IKS

Zofia Jastrzębska (aktorka) [Rozmowa]

Zofia Jastrzębska zaczyna od pozornie lekkiej opowieści o snowboardzie i kitesurfingu, ale bardzo szybko rozmowa skręca w stronę kontroli, granic i odpowiedzialności – także za własne życie. W wywiadzie wraca do momentu na Helu, kiedy w niebezpiecznej sytuacji zamiast o strachu pomyślała o swoim zawodzie. Uznała to za sygnał ostrzegawczy. Mówi o potrzebie samotności po planie zdjęciowym, o ucieczce od nadmiaru ludzi, o wrażliwości na opinie i o tym, jak łatwo w dzisiejszym świecie oddać decyzyjność komuś innemu. Opowiada o pracy nad – emitowanym na platformie HBO Max serialem „Niebo. Rok w piekle” nie tylko jako o aktorskim wyzwaniu, lecz także jako o osobistym spotkaniu z tematami manipulacji, fanatyzmu i macierzyństwa — tematami, które zostają na długo. To szczera, spokojna rozmowa z aktorką, która wyraźnie jest w drodze – ale nie pozwala, by tempo świata odebrało jej uważność na siebie.

 

Mariusz Jagiełło: Zacznijmy zupełnie lekko, na rozgrzewkę. Snowboard czy surfing?

 

 

Zofia Jastrzębska: To zależy od pory roku, ale chyba jednak snowboard. Czuję się na nim bardziej komfortowo, bo częściej bywam w górach niż na otwartym akwenie. Jeśli chodzi o surfing – długo uprawiałam windsurfing, a teraz próbuję kitesurfingu. To moja zmora, jeszcze nie potrafię nic zrobić „pro”. Miałam nawet niebezpieczną sytuację: linka owinęła mi się wokół palca przy bardzo silnym wietrze. To było na Helu, dwa lata temu. Warunki były trudne i w pewnym momencie pomyślałam: „O nie, będę aktorką charakterystyczną bez palca”. Zaraz potem przyszła refleksja: Boże, co ja mam w głowie, że w takiej chwili myślę o zawodzie. To był dla mnie sygnał, że muszę lepiej poukładać swoje wartości – skupić się na sobie prywatnie, na bliskich, na codziennym funkcjonowaniu, a nie od razu na pracy. Krótko mówiąc: lepiej czuję się na snowboardzie. Choć pewnie bliżej mi do ciepła i wody – więc będę chciała wyrównać szanse.

 

 

MJ: Pytam o to nieprzypadkowo. To aktywności dość samotne, wymagające kontroli i skupienia. Czy to świadczy o tym, że jesteś indywidualistką, chodzisz własnymi ścieżkami, czy jednak masz drogowskazy i ludzi, którzy cię prowadzą?

 

 

ZJ: Na co dzień jestem otoczona ogromną liczbą osób – aktorstwo nie jest zawodem samotnym, tylko zespołowym. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania w nim w pojedynkę. Dlatego w czasie wolnym uciekam w samotnię. Potrzebuję tego, żeby się „napełnić”, zajrzeć w swoje meandry i sprawdzić, co u mnie słychać. Po każdym dniu zdjęciowym potrzebuję chwili. Bliscy wiedzą, że gdy mam intensywny okres zdjęciowy, odzywam się mniej. Jest we mnie mały introwertyk, którego muszę regularnie karmić. Od dziecka trenowałam gimnastykę artystyczną, później był balet, boks tajski – to sporty, w których dużo czasu spędza się w swojej głowie, walcząc z własnymi słabościami, a nie grając zespołowo.

 

zdj. Borys Borecki

 

MJ: To prowadzi mnie do sedna. Skąd, twoim zdaniem, bierze się u niektórych ludzi potrzeba oddawania swojego życia innym? Np. u bohaterów serialu „Niebo. Rok w piekle”

 

 

ZJ: Myślę, że życie bywa bardzo trudne. Często jesteśmy zmęczeni odpowiedzialnością za własne decyzje. Wtedy łatwiej oddać ster komuś, kto wydaje się wiedzieć więcej, kto stawia się w roli mentora. Problem w tym, że to krótkowzroczne. Jeśli oddamy decyzyjność komuś innemu, a nie podejmiemy wyborów w zgodzie ze sobą, później ponosimy konsekwencje cudzych decyzji. Głównym powodem jest chyba lęk, że sami wybierzemy źle.

