Belgijski duet Ultra Sunn na początku 2026 roku po raz kolejny pojawił się w Polsce. Zresztą konsekwentnie przyjeżdżają do nas podczas wszystkich swoich tras koncertowych po Europie. Mimo dopiero dwóch pełnych albumów na koncie mają tu już wielu fanów, którzy coraz liczniej pojawiają się na ich występach. Tym razem w naszym kraju mieli aż cztery przystanki, a mi udało się spotkać z tą sympatyczną parą zaraz po ich pierwszym koncercie – w krakowskiej Poczcie Głównej. Porozmawialiśmy o starych i nowych utworach, przeróżnych gatunkach muzycznych – od Bacha, przez Brygadę Kryzys, do Chappell Roan, wpływach krawiectwa na muzykę, starych zbrojach, drag queens i jeszcze paru innych równie ciekawych rzeczach.
Za pomoc w organizacji wywiadu dziękuję Dancin’ Shoes Gigs i Boredom Booking.
Adrian Pokrzywka: Rozmawiamy tuż po waszym koncercie. W związku z tym chciałbym zapytać, jak sobie radzicie z życiem w trasie, które bywa czasem męczące. Widziałem, że na scenie czujecie się świetnie, ale to tylko jedna godzina z całej doby, a gracie przecież koncerty praktycznie codziennie podczas trasy. Jak sobie radzicie z taką rutyną?
Sam Hugé: To może być męczące. Na przykład pod koniec ubiegłego roku czuliśmy się już zmęczeni. Ja się dodatkowo rozchorowałem i musieliśmy przełożyć jeden koncert, bo nie dałbym rady zaśpiewać. Ale przez większość czasu jesteśmy szczęśliwi, że możemy tak działać – być tutaj, grać, poznawać nowych ludzi. To nasze wymarzone życie.
Gaelle Souflet: Wolimy w naszym życiu każdy dzień spędzony na trasie niż dzień spędzony w domu.
SH: To też dlatego, że jesteśmy prywatnie parą. Więc jeżeli jesteśmy razem, to trochę tak, jakbyśmy byli w domu i wozili go ze sobą, jak nomadowie. Podróżujemy również z bliskimi znajomymi, więc czujemy się trochę jak na szkolnej wycieczce za młodych lat.
AP: Jesteście też młodym zespołem, istniejecie raptem od sześciu lat. Wspominam o tym, bo chcę zapytać o jeden z waszych starszych utworów, który lubię – „Young Foxes”. Porusza temat imprezowania i pewnej zmiany w podejściu do niego, o wychodzeniu z młodzieńczej lekkomyślności. Czy to podejście zmieniło się u was jeszcze bardziej po tych pięciu latach, od kiedy piosenka została wypuszczona?
SH: Pamiętam taki moment pod koniec okresu pandemicznego, gdy byliśmy w środku imprezy gdzieś na dachu w Brukseli. I dobrze się tam bawiliśmy, a oprócz nas było dużo młodszych ludzi, kolejne pokolenie, i to byli prawdziwi „young foxes”, a ty powiedziałaś mi wtedy…
GS: Że to są „nowi my” („new us” – przyp. AP).
SH: Tak! Że oni są nową wersją nas, że przyszło kolejne pokolenie i było to dziwne uczucie. A najlepsze w nich jest to, że różnią się od starszych osób, od tego poprzedniego pokolenia. Nie są takimi ageistami, jakimi być może sami byliśmy. Możemy się od nich wiele nauczyć i to jest naprawdę fajne. Dotyczy to nie tylko gustu muzycznego, ale stylu ubierania się i innych rzeczy. Nowe pokolenia są bardzo inspirujące.
GS: Są bardziej otwarci w wielu kwestiach…
SH: Jak polityka czy zdrowie psychiczne.
GS: Tak, a dziś rozmawialiśmy z młodymi ludźmi o muzyce i – co bardzo nas cieszy – wydają się słuchać wielu różnych jej rodzajów i robią to bez skrępowania.
