IKS

Megadeth – „Megadeth” [Recenzja] dystr. Mystic Production

Czy ktoś jeszcze wierzy w bajki o „pożegnalnych trasach” i „ostatnich albumach”? Ile razy już to przerabialiśmy? Nauczyłem się podchodzić do tego typu deklaracji z bardzo dużym dystansem – niestety większość z nich kończy się kolejnym „zaskakującym” powrotem po latach. Jak zaczyna brakować kasy, to udaje się przywrócić do życia każdego trupa… Prawda jest brutalna – w branży muzycznej trupów się nie chowa, tylko czeka się na odpowiedni moment, żeby je reanimować (nasza relacja z koncertu Pantery tutaj). Ale trudno się dziwić… Fani i tak bez opamiętania rzucają się na powrót swoich idoli, nie bacząc na ceny biletów. Dlaczego o tym piszę? Na sklepowe półki trafił właśnie siedemnasty studyjny album Megadeth, który ma wieńczyć ponad 40-letnią karierę formacji – a cała machina promocyjna opierała się właśnie na takiej retoryce. Ostatni album, ostatnia trasa, ostatni rozdział… Brzmi jak naprawdę poważna deklaracja. Czy staruszek Mustaine – jako nieliczny – pozostanie wierny swoim zapowiedziom? Czy może złamie się równie szybko jak koledzy po fachu ze Slayer?… Czas pokaże. Ale jedno jest pewne – nawet jeśli za parę lat Megadeth cudownie „zmartwychwstanie”, to przynajmniej będą mieć co dorzucić do koncertowych setlist, bo siedemnasty studyjny krążek ma kilka naprawdę niezłych momentów. Ale czy „Megadeth” – bo tak właśnie nazwano album – wyróżnia się czymś szczególnym na tle bogatej dyskografii prekursorów thrash metalu? Czy jest w nim coś – poza tym, że ma być tym „ostatnim” – co zapisze go na kartach historii?

Spotkałem się z argumentem, że przy tworzeniu płyty, która ma wieńczyć historię zespołu z tak bogatym dorobkiem jak Megadeth, aż się prosiło, żeby do studia ściągnąć kilku starych kumpli… nawet w roli gości specjalnych. I jeżeli spojrzeć na to pod szerszym kontem, to faktycznie Mustaine miałby w kim wybierać. Wszak przez Megadeth przewinął się cały tabun doskonałych muzyków (między innymi David Ellefson, Marty Friedman, Chris Poland, Kiko Loureiro, czy świętej pamięci Nick Menza). Ellefson nawet przebąkiwał, że chciałby wziąć udział w tym pożegnaniu, w końcu był jednym z ojców założycieli, którzy powołali do życia formację 43 lata temu. Sentyment sentymentem, ale w Megadeth to Mustaine trzyma władzę, i wygląda na to, że nie ma zwyczaju ponownie otwierać raz zamkniętych drzwi. A te z hukiem zatrzasnęły się, gdy w 2021 roku do sieci trafiły krępujące nagrania z Ellefsonem w roli głównej. Zakończyło się to sporym skandalem wizerunkowym i szybkim usunięciem źródła problemów z formacji. Ale lista eksczłonków grupy, którzy potencjalnie mogli pojawić się na pożegnalnym wydawnictwie była znacznie dłuższa. Wystarczy przypomnieć Marty’ego Friedmana, fenomenalnego gitarzystę znanego ze złotego okresu formacji, który nawet pojawił się gościnnie z zespołem na koncertach w 2023 roku. Mustaine postanowił obrać jednak kompletnie inną drogę. Zamiast powalczyć o udział eksczłonków na pożegnalnym albumie, wolał skupić się na obecnym składzie – z którym wyraźnie czuje się dobrze i w którego umiejętności bezgranicznie wierzy. I trudno mu się dziwić – choć dla mnie „Megadeth” brzmi nieco generycznie, to od strony technicznej jest albumem stojącym na bardzo wysokim poziomie. Największą frajdę przy odsłuchu dały mi właśnie te wszystkie techniczne popisy i solówki. I jest to bez wątpienia zasługa całego zespołu, którego członkowie doskonale się uzupełniają.