 

 

MJ: Tylko że z boku można by pomyśleć, że do sekt trafiają osoby zagubione, a przecież często są to ludzie bardzo wykształceni – doktorzy, profesorowie.

 

 

ZJ: Nie kategoryzowałabym ludzi. Wykształcenie nie chroni przed momentami słabości i zagubienia. Wydaje mi się, że to mniej zależy od osoby, która przeżywa kryzys, a bardziej od manipulatora – kogoś, kto dostrzega potencjał i potrafi go wykorzystać. Przy pierwszych czytaniach scenariusza też zadawałam sobie te pytania. Wydawało mi się, że nigdy nie dałabym się wciągnąć w taką strukturę. Trudno było mi zrozumieć Anetę. Z czasem dotarło do mnie jednak, że wszyscy jesteśmy w jakichś „sektach” – choćby internetowych, opartych na trendach i emocjach.

 

 

MJ: Wróćmy na chwilę do głównego manipulatora. Postać Piotra Wójcika, granego przez Tomasza Kota, inspirowana jest Bogdanem Kacmajorem. Czy znałaś wcześniej tę historię i co było dla ciebie najbardziej interesujące aktorsko?

 

 

ZJ: Nie znałam wcześniej tej historii. Zawsze interesowała mnie psychologia człowieka – mechanizmy wpływu, relacje władzy. To, jak człowiek jest złożony, jest dla mnie czymś tak głębokim i nieodkrytym jak oceany. Natomiast same sekty mnie odpychały, bo się ich bałam. Podświadomie czułam, że mogłabym być podatna, bo bywam wrażliwa na opinie innych. Z biegiem lat uczę się ufać sobie bardziej niż głosom z zewnątrz. Dotyczy to też komentarzy internetowych – nie mogę w nie bezkrytycznie wierzyć, bo straciłabym wiarę w siebie. To, co mnie uderzyło w historii Piotra, to fakt, że on obiecuje miłość, akceptację, „niebo na ziemi”. To największe okrucieństwo – nie jawna przemoc, ale czułość jako narzędzie kontroli.

 

zdj. Marcin Makowski

 

MJ: Mam wrażenie, że tacy liderzy jak serialowy Piotr ewoluują. Na początku może nie chodzi im wyłącznie o władzę, ale później się nią zachłystują.

 

 

ZJ: Zgadzam się. Władza i pieniądze potrafią całkowicie zaburzyć obraz rzeczywistości. Przypomina mi się eksperyment Stanfordzki – ludzie, którym dano władzę, bardzo szybko zaczęli jej nadużywać. I myślę, że tutaj też te mechanizmy zadziałały. Tomasz Kot – który świetnie wszedł w buty manipulatora – na planie mówił kwestie Piotra w taki sposób, że budził akceptację swoich ofiar. Był „fajnym gościem”, równym innym i niby miał ten dar, że potrafił pomóc ludziom, to też dawało efekt, że on jest dobrym człowiekiem, bo skoro pomaga innym, to znaczy, że z natury jest dobry. To sprawiało, że łatwo było mu zaufać, a on to wykorzystywał.

 

 

MJ: Dziś ta manipulacja działa na innym poziomie – social media, fake newsy, pseudonauka, fałszywe autorytety. Czy masz wrażenie, że serial jest też komentarzem do współczesności?

 

 

ZJ: Zawsze wierzę, że dobre filmy, seriale rezonują szerzej niż ich temat. Budując postać, czułam, że opowiadamy historię bardzo aktualną – o ludziach zmęczonych nadmiarem informacji, spragnionych prostych odpowiedzi. Nie wiemy już, co jest prawdą. A życie w takim ciągłym konflikcie, bez odpowiedzi, no to jest życie w strachu. A w takim stanie łatwo oddać komuś kontrolę i stać się ofiarą manipulacji.

 

 

MJ: I dlatego tak łatwo dziś o samozwańczych guru.

 

 

ZJ: Dokładnie. Jedyną radą, jaką mam, jest słuchanie siebie i weryfikowanie informacji u osób, którym naprawdę ufamy. Internetowe autorytety są dziś odpowiednikiem dawnych sekt – tylko w nowym opakowaniu.

 

 

MJ: Zakładam, że przygotowując się do swojej roli przeczytałaś książkę Sebastiana Kellera „Niebo. Pięć lat w sekcie”, ale czy interesowałaś się też innymi sektami, jak te z Waco czy Jonestown?