SH: Tak, na młodszym pokoleniu widać wpływ Spotify. Nie wiem, jak było w Polsce, ale kiedyś w Belgii, gdy słuchało się jeszcze płyt CD, trzeba było wybrać, czy lubi się np. rock, czy rap, czy cokolwiek innego. A że my siedzieliśmy w muzyce rockowej, a kojarzyliśmy wiele super utworów rapowych, ale… no cóż…
GS: Musieliśmy ich słuchać w tajemnicy (śmiech).
AP: Też to znam i przeżywałem. Pamiętam, że bardzo spodobał mi się jeden polski album hip-hopowy i musiałem wtedy w pewien sposób zadeklarować, że od teraz będę słuchał tylko rapu, i to było bardzo radykalne, trochę jak coming out (śmiech). Na szczęście teraz jest inaczej.
SH: Tak, a straciliśmy przez te uprzedzenia wiele czasu i być może świetnej muzyki.
AP: W pełni się zgadzam, niestety moja historia jest podobna. Wróćmy do Ultra Sunn, bo chcę zapytać teraz o utwór, który też jest na pograniczu stylistyk, a chodzi o „Shake Your Demons” z waszego debiutanckiego albumu. Interesujące jest w nim to, że choć zaczyna się w klasycznym dla was stylu belgijskiego EBM, to jego druga połowa zmienia się bardziej w brytyjską basową muzykę, a zaloopowany wokal Sama kojarzy mi się z twórczością Underworld, który swoją drogą bardzo lubię. Czy mój trop jest dobry i faktycznie chcieliście nawiązać do wspomnianej przez mnie stylistyki?
SH: Oczywiście, to nasz hołd dla takiej muzyki. Wiesz, z jednej strony brzmienie Belgii jest w naszym DNA, ale interesujące jest to, że gdy kształtowało się ono na przełomie lat 80. i 90., to belgijskie kluby często gościły imprezowiczów z Wielkiej Brytanii. Można się tu doszukiwać wzajemnej inspiracji, więc połączenie brzmienia brytyjskiego i belgijskiego ma dla nas duży sens. Ja mam też brytyjskie korzenie, więc może to też ma jakiś wpływ na naszą muzykę. Pamiętam, jak nagrywaliśmy ten utwór i upewniałem się cały czas u Gaelle, czy to dobry pomysł i czy taka aranżacja pasuje, ale zgodziliśmy się, że tak – podoba nam się to i powinniśmy to umieścić na albumie.
AP: To jest zaskakujące, ale w pozytywny sposób. Przejdźmy teraz do nowszego materiału, który wydaliście na waszym drugim albumie pod koniec 2025 roku. W porównaniu do waszej poprzedniej twórczości wydaje mi się, że trochę zmniejszyliście intensywność samych utworów, wpuszczając do nich więcej przestrzeni. Na przykład utwór „Fluorescent Sun” można by określić nawet jako synthpop. Czy zgadzacie się z tym? Ostatni album jest trochę lżejszy czy to tylko moje wrażenie?
SH: Nie, opisałeś to całkiem trafnie. Chcieliśmy zrobić coś innego. W okresie poprzedzającym nagrywanie tej płyty słuchaliśmy dużo muzyki klasycznej, zwłaszcza z okresu romantyzmu, jak Berlioz, Brahms, Chopin czy Liszt – to nas inspirowało. A utwór „Fluorescent Sun” napisaliśmy w Stanach Zjednoczonych, gdzie w zeszłym roku dużo koncertowaliśmy. Siedzieliśmy przy basenie w Las Vegas, w trochę dziwnym hotelu pośrodku pustyni, obserwując wędrówkę słońca. Kontrast między tym pięknym, ale sztucznym miastem, jakim jest Las Vegas, a pustynią Nevada był dla nas bardzo intensywny, to było wręcz religijne doświadczenie, które naznaczyło nas w jakiś sposób. To tam narodził się ten utwór.

