Od zawsze podziwiam Aidana. Poznałem jego twórczość kilkanaście lat temu za sprawą jego głównego zespołu muzycznego o nazwie Nadja, który już wtedy, raptem dziesięć lat po rozpoczęciu działalności, miał około dwadzieścia studyjnych płyt na koncie. A sama Nadja – duet, który współtworzy ze swoją żoną, Leah Buckareff – okazała się tylko małym wycinkiem jego artystycznego dorobku. Nie będę tu nawet wymieniał nazw różnych projektów, w jakie przez lata był zaangażowany, ani tym bardziej wspominał wszystkich jego współpracowników, bo zabrakłoby miejsca. Zainteresowani na pewno doczytają i spróbują sprawdzić choć część jego dyskografii, choćby spośród imponującej liczby albumów solowych. Dodam jeszcze tylko, że oprócz tworzenia muzyki zajmuje się pisaniem i rysowaniem. Jest poetą, prozaikiem, ale również autorem książek, które łączą różne dziedziny sztuki. To artysta, który przychodzi z całym pakietem zdolności. Gdybym chciał zapytać go o wszystko, musiałbym chyba sam zabrać się za przygotowywanie książki i to potężnego tomu. W tej skromnej rozmowie skupiliśmy się więc tylko na kilku ostatnich i nadchodzących płytach, trwającej trasie koncertowej, paru instrumentach i gatunkach muzycznych, a także na urokach życia w Berlinie.
Już wkrótce Nadja dwukrotnie wystąpi w Polsce:
24.02.2026 – Mechanik, Warszawa
25.02.2026 – Alchemia, Kraków
Adrian Pokrzywka: Rozmawiamy przed trasą twojego projektu Nadja mającą odbyć się w lutym 2026 roku. W założeniu Nadja to duet, ale na waszych wydawnictwach często pojawiają się inni muzycy. Na ostatnim albumie – „Cut” – zgromadziło się całkiem sporo artystów. Jak do tego doszło? To było zaplanowane czy może na bieżąco dzwoniłeś do poszczególnych muzyków, by coś dołożyli do kolejnych utworów?
Aidan Baker: (śmiech) Myślę, że to było zaplanowane od samego początku. Mieliśmy założenie, by zrobić coś bardziej zróżnicowanego pod względem instrumentalnym. Na poprzednich albumach też współpracowaliśmy z innymi muzykami, ale dokładali zazwyczaj skrzypce lub wiolonczelę – coś bardziej oczywistego. Gdy poznaliśmy Andy’ego Aquariusa, który jest harfistą, pomyśleliśmy, że fajnie byłoby z nim pracować, ponieważ harfa to instrument, którego trudno się spodziewać na płycie metalowej. Tak, więc to był plan i zebraliśmy wcześniej tych muzyków, wiedząc mniej więcej, co mogą wnieść do utworów, które pojawiły się na albumie.
AP: Na „Cut” można usłyszeć dwa instrumenty dęte – waltornię i saksofon. Ten drugi obsługujesz samodzielnie, co trochę mnie zaskoczyło. Wiedziałem wprawdzie, że jesteś multiinstrumentalistą i grałeś choćby na flecie na kilku albumach Nadji, ale nie wiedziałem, że pogrywasz również na saksofonie. A może to instrument nowy dla ciebie?
AB: Nie, już w liceum grałem na saksofonie, w szkolnym zespole koncertowym i w orkiestrze marszowej. Potem przez długi czas po prostu nie miałem saksofonu, więc nie mogłem na nim grać. A ostatnio znalazłem gdzieś w Internecie egzemplarz w okazyjnej cenie, więc kupiłem go, by przypomnieć sobie, jak się go w ogóle używa.
AP: Wydaje mi się, że na poprzednich albumach Nadji nie można usłyszeć tego instrumentu. To pierwszy raz?
AB: Pierwszy raz.
AP: Wolałem się upewnić, macie trochę płyt na koncie. Dopytam jeszcze o tę harfę. Jak sam wcześniej wspomniałeś, nie jest to typowy instrument w muzyce metalowej. Ma delikatne brzmienie i nie jest czymś, o czym pomyślałbym w kontekście twórczości Nadji, która jest ciężka i masywna. Jak w ogóle poznaliście autora partii granych na harfie – Andy’ego Aquariusa?
AB: Andy również mieszka w Berlinie, gdzie obecnie rezydujemy. Zanim się poznaliśmy, mieliśmy wielu wspólnych znajomych, więc kojarzyliśmy się już nawzajem. Wreszcie zostaliśmy sobie przedstawieni i pomyśleliśmy, że fajnie byłoby razem popracować. Razem z nim i ze Stefanem Christoffem, grającym na pianinie, zarejestrowaliśmy inny album, który planujemy wydać jeszcze w tym roku. Jest bardziej ambientowy, trochę jazzowy, ale nie do końca, hmm… nazwijmy go może ambient jazzem. Nagraliśmy go w studiu z niewielką publicznością, więc to materiał bardziej bezpośredni, ale też znacznie łagodniejszy i spokojniejszy. A jeżeli chodzi o harfę w muzyce metalowej, to używali jej Corrupted na albumie „El mundo frío”. To jeden z naszych ulubionych zespołów. Pomyśleliśmy, że skoro oni potrafili to zrobić, to może my też.