 

 

ZJ: Oczywiście przeczytałam książkę Sebastiana, a biorąc pod uwagę inne, podobne sytuacje interesował mnie mechanizm, powtarzalność schematów. Ale budując Anetę, chciałam zachować jej niewinność – ona nie wie, w co zostaje wciągnięta. Przede wszystkim skupiłam się bardziej na temacie macierzyństwa niż na samej sekcie. Sekta jest dla niej tłem, a nie fundamentem tożsamości.

 

zdj. Borys Borecki

 

MJ: Dla mnie wręcz triggerem, który wyzwolił w niej chęć opuszczenia sekty był moment kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży.

 

 

ZJ: Przede wszystkim Aneta nie dała się zmanipulować tak bardzo jak inni członkowie sekty. Otrzymała wprawdzie poczucie pozornej miłości, którego brakowało jej w domu, ale przez cały czas pozostaje trochę „oczami widza” – patrzy na wspólnotę z dystansem i nie przyjmuje wszystkiego bezkrytycznie. Ten dystans bardzo wyraźnie zbiega się z momentem ciąży. Anetę do sekty wciągnął Sebastian, a kiedy zachodzi w ciążę, jest zmuszona szybko dojrzeć. Zaczyna widzieć fanatyzm i wszystkie negatywne mechanizmy tej struktury, choć nie ma narzędzi, żeby realnie się jej przeciwstawić.

 

 

MJ: Fanatyzm w „Niebie” to nie tylko religia, ale też zatracenie się w idei. Chciałbym na chwilę, trochę prowokacyjnie, odnieść to do zawodu aktorki. Mówiłaś kiedyś, że brak roli potrafisz przeżywać jak żałobę. Czy nie boisz się, że aktorstwo może stać się dla ciebie takim zatraceniem? I co w takim razie jest twoją kotwicą?

 

 

ZJ: Są różne etapy. Czasami bardzo mocno przeżywam odrzucenie. I to słowo dobrze oddaje to, co wtedy czuję: czuję się odrzucona, niewystarczająca. Faktycznie muszę zrobić w sobie mały pogrzeb tej bohaterki. Kiedy dostaję scenariusz i idę na casting, od razu uruchamia się we mnie proces „trawienia” postaci. Traktuję casting jak próbę – już wtedy chcę pokazać, jak rozumiem bohaterkę, jak ją widzę, jaką wrażliwość w niej czuję. Jeśli casting trwa długo, ta postać zdąży się we mnie zakorzenić. A potem przychodzi odmowa. Wtedy trzeba ją w sobie zgasić. Towarzyszą temu różne emocje. Ale jest też druga strona medalu. Czasami mam większą świadomość swojego zawodu i wtedy myślę: „Super, to znaczy, że to nie było dla mnie”. Mam w sobie pokorę i wiem, że nie mogę zagrać wszystkiego. Czasem ktoś inny był po prostu bardziej odpowiedni i to rozumiem. W takich momentach nie zastanawiam się, czego mi zabrakło. Myślę: „Nic mi nie brakuje”. Po prostu nie było dopasowania – z bohaterką albo z resztą obsady, bo chemia między postaciami też jest kluczowa. Nie zagram wszystkiego i nie każdą bohaterkę jestem w stanie zrozumieć. Moimi kotwicami są rodzina i wartości, które mi przekazali. One nie pozwalają mi odpłynąć. Nigdy nie powiem o sobie, że jestem wybitna i że wszystko mi się należy. Bo wtedy bym się skończyła – nie miałabym już dokąd iść. Mam też poczucie ogromnego szczęścia. Oczywiście ciężko pracuję, ale cały czas dostaję szanse od ludzi. Spotykam na swojej drodze osoby, które coś we mnie widzą – i dlatego pracuję, a nie dlatego, że jestem alfą i omegą.

 

 

MJ: Pozwól, że na moment ci przerwę. Słucham cię i nie do końca zgadzam się z tym, że w twoim przypadku to kwestia szczęścia. Mam poczucie, że to przede wszystkim talent i konsekwencja. Ten zawód bywa okrutny nawet dla bardzo dobrych aktorów, ale patrząc z boku, mam poczucie, że twoja droga dopiero się rozkręca. Przepraszam za dygresję, ale chciałem to jasno powiedzieć.

 

 

ZJ: Jest mi strasznie miło i bardzo to doceniam, bo mam w sobie trochę „syndrom oszustki”

 

 

 

MJ: Wiem czym jest syndrom oszusta lub oszustki i w Twoim przypadku to nie oszustwo,  a po prostu talent. Wracając jednak do meritum rozmowy, zauważyłem, że bardzo różnorodnie dobierasz role: od ciężkich dramatów po lżejsze formy. Czy masz jakieś granice – szczególnie emocjonalne? Czy raczej im bardziej „hardkorowa” postać, tym lepiej?

