

KR: Kiedy się szykowałem do tej rozmowy, czytałem sobie trochę materiałów w sieci o tym, że szykujecie nową płytę. I miałem wrażenie, że wiele osób pisało z pewną obawą o tym, że zespoły czasem po tak długiej przerwie mają trudności z powrotem do formy. Ale kiedy pojawiły się pierwsze utwory do przesłuchania, ten ton bardzo szybko zmienił się z obaw do wielkiego entuzjazmu. Czy was ten materiał też zaskoczył?
RS: Tak, strasznie fajnie słyszeć, że ludziom się podoba. To trochę tak jest, że jak z Markiem zaczynamy pisać muzykę, to koniec końców ona po prostu brzmi jak Mesh. Tylko kierunek jest czasem trochę inny. Ale jesteśmy zadowoleni z albumu. Bardzo zadowoleni. Pierwsze reakcje, które do mnie docierają, są bardzo pozytywne. Trzymamy kciuki.
KR: A skoro mowa o waszej współpracy… Ty jesteś odpowiedzialny za muzykę, a Mark za słowa? Tak to działa?
RS: Różnie bywa. Czasem ja mu pokazuję jakiś motyw, który napisałem. I potem dopisuję do tego resztę muzyki. Czasem to słowa dyktują muzykę. Zwrotka, refren, zwrotka. Sam wiesz, to często nadaje klimat. A czasem Mark pisze cały kawałek i mi go przynosi. A wtedy ja go rozbieram na części, dodaję coś, coś usuwam. I tak się docieramy, i tak to już leci. Czasem też jest tak, że Mark napisze coś bardzo łagodnego, pięknego i melodyjnego. I wtedy ja dodam coś, co trochę to zakłóca. Trochę elementów grozy, jakieś mroczniejsze akcenty.
KR: Ten album zdecydowanie bywa mroczny. Pierwsza rzecz, jaką zrobiłem, to przeczytałem sobie tytuły. Zaczynamy od „The Truth Doesn’t Matter” [‘prawda nie ma znaczenia’ – przyp. KR], potem jest „I Lost a Friend Today” [‘straciłem dziś przyjaciela’ – przyp. KR], „A Storm Is Coming” [‘burza się zbliża’ – przyp. KR]. Ale potem, pod koniec, jest jakby trochę jaśniej: „Be Kind” [‘bądź uprzejmy’ – przyp. KR] i “Everything as It Should Be” [‘wszystko jak trzeba’ – przyp. KR]. To specjalnie, żeby nie kończyć tak dołująco?
RS: Płyta miała taki mroczniejszy klimat. Ale potem napisaliśmy „Be Kind”. To był dobry kawałek, żeby zakończyć album, taki promyk nadziei. Żyjemy w mrocznych czasach. Cały album jest o ludziach, o tym, jak się ze sobą komunikują. Teraz jest tak łatwo przekręcać prawdę z pomocą AI. Wszystko to, co widzimy na mediach społecznościowych, trzeba teraz kwestionować. Kiedyś oglądałeś coś i – mniej lub bardziej – wierzyłeś w to. Teraz coś oglądam i ciągle zadaję sobie pytania. Czy ja w to wierzę? Ten album jest trochę takim pytaniem. Ale z drugiej strony, gdybyśmy nie zadawali sobie tych pytań, to by znaczyło, że prawda zupełnie nie ma znaczenia. I stąd tytuł płyty. No i kiedy nagraliśmy „Be Kind” – tak sobie pomyślałem, że to taki promień nadziei. Że może jeśli zwyczajnie będziemy sobie okazywać szacunek – w stosunku do rasy, tego, że się różnimy, do wieku, wszystkiego. Że to może nam pomóc. To takie uproszczone myślenie życzeniowe, ale co tam, ładnie kończyło album.
KR: Trochę jak w hollywoodzkim filmie. Po ciężkim, trudnym dramacie – szczęśliwe zakończenie. Czyli podsumowując, jeśli tylko będziemy dla siebie mili, to prawda nie ma znaczenia?