AP: Chętnie sprawdzę ten album. Wracając do wydawnictw Nadji… Ustaliliśmy, że na ostatnim pojawia się po raz pierwszy saksofon i harfa. Czy są jeszcze jakieś instrumenty, których nie używałeś, a których brzmienie chciałbyś włączyć do swojej muzyki?
AB: Chyba coś by się jeszcze znalazło. Chociaż mało jest takich, których jeszcze nie używaliśmy. Myślę, że byłyby to jakieś instrumenty dęte, jak obój albo fagot.
AP: Kolejnym artystą, którego odkryłem dzięki albumowi „Cut”, jest Jesse Narens, który jest autorem okładki. Przeglądałem jego prace i uważam, że są bardzo dobre, szczególnie dzieła wykorzystujące motyw ptaków. Wydaje mi się, że widzę ten styl na okładce Nadji po raz pierwszy. Czy to nowa znajomość? Jak go odkryliście?
AB: Tak, to nowa kolaboracja. Nie poznaliśmy się osobiście, kontaktowaliśmy się tylko online. Kiedyś napisał do nas, dając do zrozumienia, że gdybyśmy byli zainteresowani jego sztuką, to chętnie coś dla nas przygotuje. Więc skorzystaliśmy z tej oferty.
AP: Mam teraz pytanie dotyczące „odpowiedzi na”. Jest to zwrot, którego często używałeś w odniesieniu do polecanych przez ciebie zespołów muzycznych z Kanady. Przygotowałeś swego czasu zestawienie takich artystów i dość często mówiłeś o tym, że dany wykonawca jest kanadyjską „odpowiedzią na” – i tu można wstawić różne wartości. Jak wtedy wspomniałeś, jest to związane z mentalnością Kanadyjczyków, pewnego rodzaju kulturowo-tożsamościowym kompleksem niższości w stosunku do zagranicznych wytworów kultury. Gdy zakładałeś Nadję, a było to właśnie w Kanadzie, twój projekt też był czymś na kształt „odpowiedzi na” jakiś inny, bardziej wówczas znany zespół?
AB: (śmiech) No cóż, i tak, i nie. No tak, częścią kanadyjskiej tożsamości jest to, że musimy definiować się w opozycji do naszego wielkiego południowego sąsiada. I czy jest to kompleks niższości, czy po prostu potrzeba bycia postrzeganym jako inny albo odrębny, cóż, trudno powiedzieć (śmiech). Jestem pewien, że niektórzy mogliby powiedzieć, że byliśmy odpowiedzią na Sunn O))), ponieważ często jesteśmy z nimi porównywani. Ale myślę, że muzycznie, chociaż dzielimy pewną estetykę, bardzo się od nich różnimy.
AP: Tu się z tobą w pełni zgadzam. Mam odrobinę podobne przemyślenia związane z innym twoim projektem. Choć tu nie chodzi do końca o „odpowiedź na”, a bardziej o „wypełnianie pustki po”. Mówię tutaj o bardzo ważnej dla mnie grupie Low i twoim nowym zespole – jak się już pewnie domyślasz – Tavare. Chciałbym cię zapytać, co skłoniło cię do założenia kolejnego projektu, który tym razem skupi się na bardziej klasycznym slowcorze? Czy Low dla ciebie też jest istotnym zespołem w tym gatunku, czy może masz jakichś innych faworytów?
AB: Jednym z głównych powodów, dla których założyłem ten zespół, była bardzo świadoma chęć grania muzyki nie tylko cichej, ale też surowej i nieprzetworzonej. W Tavare używam tylko jednego, maksymalnie dwóch efektów gitarowych, co sprawia, że ważniejsza jest dla mnie w tym projekcie po prostu gra na gitarze, a nie manipulowanie dźwiękiem. Jest to trochę bardziej bezpośredni sposób wyrażania siebie, a slowcore był odpowiednim stylem, by zastosować tę metodologię, tę technikę w praktyce. A jeżeli chodzi o wpływy innych zespołów, to dla mnie Low był na pewno jakimś punktem odniesienia, ale też grupy takie jak Codeine czy Yo La Tengo. Może nie zawsze ciche, ale powolne i minimalistyczne, z pewnym rodzajem melancholijnej ekstazy, które można określić właśnie takimi łatkami jak slowcore czy sadcore. Co ciekawe, nasza basistka – Tristan – nigdy wcześniej nie słyszała Low. A gdy zaczęto nas do nich porównywać, musiała poszukać ich muzyki i sprawdzić, czy faktycznie jesteśmy do nich podobni.