AP: Opozycja miasta i natury potrafi skłaniać do refleksji. A jeżeli przy tym jesteśmy, to chciałbym zapytać o warstwę liryczną nowego albumu. Teksty poruszają tematy – nazwałbym to – uniwersalnych ludzkich problemów. I o ile łatwo by tu było popaść w pesymizm, postawa, jaką prezentujecie, jest podnosząca na duchu, silna i afirmująca życie. I to obok muzyki, która może wydawać się zimna i mroczna. Czy dobrze to interpretuję? Teksty są dla was tak ważne, jak bity, przy których można się po prostu dobrze bawić?
GS: Tak, trzeba być pozytywnym. Ultra Sunn to światło, to istota naszego zespołu.
SH: Od samego początku staramy się mieć jasne przesłanie, w którym chodzi o światło, miłość, waleczność i pozytywne nastawienie do świata.
AP: Więc to atrybuty nie tylko nowej płyty, ale całej waszej twórczości?
SH: Dokładnie tak. Może na nowej płycie jest to bardziej waleczne. Pewnie widziałeś jej okładkę, na której jesteśmy w zbrojach. Chcieliśmy przekazać również to, że pragniemy walczyć o lepszy świat.
AP: Zauważyłem to na nowej okładce. Na tej do debiutanckiego albumu byliście po prostu w waszych codziennych ubraniach na jakimś kolorowym tle, powiedzmy, że było to normalne zdjęcie. A na „The Beast in You” macie na sobie elementy wspomnianej zbroi. Ale ty, Sam, masz na sobie tych części więcej, a w dodatku trzymasz broń. Czy to dlatego, że jesteś bardziej wrażliwą i delikatną osobą w duecie? Potrzebujesz tej ochrony bardziej?
SH: No cóż, sprytnie to wymyśliłeś (śmiech). Zgadzam się w pełni. Ale chodzi też o to, że przynosimy tę zbroję i broń, chcąc przekazać ją naszym słuchaczom. Możecie je wziąć i walczyć razem z nami. Ja mam broń, a Gaelle rękawice, które symbolizują magię, ona odpowiada za zaklęcia. Na scenie chcieliśmy poszerzyć ten pomysł, dlatego noszę kamizelkę kuloodporną, czyli współczesną wersję zbroi.
AP: Ale na okładce jest jedna zbroja, która jest rozdzielona między wami. Więc pełną siłę i właściwą protekcję uzyskujecie, gdy jesteście razem – wtedy jesteście kompletni.
GS: Dokładnie, dopiero wtedy zbroja jest kompletna.
SH: Tak, jesteśmy jak Power Rangers (śmiech). Dodam jeszcze, że to replika prawdziwej piętnastowiecznej belgijskiej zbroi. Zorganizował ją dla nas przyjaciel, który zajmuje się rekonstrukcjami historycznych bitew. Jest super ciężka i, szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie prawdziwej walki w niej (śmiech).

AP: Jeżeli chodzi o ostatni album, chciałbym zapytać jeszcze o mój ulubiony utwór. To „L.A. Drags”, który opowiada właśnie o drag queens, a którego teledysk również nawiązuje do tej tematyki. A kilka lat temu przekazaliście część dochodu ze sprzedaży swojego merchu organizacji ROSA, która m.in. walczy z homofobią i transfobią. Dlaczego te sprawy są dla was ważne?
GS: Bo to jest ważne, tak po prostu. Wszyscy są mile widziani na naszych koncertach.
SH: Ważne jest również dla nas, aby dać głos mniejszościom. I nie chcielibyśmy tylko zarabiać na tym sami, jeśli już poruszamy te wątki. Bardzo się cieszymy, że na naszych koncertach pojawiają się różni ludzie. Wszyscy są mile widziani, każdy może swobodnie wyrażać siebie. Ten utwór dotyczy w tym samym stopniu drag queens, co Los Angeles. Bo dla nas to miasto samo jest jak drag queen – efektowne, piękne, ale z dużą ilością makijażu i fałszu, zmyślonych nazwisk i dramatów. Bycie drag queen to ciężkie życie, które kosztuje sporo pieniędzy, a wiele spośród tych osób znajduje się w skomplikowanych sytuacjach. I takie wydaje nam się też całe Los Angeles. Bardzo się cieszymy, że Violet Chachki zaangażowali się w ten utwór i teledysk. Byli bardzo szczęśliwi, że mogli to z nami zrobić. Dla nas to również był najlepszy wybór.