 

 

 

ZJ: Bardzo zależy mi na różnorodności. Nie chcę być zamknięta w jednej szufladzie. Nie chciałabym być aktorką tylko „do zadań specjalnych”, ani taką, która gra wyłącznie ładne, lekkie role. Nie chcę odgrzewać kotletów. Gdybym zagrała bardzo podobną postać do Gity, czułabym się wobec niej nielojalna. Wolę iść na kontrze, szukać innych barw. Jeśli chodzi o granice – nie chcę grać głupich ról. Nie chcę uczestniczyć w projektach, które istnieją tylko po to, żeby „zapełnić ekran”. Intymność można pokazać na wiele sposobów – spojrzeniem, gestem, ciszą. Nie trzeba epatować dosłownością. Najważniejsze są dla mnie: dobry scenariusz, ekipa i sposób, w jaki skonstruowana jest bohaterka. Jeśli jest tylko dodatkiem do mężczyzny albo „kwiatkiem” – dziękuję. Odrzuciłam ostatnio projekt, mimo że byłam już blisko zdjęć. Towarzyszył temu strach, ale wiem, że z perspektywy czasu będę sobie za tę decyzję wdzięczna. Wolę być wierna sobie i swoim wartościom.

 

zdj. Borys Borecki

 

MJ: Mam jeszcze pytanie, które mnie zastanawia. Z tego, co widzę, jesteś na razie znacznie silniej związana z filmem i serialami niż z teatrem. Czy to trafna obserwacja?

 

 

ZJ: Tak, to prawda. Obecnie gram tylko w jednym spektaklu – „Moja wersja prawdy” w Teatrze Garnizon Sztuki. Na początku swojej drogi myślałam, że będę bardziej aktorką teatralną, ale tuż po uzyskaniu dyplomu zagrałam gościnnie w spektaklu w Teatrze Polskim we Wrocławiu, a równolegle pracowałam na planie serialu „Dziewczyna i kosmonauta”. W krótkim czasie poznałam dwa zupełnie różne rodzaje gry. Teatr jest formą szeroką – taką, w której widz w ostatnim rzędzie musi zobaczyć moje intencje. Film jest znacznie bardziej intymny – kamera potrafi uchwycić to, co mam w środku, bo w takiej sytuacji „mówią” oczy. I to właśnie ten rodzaj ekspresji okazał mi się bliższy. Przed kamerą czuję się bardziej prawdziwa.

 

 

MJ: Czyli teatr jest ci obcy?

 

 

ZJ: Absolutnie nie. Nie zamykam się na teatr i zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Bardzo cenię to uczucie, kiedy stoję na deskach i mam bezpośredni kontakt z widzem – energię, która krąży między sceną a publicznością i której nie da się odtworzyć na planie filmowym. Na ten moment jednak bliżej mi do aktorstwa filmowego, choć teatr wciąż pozostaje dla mnie ważnym punktem odniesienia.

 

 

MJ: Skończyłaś szkołę stosunkowo niedawno, a bardzo szybko pojawiły się duże projekty. Wielu aktorów powiedziałoby, że to był błyskawiczny start.

 

 

ZJ: Tak to może wyglądać z zewnątrz, ale rzeczywistość była dużo mniej spektakularna. Przeszłam ogromną liczbę castingów – często do bardzo słabych projektów, reklam, niskobudżetowych etiud, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Robiłam wszystko, co się dało, bo wiedziałam, że nie wiadomo, co i kiedy może przynieść realną szansę. Bardzo dużo poświęciłam: prywatnych relacji, spokoju, stabilności. To nie było siedzenie i czekanie, aż coś „samo przyjdzie”. To była ciężka, momentami frustrująca praca.

 

zdj. Borys Borecki

 

MJ: Zgoda, ale trzeba też jasno powiedzieć: „Infamia” była rolą, która Cię bardzo mocno wypchnęła do przodu. To nie był serial, który przemknął i zniknął – on naprawdę zostawił ślad. Czy Gita jest dla ciebie najważniejszą postacią, jaką do tej pory zagrałaś?