AP: To ciekawe. I co? Polubiła ich?
AB: Tak. Powiedziała, że może nie słuchała ich jakoś dużo, ale sprawdziła kilka utworów i zaczęła rozumieć, dlaczego ludzie uważają, że jesteśmy do nich podobni.
AP: Po tym jak uformowałeś Tavare, które nazwałbym właśnie takim slowcorem zorientowanym na piosenki, zacząłem się zastanawiać, czy czasem nie masz w zanadrzu kolejnego pomysłu na eksplorowanie jakichś dotychczas obcych dla ciebie rejonów muzycznych. Chciałbyś kiedyś stworzyć coś zupełnie innego?
AB: Kiedyś… (śmiech) Tak, na pewno. Chciałbym popracować nad jakimś materiałem, który byłby oparty bardziej na elektronice, może niekoniecznie na syntezatorach, ale na manipulowaniu dźwiękiem, może jakimiś nagraniami terenowymi. Tego typu rzeczy, ale ostatnio jeszcze nie miałem okazji się tym zająć.
AP: Pytam o te nowe rzeczy, bo dla ciebie to wydaje się łatwizną. Jesteś bardzo płodnym i zarazem ciężko pracującym twórcą. Nawet nie próbowałem policzyć wszystkich twoich płyt, a są ich przecież już setki. I wszystkie, które słyszałem, są na wysokim poziomie. Jak ty to właściwie robisz? Czy masz jakąś zasadę, że starasz się coś napisać każdego dnia, coś w rodzaju codziennej rutyny?
AB: Dziękuję. Nie tworzę każdego dnia, choć miałem taki projekt w 2024 roku. Wydałem go w formie książki zatytułowanej „Rok w minutach”. Polegał na tym, że codziennie poświęcałem minutę na stworzenie lub nagranie jakiegoś dźwięku, a następnie pisałem lub malowałem w odpowiedzi na to, co właśnie zrobiłem. Chodziło o coś w rodzaju artystycznej dyscypliny, zmuszania się do wykonania jednej kreatywnej czynności. To nie jest tak, że muszę się do tego koniecznie zmuszać, ale z inspiracjami bywa tak, że czasami nie nadchodzą same i można by na nie czekać bez końca. Byłem więc ciekaw, jak sprawdzi się ta rygorystyczna metoda, która będzie polegać na uczynieniu tworzenia sztuki codzienną rutyną. Próbowałem ten projekt zrealizować trzy razy w ciągu ostatnich sześciu lat. I dopiero w 2024 roku udało mi się go pomyślnie zakończyć. W założeniu wydawał się dość prosty w realizacji, ale okazało się, że bardzo trudno jest być tak konsekwentnym i rygorystycznym przez cały rok.

AP: Gratuluję. Podobno w pracy nad nowymi pomysłami miała ci też pomóc przeprowadzka z Toronto do Berlina. Dzięki temu mogłeś skupić się tylko na sztuce i życiu z tego. A jak to wygląda teraz? Czy dalej możesz sobie pozwolić na ten luksus, by nie mieć typowej pracy zarobkowej?
AB: Na ten moment jeszcze tak (śmiech). Ale muszę przyznać, że po pandemii życie nawet tutaj stało się cięższe i już nie jest tak kolorowo, zmienił się też sam Berlin. Ale przeprowadzka z Kanady do Europy poza korzyściami finansowymi dała nam też wiele innych możliwości. Dużą rolę odgrywa tu gęstość zaludnienia – cała Kanada ma 35 milionów mieszkańców, podczas gdy same Niemcy mają ich 80. To daje więcej możliwości występowania i znalezienia publiczności.
AP: Tak, a dużo artystów po prostu przeprowadza się do Berlina. Przychodzi mi do głowy mnóstwo muzyków pochodzących z różnych części Europy, którzy żyją teraz w stolicy Niemiec. Ale to nie tylko ośrodek artystyczny, ale wydaje się, że najzwyczajniej w świecie niedrogie miejsce do życia. Powątpiewałem w to, ale w tamtym roku odwiedziłem po latach Berlin i zorientowałem się, że mnóstwo podstawowych produktów, jak żelki czy alkohol, są tańsze niż w Krakowie, gdzie żyję na co dzień. Więc może to nie Toronto było takie drogie, tylko Berlin jest tani?
AB: O nie – Toronto jest bardzo drogim miastem. To też była jedna z głównych przyczyn naszej przeprowadzki. Berlin w porównaniu z Toronto jest dalej tani, ale zdecydowanie podrożał odkąd się tu przenieśliśmy. Wzrost kosztów powoduje, że artystom w tym momencie nie jest już tak łatwo się tu przeprowadzać i żyć tylko z muzyki. Nam się udało, bo przybyliśmy tu ponad piętnaście lat temu. W tamtym czasie o wiele łatwiej było się ustatkować.