RS: (śmiech) Szczerze, to chodzi o to, żeby nie brać nic na wiarę. Trzeba kwestionować, gdy widzisz coś, w co trudno uwierzyć. Teraz bardzo łatwo jest rozpowszechniać propagandę i temu podobne. O to nam chodziło.
KR: Przygotowując się do tego wywiadu, obejrzałem dwa teledyski promujące ten album. Jeden z nich to “Hey Stranger”. Pokazuje dwie osoby siedzące naprzeciw siebie, mają zasłonięte oczy. Pomiędzy nimi leży bardzo retrofuturystycznie wyglądający telefon. I tak się zastanawiałem, oglądając, czy to chodzi o AI. Staram się unikać tego tematu, bo mam wrażenie, że pojawia się w każdej rozmowie, którą prowadzę z ludźmi kreatywnymi, z uczniami. Wszystko wydaje się krążyć wokół AI. Ale teraz to ty wprowadziłeś ten temat.
RS: Ta piosenka niekoniecznie jest o tym. Wszyscy mamy ludzi w naszym życiu, od których się oddaliliśmy, pozwoliliśmy, żeby kontakt się urwał. To może być partner, z którym się rozeszliśmy, ale po latach spotykamy się ponownie. I zdajemy sobie sprawę, że popełniliśmy błąd. Chodzi o ponowne nawiązanie relacji. Tak rozumiem tę piosenkę. Podoba mi się pomysł, że obydwie postacie w teledysku myślą to samo, że powinni podnieść słuchawkę i zadzwonić. Ale nie robią tego.
KR: Wyciągają rękę i nie widzą siebie nawzajem. Próbują się ze sobą skontaktować. Ale czasami w teledysku zamiast nich są manekiny, roboty. Trochę są takimi nieznajomymi Schrodingera. Dopóki nie sprawdzą, mogą próbować nawiązać kontakt ze sztuczną inteligencją. Tak to rozumiałem.
RS: Na tym polega piękno piosenek Marka. Są niejednoznaczne, pozwalają na dowolność interpretacji.
KR: Wręcz zachęcają, żeby odczytywać samemu. Swoją drogą, ostatnio niezbyt często zdarza mi się słuchać muzyki z płyt CD. I teraz, kiedy dostałem wasz album, słuchałem go sobie czytając teksty z okładki. Teraz, kiedy wszystkiego słucham w streamingu, robiąc coś innego, chodząc, prowadząc, nie ma tak naprawdę czasu na skupienie się na słowach.
RB: Masz nasz album? Ja go nawet nie widziałem (śmiech).
KR: Zdałem sobie sprawę z tego, jak brakuje mi przeglądania książeczki z płyt. Bo jednak dużo bardziej zwracam uwagę na słowa, kiedy mam tekst przed oczami. A potem alfabet Morse’a nad tytułami. Możesz mi choc trochę powiedzieć, co się za tym kryje?
RB: Kiedy zaczęliśmy układać materiał wokół komunikacji, zastanawialiśmy się nad tym, jak ludzie się ze sobą komunikują, jak rozmawiają, piszą do siebie, wymieniają się wiadomościami. I jakoś wtedy pojawił się alfabet Morse’a. Łatwo w nim coś przekręcić. Łatwo o błąd w komunikacji. I tak pod tytułami pojawiły się zapisy w alfabecie Morse’a. Nie zawsze zresztą tytuły. Niektóre kryją coś innego.
KR: Więc trzeba je odszyfrować? Fajne. Kilka sobie sprawdziłem, czy litery pasują, ale nie znam alfabetu Morse’a, więc zrobiłem to bardzo pobieżnie.
RB: W internecie jest sporo tłumaczy z Morse’a.
KR: Będzie zadanie domowe. Dużo takich niespodzianek dla fanów ukrywacie?
RB: Na ostatnim albumie tak. Na jednym ze zdjęć umieściliśmy taki papierowy samolocik. I potem jakoś tak wyszło, że dodaliśmy go do każdego zdjęcia. Potem to jakoś tak ładnie związało je ze sobą. I tak samo było z pomysłem z alfabetem Morse’a.