AP: Gaelle, wiem, że zajmowałaś się kiedyś projektowaniem ubrań. Dalej to robisz?
GS: Czasami, głównie dla Sama. Dziś na koncercie miał spódnicę, którą mu uszyłam. Czasami, kiedy mam czas, coś jeszcze robię. Ale praktycznie przez połowę roku jesteśmy w trasie, więc to nie jest łatwe. Ale oczywiście uwielbiam to. Studiowałam modę, a później pracowałam m.in. w teatrze, gdzie projektowałam kostiumy. To zawsze była pasja, nie tylko moja, bo Sam razem ze mną chodzi na pokazy mody i niecierpliwie czekamy na każdy Fashion Week. Staramy się też śledzić wszystkich projektantów, którzy nam się podobają.
AP: Ta forma sztuki prawdopodobnie wpływa na waszą oprawę wizualną, teledyski, nie wspominając o strojach. Ale czy ma też konkretny wpływ na to, jak komponujesz utwory?
GS: Trochę tak. Bo to w zasadzie jest jak krawiectwo. Samo konstruowanie przebiega podobnie, bo tak czuję też dźwięki, trochę jakby były w 3D. I kiedy coś zaczyna pasować w utworze muzycznym, czujesz to. To trochę tak, jakby uszyć strój, który będzie dobrze leżał. Można to poczuć.
SH: Tak, bo na końcu to człowiek jest najważniejszy. To człowiek nosi te ubrania i tańczy do tej muzyki, więc wszystko kręci się wokół ludzkiego ciała. W studiu czasem używamy technicznych słów z zakresu projektowania mody do opisywania technologii sprzętowej, żeby lepiej się zrozumieć.
GS: Tak, kiedyś nawet stworzyliśmy utwór, do którego, a w zasadzie w oparciu na nim, zaprojektowaliśmy kostium. Może spróbujemy kiedyś jeszcze to powtórzyć.
AP: To bardzo ciekawe. Sam, mam teraz pytanie do ciebie. Wiem, że zanim założyliście Ultra Sunn, grałeś na gitarze i śpiewałeś w zespole rockowym. A muzyka rockowa stoi jakby w opozycji do elektronicznej, zresztą na początku naszej rozmowy wspominaliśmy o tych podziałach międzygatunkowych. Jedna i druga są tworzone za pomocą instrumentów, ale zupełnie innych. Czy ty też czujesz się teraz innym człowiekiem?
SH: Tak, a prawdopodobnie takim punktem zwrotnym było odkrycie Front 242. Dla mnie właściwie są zespołem rockowym. Mimo że grają na syntezatorach i padach perkusyjnych, to gdy patrzysz na nich na scenie – widzisz zespół rockowy. A przecież grają elektronikę. I to był właśnie dla mnie taki pomost pomiędzy rockiem a elektroniką. I sam chciałem stworzyć coś, co posiadałoby podobną energię. Zresztą zawsze komponuję na gitarze, ponieważ to jest mój język ojczysty – to był mój pierwszy instrument. Później tłumaczę to na syntezatory, ale linie melodyczne i refreny staram się znaleźć najpierw na gitarze. Poza tym, grając w zespole rockowym, nauczyłem się wielu rzeczy, w tym życia w trasie. To było cenne doświadczenie.