 

 

ZJ: Tak. I myślę, że już zawsze taka pozostanie. Niezależnie od tego, co jeszcze zagram w przyszłości. Porównuję ją do pierwszej miłości – ona mnie ukształtowała. Dzięki Gicie zobaczyłam, jakim typem aktorki chcę być. Nauczyła mnie odpowiedzialności, higieny pracy i szacunku do widza. Dopiero po czasie, z dystansu, w pełni doceniłam to, co się wtedy wydarzyło. W momencie premiery wszystko działo się bardzo szybko i było dla mnie przytłaczające – nawet to dobre przyjęcie. Dziś widzę, jak wiele mi dała ta rola i jak bardzo wpłynęła na dalszą drogę.

 

 

 

MJ: Rozumiem to, ale mam wrażenie, że za kilka czy kilkanaście lat możemy do tego wrócić i wtedy zapytam cię, czy nadal jest najważniejsza.

 

 

ZJ: Jasne. Wierzę, że zagram jeszcze wiele bardzo ciekawych, złożonych bohaterek. Nie mówię, że to był mój szczyt. Chodzi o to, że Gita była pierwsza. Ona mnie „wychowała” jako aktorkę i dlatego zawsze będzie wyjątkowa.

 

 

MJ: Chciałbym teraz przejść w sferę marzeń. Gdybyś mogła sobie pozwolić na pełną fantazję: z kim chciałabyś pracować? Zarówno w Polsce, jak i za granicą.

 

 

ZJ: Nie mam jednego nazwiska. Bardzo dobrze pracowało mi się z Bartoszem Blaschke przy „Niebie. Rok w piekle” – to reżyser, który nie narzuca, tylko zaprasza do współpracy, daje przestrzeń i jest niezwykle empatyczny. Marzę jednak o bardzo różnych doświadczeniach. Chciałabym zagrać coś intymnego, kameralnego – osadzonego w jednym domu, skupionego wyłącznie na emocjach. Ale marzy mi się też kino wielkie, kostiumowe. Nie chcę się ograniczać do jednego nazwiska, bo to, co do tej pory mnie spotykało, często przekraczało moje wyobrażenia. Najważniejsze są dla mnie ludzie: wrażliwi, uważni, kochający ten zawód.

 

zdj. Marcin Makowski

 

MJ: A prywatnie? Jakie kino lubisz, kiedy wracasz do domu i po prostu chcesz coś obejrzeć?

 

 

ZJ: Bardzo lubię kino intymne Joachima Triera. Lubię też filmy Yorgosa Lanthimosa. Czasem lubię po prostu obserwować bardzo odległe ode mnie światy. Ale nie ograniczam się – czasem włączam sitcomy, czasem epickie seriale. Nawet w takich produkcjach jak „Gra o tron” najbardziej interesuje mnie to, co aktorzy mają w oczach, a nie kostiumy czy rozmach. A czasem, kiedy jestem bardzo zmęczona, włączam odcinek „Friends”. I to też jest w porządku.

 

 

MJ: Na koniec zapytam cię o coś bardzo prostego i standardowego – czy czujesz się już popularną aktorką?

 

 

ZJ: Nie. Będąc w Warszawie zupełnie nie. Czasami jak jestem gdzieś na jakimś szlaku w górach, ludzie się zatrzymują i chcą zrobić ze mną zdjęcie, natomiast nie jest to uciążliwe, jest to miłe, ale ja też bardzo cenię sobie ten czas, kiedy jestem poza ekranami.

 

 

MJ: Słuchając cię, mam wrażenie, że mimo młodego wieku masz bardzo dużą świadomość siebie i tego, w którym miejscu jesteś. A jednocześnie zostawiasz sobie przestrzeń na błąd, na zmianę, na rozwój i nie brylujesz na „ściankach”.

 

 

ZJ: Bo ja naprawdę czuję, że jestem na początku drogi. I to mnie uspokaja. Nie muszę wszystkiego wiedzieć, nie muszę wszystkiego zagrać i nie muszę nikomu nic udowadniać na siłę. Jestem raczej introwertyczką i lubię często pobyć sama bez błysku fleszy.

 

 

MJ: I to jest bardzo dobra puenta – bo w świecie, który ciągle każe przyspieszać i coś udowadniać, brzmi jak rzadko spotykany luksus – spokój na starcie. Dziękuję ci za tę rozmowę – przede wszystkim za szczerość i uważność. To bardzo cenne w dzisiejszych czasach.

 

 

ZJ: Ja również dziękuję. To była bardzo merytoryczna rozmowa.

 

 

Rozmawiał Mariusz Jagiełło

 

 

 

Obserwuj nas w mediach społecznościowych:

👉 Facebook

👉 Instagram

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020