AP: Zauważyłem, że grasz dość dużo koncertów. Mnie to cieszy, bo praktycznie co roku przyjeżdżasz z jednym ze swoich projektów do Krakowa i mogę chodzić na te występy. A jak to wygląda u ciebie? To znaczy – wiem, że lubisz grać na żywo – inaczej byś tego nie robił. Ale czy częste życie w trasie nie bywa nużące? Ciągłe podpinanie kabli każdego dnia, w innym klubie, w innym mieście chyba może być trochę męczące, prawda?
AB: No tak, masz rację. Ale to taka równowaga między nagrodą i karą (śmiech). Myślę, że to ważne dla zdrowia psychicznego i fizycznego, aby uważać, żeby nie przeciążać się i nie koncertować zbyt często. I mieć czas na odpoczynek. Berlin jest też miastem, które sprzyja znalezieniu odpowiedniej równowagi między pracą a życiem prywatnym. Może nie pozwala się człowiekowi ukryć, ale można tu dobrze odpocząć – to spokojne miejsce do życia. Nawet gdy będziemy w trasie dość długo, wiemy, że możemy tu wrócić i cieszyć się naszym wygodnym życiem.
AP: A co właściwie jest dla ciebie ważne w graniu koncertów? No bo wiesz, są artyści grający bardziej przebojową muzykę, którzy mają bezpośredni kontakt z publicznością. A twoja twórczość jest jednak bardziej introspektywna. Zastanawia mnie, czy więź ze słuchaczami jest dla ciebie ważna. Czy w ogóle dochodzi do tego typu kontaktu podczas twoich występów?
AB: Tak, z pewnością. Oczywiście wygląda to trochę inaczej niż w wypadku standardowego zespołu popowego. Prawdopodobnie jest to bardziej osobiste przeżycie dla odbiorców. Wydaje mi się, że to interesujące, że ludzie mają takie odrębne, ale wspólne doświadczenie. Każdy ma swoją własną reakcję na muzykę, ale dzielą się nią w tym samym miejscu. Uważam, że to coś wyjątkowego, kiedy mogę zobaczyć te reakcje albo kiedy słyszę, jak mówią mi o nich po koncercie. Dzięki temu wiem, że są bardzo różne sposoby doceniania dźwięków.

AP: Na waszych nadchodzących koncertach będziecie wykonywać muzykę z albumów, które nagrywaliście tylko w duecie, czy będzie coś np. z „Cut”? Jeśli będziecie coś wykonywać z tych płyt, gdzie gościnnie udzielali się inni muzycy, to jak poradzicie sobie bez nich?
AB: Nasza setlista będzie składać się w połowie z utworów z „Cut”, w połowie z „Labyrinthine” – naszego poprzedniego albumu. Obie płyty zawierają udział muzyków gościnnych, więc nieco zmieniliśmy aranżacje utworów, abyśmy mogli je wykonywać we dwoje. Będą brzmieć nieco inaczej niż na albumach, ale myślę, że zachowają charakter oryginalnych wersji.
AP: To ciekawe. „Labyrinthine” uważam za album wyjątkowy w dyskografii Nadji. Chyba jak żaden inny jest tak mocno skupiony na wokalach. Nie tylko zaprosiliście tam aż czworo wokalistów, ale uwypukliliście ich ścieżki, które zazwyczaj są schowane pod wieloma warstwami przesterowanych gitar. To jak to zrobicie, sami zaśpiewacie te partie?
AB: Wykonamy wszystko instrumentalnie. Prawdopodobnie część osób może nie rozpoznać tych utworów – bez wokalu to zupełnie inne kompozycje. Ale wydaje mi się, że sprawdzają się jako utwory instrumentalne.
AP: No cóż, rozbudziłeś moją ciekawość. Na pewno przyjdę na wasz koncert w Krakowie i sprawdzę, jak to przearanżowaliście. A co będziecie robić, jak trasa się skończy? Może planujesz odkurzyć jakiś stary, nieaktywny projekt? Masz tego trochę…
AB: (śmiech) No cóż, mam kilka solowych projektów, nad którymi pracuję, jak również kilka kolaboracyjnych – jak ta płyta z Andym i Stefanem, o której ci wcześniej mówiłem. A jeśli chodzi o Nadję, to kończymy powoli album tworzony we współpracy z brytyjskim zespołem Gnod. Pracujemy nad tym od kilku lat, ale może wreszcie uda się go skończyć i zostanie wydany w tym albo w przyszłym roku. Zobaczymy.
AP: Będę na to wszystko czekał. Bardzo dziękuję ci za rozmowę.