 

Zdjęcie: Ross Halfin

 

Poza Mustainem obecny skład tworzą basista James LoMenzo (znany między innymi z płyt „United Abominations” oraz „Endgame”), perkusista Dirk Verbeuren (10-letni staż za garami w Megadeth) oraz świeży nabytek – gitarzysta Teemu Mäntysaari. Wygląda na to, że „Megadeth” będzie pierwszym i ostatnim albumem formacji z jego udziałem. Muszę przyznać, że gdzieś z tyłu głowy kołacze mi się nadzieja, że Mustaine zwyczajnie blefuje z tym definitywnym końcem. Bo ten skład działa jak perfekcyjnie naoliwiona maszyna. Sekcja rytmiczna LoMenzo/Verbeuren robi fenomenalną robotę, a Temmu niejednokrotnie bryluje w solowych partiach – na tej płycie widać, jak ogromny potencjał drzemie w tej odsłonie Megadeth.

Mäntysaari, który szlifował styl w fińskiej symfonicznej melodyjnej deathmetalowej formacji Wintersun, dwoi się i troi, by dorównać swoim poprzednikom. I jest na „Megadeth” mnóstwo momentów, gdzie naprawdę mu się to udaje. A przy okazji dodaje do materiału trochę świeżych pomysłów (należy nadmienić, że Teemu jest wymieniony jako współtwórca większości kompozycji na płycie). Wystarczy posłuchać jego solówek w „I Don’t Care”, „Obey the Call” czy popisów na gitarze akustycznej w „The Last Note”. Wstydu nie ma! Mäntysaari świetnie radził sobie już na koncertach, ogarniając nawet najbardziej złożone riffy i solówki klasyków Megadeth, jak choćby „Hangar 18”. (nasza relacja z ostatniej wizyty Megadeth w Polsce -> TUTAJ). Może to tylko moje wrażenie, ale wszystko wskazuje na to, że Mustaine mógł właśnie trafić na największy talent od czasów Friedmana. Wiele można zarzucić Rudemu, ale trzeba przyznać, że zawsze miał rękę i intuicję do wyszukiwania świetnych muzyków do swojej kapeli (złośliwy powiedzieliby – do swojego solowego projektu).

 

Do koncertowej formy Megadeth jeszcze nie raz przyjdzie nam wracać – w końcu pożegnalna trasa ma trwać trzy długie lata i obejmie również przystanek w Polsce na Mystic Festival. Jednak zanim zespół po raz ostatni wyruszy w drogę, Mustaine obrał sobie jeden kluczowy cel. Zakończyć temat płyt studyjnych i nagrać ostatni retrospektywny album, który zabierze fanów w podróż przez czterdzieści lat historii jego formacji. Coś na kształt muzycznego pomnika wieńczącego karierę. I trzeba przyznać, że skubaniec nieźle to sobie wykombinował – w niespełna pięćdziesięciu minutach muzyki udało mu się upchnąć właściwie cały dorobek życia. Mamy tu praktycznie wszystko: od thrashowych początków (zahaczających nawet o okres sprzed powstania Megadeth – tak, mowa o „Ride the Lightning”), przez bardziej komercyjne brzmienie złotej ery, eksperymenty z przełomu mileniów, aż po współczesne oblicze zespołu, znane z albumów takich jak „Dystopia” czy „The Sick, the Dying… and the Dead!”. W efekcie otrzymujemy album, który łączy wszystkie te elementy w formie bezpiecznej i zachowawczej, ale też świadomie przemyślanej. Oczywiście, Mustaine z kolegami nie odkrywają tu Ameryki na nowo – a co najważniejsze, nie udają, że taki był ich cel. I już samo to można uznać za spory plus.

 

 

Najmocniejsze fragmenty? „Tipping Point”, czyli utwór otwierający, to sto procent Megadeth w Megadeth – i nic dziwnego, że wybrano go na pierwszy singiel promujący. To jeden z wielu momentów na płycie, w których Mustaine sięga po sprawdzone patenty ze złotych lat swojej działalności: dynamiczne zmiany tempa i szalone solówki, które momentami mogą przywodzić na myśl „Rust in Peace” czy nawet „Peace Sells… but Who’s Buying?”. Czyli to za co fani pokochali formację. „Made to Kill” jest pełne intensywnej thrashowej energii. Może nie jest to kompozycja szczególnie odkrywcza, ale podobnie jak „Tipping Point”, z pewnością dostarczy frajdy tym, którzy domagają się od Megadeth solidnego łomotu – a jest ich cała masa. Osobiście mam słabość do singlowego „Puppet Parade”, utrzymanego w bardziej zrównoważonym, umiarkowanym tempie. Kawałka z tak dużą dawką bezczelnej przebojowości, że niejednemu thrashmetalowemu puryście zjeży się włos na głowie.

