IKS

Zu – „Ferrum Sidereum” [Recenzja] Wyd. House of Mythology

Zu tworzą swoje muzyczne uniwersum już od końca lat 90. Muzyka grupy założonej w nadmorskiej rzymskiej dzielnicy Ostia od początku wymykała się łatwej klasyfikacji gatunkowej. Trio obsługujące saksofon, gitarę basową i perkusję tylko pozornie mogło kojarzyć się z jazzem, gdyż stawiali zawsze w komponowaniu na poukładane, czasem wręcz matematycznie, struktury. Gdyby dodać do tego punkową niesforność, noise-rockową dzikość i ciężkie metalowe brzmienie, w dużym uproszczeniu można zarysować muzykę zespołu mniej więcej do wydanego w 2015 roku „Cortar todo”. Oczywiście nie licząc wielu wydawnictw nagranych w kolaboracjach z takimi muzykami, jak choćby Damo Suzuki, Mats Gustafsson, Eugene Robinson, Ken Vandermark, Hamid Drake, Nobukazu Takemura, Dälek, czy Eugene Chadbourne, gdzie do świata Zu wpuszczana była zewnętrzna wrażliwość.

Trio bardzo chętnie współpracuje z innymi artystami i nawet na albumach sygnowanych tylko ich nazwą można odnotować liczne występy gościnne, czego najlepszym przykładem jest obecność Mike’a Pattona na najpopularniejszym jak dotąd „Carboniferous”. Ostatnie dziesięć lat to z kolei okres eksperymentów. To dwie płyty, na których zespół skupił się na spokojniejszych brzmieniach elektronicznych, eksplorując różne podgatunki ambientu, oraz neofolkowa kolaboracja z Current 93. Co znajduje się na nowym albumie? W sumie po trochu wszystkiego z powyższych stylów, z dwiema podstawowymi różnicami. Mnogość pomysłów została okiełznana za pomocą starych dobrych rozwiązań rocka progresywnego, którego elementów jest więcej niż dotychczas, choć wciąż nie w sposób dominujący. A cała ta praca została wykonana przez trzy osoby – tym razem do pokaźnej listy nazwisk Zu nikogo nie dopisali – zajęli się tym imponującym 80-minutowym albumem samodzielnie.

 

Zaczyna się od noise’owo-ambientowego pomruku, do którego dołącza cała trójka muzyków, kolektywnie wybijająca rytm na swoich instrumentach, by rozjechać się w różne strony, nie zapominając jednak o sobie nawzajem. „Charagma” pełna jest klasycznie dla Zu połamanej rytmiki, którą zespół już na początku albumu uspokaja fanów kręcących nosem na nietypowe dla grupy trzy ostatnie płyty wydane przez House of Mythology. Kolejna „Golgotha” tym bardziej ich ucieszy, to Zu z okresu swoich najlepszych lat, pełna brutalnych, ciężkich i progresywnych dźwięków. Choć słychać zmianę, bo utwór pozornie brzmiący klasycznie dla grupy jest wzbogacony dużą ilością syntezatorów, elementami tribalowego ambientu, przećwiczonego na poprzednich albumach – „Jhator” i „Terminalia Amazonia”.

 

Foto. Marco Franzoni

 

Jednocześnie ciężki, ale dość przebojowy, jak na Włochów, jest kolejny „Kether”, o mniej skomplikowanej rytmice, plemiennych bębnach i głębokich, psychodelicznych syntezatorach w drugiej połowie kompozycji. Nic dziwnego, że tak chwytliwy utwór został jednym z singli promujących tę płytę. „A.I. Hive Mind” za to przytłacza swoją djentową mocą i gęstością, a dla równowagi przełamywany jest lżejszymi partiami gitary akustycznej. To kolejna pozostałość po jednym z poprzednich albumów, wspomnianym już „Mirror Emperor”, nagranym wraz z Current 93. To utwór o największych wahaniach intensywności, prawdziwa sinusoida, w cięższych fragmentach podkreślana jeszcze noise’ową ścianą dźwięku i industrialnymi uderzeniami.

Dość spokojnie zaczyna się „La donna vestita di sole”, długie syntezatorowe intro przypomina jakiś monumentalny utwór szkoły berlińskiej, ale po paru minutach pojawiają się charakterystyczne dla Zu połamane struktury. Choć bliżej końca wraca podniosłość, znów budowana klawiszowymi pasażami, a pozostałe instrumenty tworzą pewne repetycje, prezentując w rezultacie dociążoną formę krautrocka. Powtarzalność rytmiczna pojawia się też w kolejnych utworach – „Pleroma” i „Fuoco Saturnio”. Pierwszy obudowany jest niepokojącymi elektronicznymi dźwiękami, drugi, o djentowej rytmice – histerycznymi partiami saksofonu. Oba są pełne dramatyzmu w finiszach. Zu w ogóle na tym albumie dłużej buduje historie. W dawniejszych latach, gdy grali tak gęstą muzykę, zamykali się w czterech czy pięciu minutach w obrębie jednej kompozycji. Teraz potrzebują dwa razy więcej czasu, ale te opowieści wydają się pełniejsze.

 

Plakat promujący koncert 𝗭𝗨 oraz Allarme w Hydrozagadce, Org. Swamp Booking, Deerhunter Booking i SVMERKI

 

Ten niemal trzydziestoletni zespół wyraźnie dojrzał. Właściwie w drugiej połowie płyty przestają, poza naprawdę okazjonalnymi wybuchami, skupiać się na hałasie, idąc w stronę wydłużonego budowania napięcia. Doświadczenia wyniesione z „Jhator” i „Terminalia Amazonia” zaowocowały umiejętnym rzeźbieniem dźwięku w długich formach muzycznych. Utwory zyskały na wyrafinowaniu i epickości. Już sam tytuł przedostatniej regularnej kompozycji – „Hymn of the Pearl” – podpowiada, w jakiej atmosferze spędzimy te dziewięć minut. Kończące tytułowe „Ferrum Sidereum” to już monumentalna ściana, pełna ciężaru oraz noise’owych wyładowań i sprzężeń. A wieńcząca utwór kakofoniczna solówka na saksofonie i wściekła sekcja rytmiczna dowodzi, że Zu, choć dojrzało i nabrało trochę ogłady, chyba nigdy całkiem nie spokornieje.

 

To być może najlepszy album grupy. Słychać na nim nie tylko to, co zespół wypracował przez te wszystkie lata, doskonaląc swoje brzmienie i flirtując z różnymi gatunkami muzycznymi, ale i umiejętne łączenie doświadczeń z albumów kolaboracyjnych. Bo dalej słychać tu pierwotną dzikość i bezpretensjonalną potrzebę tworzenia muzyki, ale wszystko zaaranżowane jest z niespotykaną wcześniej u Zu gracją, której efektem jest prawdopodobnie ich najbardziej przystępny album. Album, który polubią starzy fani formacji, czekający zapewne od dziesięciu lat na wydawnictwo „w starym stylu”. Ale i album, który może być dla zespołu otwarciem również na nowych odbiorców, którzy na „Ferrum Sidereum” mogą dostać wszystko to, co w Zu najlepsze.

 

Między innymi o tworzeniu i nagrywaniu nowego albumu, a także o nadchodzącej trasie koncertowej zespołu miałem okazję porozmawiać z Massimo Pupillo, basistą i współzałożycielem grupy. Wywiad do przeczytania tutaj.

 

Adrian Pokrzywka

 

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek. Płytę na CD możecie kupić w sklepie Mystic Productions (tutaj)

Obserwuj nas w mediach społecznościowych:

👉 Facebook

👉 Instagram

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020