AP: Chciałbym was podpytać o jeszcze inną muzykę. Wydaje mi się, że czytając różne wywiady z wami, dowiedziałem się całkiem sporo o waszych muzycznych inspiracjach ze scen EBM czy New Beat. Wspomnieliście już, że słuchacie różnej muzyki, ale czy są takie gatunki, które mogą mieć wpływ na Ultra Sunn, a o których wasi fani mogliby nawet nie pomyśleć w tym kontekście? Zresztą, żeby daleko nie szukać, Sam, siedzisz przede mną w koszulce Darkthrone…
SH: Tak, uwielbiam black metal oraz dungeon synth. Słuchamy też dużo muzyki meksykańskiej. Jestem wielkim fanem Pedro Infante, jego prezencja sceniczna jest dla mnie inspirująca.
GS: Słuchamy też dużo country, reggae czy popu, jak Rihanna.
SH: I Chappell Roan, Beyonce czy Lana Del Rey. I dużo muzyki klasycznej, od Bacha po Liszta. Jak byliśmy dziećmi, rodzice zmuszali nas do słuchania muzyki klasycznej. To było obowiązkowe, więc nie bardzo ją lubiliśmy. Ale teraz to doceniamy – nie tylko taką muzykę, ale i to, jak nas wychowano.
AP: Jeżeli dobrze wyliczyłem, to już wasza czwarta wizyta w naszym kraju. Więc przyjeżdżacie tu często i zawsze cieszycie się dobrym przyjęciem, co zresztą przed chwilą widzieliśmy. Poza tym, rodzaj muzyki, jaki gracie, jest u nas dość popularny. A jakie są wasze wrażenia, podoba wam się tu?
GS: Tak. Na koncertach w Polsce jest zawsze wielu młodych ludzi, którzy są bardzo otwarci i dobrze się bawią. Widzę pod sceną mnóstwo uśmiechów, dużo osób zna też teksty naszych piosenek. Za każdym razem jestem tym zaskoczona, ta życzliwość jest niesamowita. Od naszej pierwszej wizyty wracamy tutaj co roku.
SH: Tak, publiczność jest tu świetna. Często śpiewają razem ze mną, a ja nie mogę powstrzymać uśmiechu, czasem szczerzę się jak głupek, ale po prostu cieszę się, że tu jestem. Czuję życzliwość i szacunek ze strony słuchaczy.
AP: Czy podczas tych wizyt odkryliście jakichś polskich wykonawców? Wiem na razie tylko, że znacie Chopina.
SH: Behemoth jest z Polski, prawda? Ok, poznaliśmy jeszcze w taksówce jeden zespół. Bardzo nam się spodobał jeden kawałek i zapisałem go sobie… (sprawdza w telefonie) Mam, Brygada Kryzys! Ale w sumie nie znamy wielu polskich wykonawców, może nam coś polecisz?
AP: Hm, wspólnym mianownikiem dla dwóch wymienionych wyżej byłaby Siekiera. To post-punk w stylu wczesnego Killing Joke z polskimi tekstami, a Behemoth coverował kiedyś jeden z ich lepszych utworów. Ok, jeszcze jedno pytanie i dam wam już odpocząć. Gracie jeszcze trzy koncerty w Polsce i kilka innych w Europie, a kwiecień i maj spędzacie w Ameryce Północnej. Jakie są wasze plany na resztę roku? I czy macie już jakieś nowe utwory albo pomysły na nie, nad którymi pracujecie?
SH: Niedługo wydamy coś nowego, na początek singiel. Po trasie po Stanach wracamy do Europy na kolejne koncerty. A we wrześniu znowu Stany, Meksyk i Kanada, Odpoczniemy trochę w lato, tym razem nie gramy na festiwalach.
AP: Podróżujecie i występujecie naprawdę często, należy wam się odpoczynek.
SH: Tak, ale to przyjemne zmęczenie. Dostajemy naprawdę świetną energię. Czasem czuję się kiepsko, ale wychodzę na scenę i od razu mi lepiej, to jak lekarstwo.
AP: Cieszę się. I bardzo wam dziękuję za rozmowę.
SH: My również. Twoje pytania były naprawdę precyzyjne, bardzo nam miło.