KR: Chciałbym zapytać o tekst z pierwszej piosenki: „the truth only works, if noone gets hurt/if noone gets hurt, the truth doesn’t matter at all” [prawda tylko wtedy działa, jeśli nikt nie ucierpi/jeśli nikt nie ucierpi, prawda nie ma żadnego znaczenia – przyp. KR]. Prawda musi boleć?
RB: Jeśli nie kwestionujesz tego, co widzisz, wtedy jakie znaczenie ma prawda? A przecież ma znaczenie.
KR: Musi boleć, musi mieć ciężar, prawda?
RB: Tak, tak. Zdecydowanie.

KR: Ok. Zatem album jest skończony. Wszystkie piosenki nagrane. Wszystko gotowe i pozostaje czekać daty wydania. Możesz powiedzieć trochę o tym, jak to jest tkwić w tym stanie zawieszenia, tej ciszy przed burzą?
RB: Właściwie nie ma żadnej przerwy. Chciałbym, żeby tak było, że siedzimy i odpoczywamy. Jesteśmy w studio i szykujemy piosenki przed trasą, bo zawsze staramy się brzmieć świeżo, robić coś nowego z naszą muzyką. Nie chcemy wyjść na scenę i brzmieć jak na płycie. Ale nie będę ściemniać, dla mnie to dość nerwowy czas. Jestem najbardziej wątpiącą osobą na świecie. Zawsze mi się wydaje, że to co robię, nie jest wystarczająco dobre. Że zostaniemy zniszczeni przez recenzje. I tak dalej. Wciąż nie jestem pewien swego. Większość albumów, które kocham, wymagają pewnej pracy od słuchacza, wysiłku. Takie jak „The Downward Spiral” Nine Inch Nails. Pierwszy raz jak ją przesłuchałem, zastanawiałem się, co to właściwie ma być. Ale potem oswajasz album, zaczynasz dostrzegać coraz więcej. A na koniec kochasz tę płytę. I z taką ideą tworzyliśmy nasz najnowszy album. Ale też zrozumiem, jeśli płyta nie przypadnie wszystkim do gustu po pierwszym przesłuchaniu.
KR: Ale są na niej przecież hity. Tylko też sporo takich zaskakujących.
RB: Nie robimy tego specjalnie, ale taki mamy proces pisania. Czuję, że ten album będzie jednym z tych, które wymagają oswojenia. Tak jak powiedziałeś, są na niej takie typowe dla nas kawałki, jak „I Bleed Through You”. To taka bardzo komercyjna, taneczna piosenka. Ale są też dużo mroczniejsze, mniej przyjemne.
KR: Byłem zaskoczony tym mrokiem. Bo pierwsze wrażenie było właśnie takie, że to muzyka taneczna, raczej pozytywna. Ale potem uderzają te mroczniejsze. No i słowa… Słowa naprawdę mnie uderzyły.
RB: Mark jest świetnym tekściarzem. Pisze bardzo ciekawe teksty.
KR: Tak. Często poruszające. Jak ten o o cichej rewolucji, czy o utracie kogoś bliskiego.
RB: Ten utwór można różnie interpretować. Jako utratę przyjaciela przez śmierć lub po prostu z powodu poróżnienia się. Ktoś odchodzi. Co ciekawe, początkowo, kiedy napisałem muzykę, była dużo bardziej pozytywna. A potem Mark napisał te słowa. No i trochę się pokomplikowało, bo muzyka nie bardzo pasowała. Ale czasem to dobrze wychodzi, taka pozytywna, ciepła, melodyjna muzyka z czymś mrocznym pod spodem.
KR: To mi się kojarzy z teledyskiem do „Exile”. Mam kilka pytań odnośnie video, które nagraliście. Oba mają wspólną estetykę – podobne rekwizyty, światło, to jak operują zbliżeniem. Ale też pojawia się ten dysonans, o którym mówiłeś. Bo muzyka jest taka trochę dyskotekowa, ale wizualnie trochę kojarzy mi się z takimi filmami, jak na przykład „Blade Runner” – te zbliżenia na oko, światło, sprawdzanie, czy ktoś jest człowiekiem, czy nie.