Kolejny singiel, czyli „Let There Be Shred” przyciąga świetnym riffem i energetycznym groovem, choć jego warstwa liryczna pozostawia wiele do życzenia. Mimo to utwór broni się charakterem i pozostaje jednym z ciekawszych fragmentów na płycie. Zakorzenione w punk rocku „I Don’t Care” to kolejna kompozycja, która prezentowałoby się o niebo lepiej, gdyby nie prosty jak konstrukcja cepa tekst. Na szczęście całość ratują bezbłędne techniczne solówki. Jeśli spojrzymy na tekst „Hey, God?!” w kontekście wiary Mustaine’a – nawróconego katolika (ciekawy tekst o wierze Dave’a tu) – trudno oprzeć się wrażeniu, że banalniejszego nie dało się napisać. „Hej, Boże. Potrzebuję chwili twojego czasu. Wiem, że ostatnio mnie brakowało. Miałem mnóstwo spraw na głowie” . Kiepsko wypada również „I am War” , które jest chyba najbardziej bezpłciowym kawałkiem na albumie. Jednak, żeby nie być całkowicie krytycznym w kwestii zdolności tekściarskich Mustaine’a, trzeba przyznać, że na „The Last Note” poradził sobie zaskakująco dobrze. Utwór ma w sobie sporą dawkę melancholię i refleksyjny ton, który w kontekście płyty pożegnalnej sprawdza się bardzo dobrze.

 

Plakat promujący występ Megadeth na Mystic Festival 2026

 

Wokalnie bywa różnie. Ale czy forma Mustaine’a powinna kogokolwiek dziwić? Dave ma za sobą ponad cztery dekady na scenie, intensywne życie pełne używek i poważną walkę z rakiem krtani – i właśnie to wszystko słychać na tym albumie. Czuć zmęczenie, które z pewnością było jednym z powodów, dla których podjął decyzje o zakończeniu działalności. Jednak mimo to, partie wokalne na „Megadeth” zostały tak skonstruowane, by nie wykraczać poza jego aktualne możliwości.

Fragmenty mówione i półrecytowane pozwalają maskować ograniczenia, bez niepotrzebnego forsowania głosu… I ma to sens, bo większość kawałków słucha się naprawdę przyzwoicie. Patrząc na album chłodnym okiem, słabo wypada bonusowe „Ride the Lightning”. Jednak trudno oceniać tę wersję wyłącznie w kategoriach muzycznych, bo jej znaczenie jest przede wszystkim symboliczne. Niestety, według mnie, wokale Mustaine’a w tym utworze bywają męczące, a całość niestety nie dorównuje oryginałowi. Z drugiej strony, trudno odmówić tej wersji szczerości – to nie próba konkurowania z Metalliką, lecz osobisty komentarz człowieka, który przez lata żył w cieniu tej historii. Jeśli Mustaine potrzebował zamknąć ten rozdział właśnie w taki sposób, trudno mieć mu to za złe. Nawet jeśli artystycznie jest to element dyskusyjny i dla mnie osobiście zbyteczny, wpisuje się w narrację albumu. Co więcej, wspólnie z „Mechanix” z debiutu, spina klamrą historię Megadeth.

 

Czy krążek ma szansę rywalizować z klasykami pokroju „Rust in Peace”, „Peace Sells… but Who’s Buying?” czy „Countdown to Extinction?” Odpowiedź jest prosta: Nie! Ale to już wiecie z dziesiątków tekstów o tym albumie, jakie pojawiły się w sieci. Czy warto sięgnąć po to wydawnictwo? Zdecydowanie tak. Pomimo że nie jest to album idealny, na wielu płaszczyznach pozostawiający pewien niedosyt, to czuć bijącą z niego autentyczność. Serce włożone przez każdego z członków formacji z osobna w jego nagranie. Jeśli to faktycznie ostatni rozdział, Megadeth zamyka go bez wyraźnych potknięć. Zespół utrzymuje poziom wypracowany na wcześniejszych wydawnictwach, zachowując swoje podstawowe atuty: energię, sprawne wykonanie i rozpoznawalny styl. Tylko czy Dave Mustaine naprawdę da radę zejść ze sceny bez bisów? Zobaczymy…

 

Grzegorz Bohosiewicz

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek. „Megadeth” we wszystkich formatach, możecie nabyć w sklepie Mystic Productions  tutaj 

 

Obserwuj nas w mediach społecznościowych:

👉 Facebook

👉 Instagram

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020