RB: To było ciekawe doświadczenie. Bo ani Mark, ani ja nie bardzo lubimy nagrywać teledyski, ani w nich być. No wiesz, nie robimy się młodsi. Nie jesteśmy aktorami. Więc zawsze jest trochę dziwnie. Ale tym razem było trochę inaczej. Mam takiego znajomego. Właściwie to znajomy znajomego. On się zajmuje filmowaniem. Pogadaliśmy. Powiedzieliśmy, jak to widzimy. Że chcielibyśmy w teledysku być w znikomym zakresie. I chcieliśmy, żeby był taką mroczną, dystopijną wizją. I on to bardzo podłapał. Daliśmy mu wolną rękę. Powiedział, że podoba mu się pomysł wykorzystywania sylwetki, zbliżeń. A my tylko kiwaliśmy głową. A potem z tego teledysku zrobił się następny, który jakby przesiąkł tym klimatem. Daliśmy mu nasze pomysły, i powiedzieliśmy, że w sumie to chcielibyśmy, żeby się ze sobą łączyły. Niby dwie zupełnie różne piosenki, różni ludzie, ale tak jak powiedziałeś, estetyka je łączy. A teraz robi nam trzecie wideo.
KR: Też w takiej estetyce?
RB: Tak nam się wydaje, że tak musi być. Musi być jednocześnie czymś nowym, ale łączyć się z poprzednimi dwoma. Ale chcemy, żeby był trochę bardziej filmowy, żeby otworzyć się, zostawić zamkniętą przestrzeń i wyjść na zewnątrz. Żeby już nie było tak klaustrofobicznie. Ale powinien zachować stylistykę, kolory. Kolory dużo robią, nie? Sprawiają, że to wszystko wygląda dobrze. Gość, który to filmował, ma koło 20 lat. Na co dzień pracuje z metalowymi, thrashowymi kapelami. Podobało mi się to, co robił. Odwalił kawał dobrej roboty. Świetnie to wygląda.
KR: Tak, świetnie. Są bardzo spójne. Zupełnie jakby zapowiadały koncept album. Jakby miały być kolejne rozdziały.
RB: Zobaczymy. Na razie będą te trzy.
KR: Zaraz ruszacie w europejską trasę. Spodziewasz się, które z piosenek zażrą na koncertach? Czy to jest niespodzianka?
RB: To zawsze jest zaskoczenie. Próby zaczynamy za około dwa tygodnie. Będziemy grać wszystko. Znaczy nie na koncercie. Raczej się nie da. To by było dziwne. Więc przycinamy. No i w trasie wychodzi, co działa, a co nie. I będziemy zmieniać. To dla mnie naprawdę ciekawy proces. Niektóre piosenki, których w życiu bym o to nie podejrzewał, świetnie działają na żywo. Będzie ciekawie.
KR: Stresujesz się jeszcze przed trasą?
RB: Tak, teraz jestem bardzo zestresowany. Za dużo jest do ogarniania. Ciągle dzwonię, piszę maile, SMS-y, wszystko organizuję, np. merch. Nie jesteśmy małym zespołem, ale też nie jesteśmy nie wiem jak wielką gwiazdą. Więc wiele rzeczy musimy robić sami. Ale też wszystko mamy w garści.
KR: Tak pytam, bo raz miałem okazję zobaczyć zespół na początku trasy koncertowej i na jej końcu. To było Porcupine Tree, jakieś może 10 lat temu. Chyba zaczynali i kończyli w Polsce. Na pierwszym koncercie miałem wrażenie, że byli mega skoncentrowani, skupieni na tym, co robią. A na końcu już było zupełnie inaczej. Pełen luz, żarty na scenie, totalne rozprężenie. Jakby cieszyli się, że zaraz będą mogli odpocząć.
RB: I który koncert był lepszy?
KR: Były bardzo różne. Oba mi się podobały, ale ten ostatni miał w sobie coś niepowtarzalnego. Taką luźniejszą atmosferę. Czuć było, że zespół bawi się tym, co robi.
RB: To się zdarza. Pierwszej nocy jesteśmy zawsze zestresowani. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak do tego podchodzimy. Mamy wielkie ekrany za sobą na których dzieją się różne rzeczy. Stresuję się, że coś pójdzie nie tak. Nie samym graniem, tylko całą oprawą, że gdzieś technologia zawiedzie.

KR: Ale przecież jesteś inżynierem elektrykiem, prawda? Jak coś pójdzie nie tak, to możesz użyć swojej magii…
RB: (śmiech) Chciałbym. Mamy całą grupę ludzi, którzy się tym zajmują dla nas. Więc mam nadzieję, że wszystko będzie ok. Ale tak, jak już zagramy kilka koncertów, wpadamy w rytm i zaczyna się zabawa. Zaczynamy lepiej reagować na energię publiczności. Pewnie dlatego, że jesteśmy mniej zestresowani. Ale te pierwsze noce – pełne skupienie. Pierwszy koncert bywa lekko przerażający.
KR: A jak publiczność się różni pomiędzy krajami? Dostrzegacie różnicę w atmosferze ze sceny?
RB: Tak, z pewnością. Na przykład w Niemczech zawsze byliśmy popularni. No a w naszym domu, w Wielkiej Brytanii, ta reakcja tłumu jest raczej z pewną rezerwą. To nie jest łatwy kraj do grania koncertów. Za to Ameryka bywa interesująca. Tak, zdecydowanie publiczności się różnią.
KR: A na przestrzeni lat? Bo zaczynaliście w latach 90.…
RB: Przede wszystkim publiczność nam się powiększyła. A to bardzo pomaga. Wiesz, zaczynaliśmy w bardzo małych klubach, a teraz gramy w dość sporych miejscach, dla dużej ilości osób. Ale jesteśmy jednym z tych zespołów, który przeszedł całą drogą, wiesz – jak staż. Zjeździliśmy świat, festiwale. Wiemy, co robimy. I staramy się zawsze dawać dobry show, nie po prostu koncert. Uwielbiam, kiedy słyszę, jak ludzie, wychodząc, mówią, że to było niesamowite show.
KR: Widzę za tobą niesamowite instrumenty klawiszowe. Połowy nawet nie umiałbym nazwać. Podoba ci się kierunek, w którym zmierza technologia? Czy jest to raczej lekko przerażające?
RB: Zdecydowanie żyjemy w innym świecie niż kiedyś. Media społecznościowe i to, jak jesteśmy przyssani do naszych telefonów, jak bardzo na nich polegamy. Czy jest nam dobrze, czy źle. Potrzebujemy się trochę od nich uwolnić. Ale kiedy sam próbuję, po dwóch minutach muszę za coś zapłacić – i klops. Całkowicie jesteśmy uzależnieni od naszych telefonów. Co jest z jednej strony trochę straszne, a z drugiej trochę smutne. Jestem na tyle stary, żeby pamiętać, kiedy ich nie było. Ale z drugiej strony, jest cała masa rzeczy, które zachwycają. Że można zobaczyć rzeczy z całego świata. No ale to też jest miecz obosieczny.
KR: I wszyscy się zgadzamy, że to jest problem, że to nie jest dla nas dobre. Ale nikt nie próbuje tego powstrzymać.
RB: Gdyby nagle telefony przestały działać, świat by się kompletnie zatrzymał. Ale tak serio, to jakoś trzeba próbować się choć na chwilę wyrwać. Na przykład ja kocham rower górski, spacery, wiesz, ucieczkę od tego wszystkiego. Wiesz, z dala od całej technologii. Jestem sam na sam z naturą i kocham to. Wydaje mi się, że każdy czasem tego potrzebuje.
KR: Bardzo pozytywna myśl.
RB: Trzeba być pozytywnym, wiosna nadchodzi, nie?
KR: Masz rację. Wielkie dzięki za rozmowę.
Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz