Yawning Man to formacja, która zdaje się istnieć od zawsze. Prawie 40 lat na scenie, chociaż na pierwsze nagrania trzeba było czekać niemalże 20 lat. To właśnie ich desert rock, grany dosłownie na pustyni w kalifornijskim Palm Desert, dał światu stoner, inspirując takich klasyków, jakimi byli Kyuss. Żeby było zabawniej: pierwszy nagrany utwór Yawning Man nie został uwieczniony przez nich, a przez Kyussa właśnie. Jest to utwór „Catamaran” z „…And the Circus Leaves Town” w formie coveru.
Zdaje mi się, iż zespół istnieje od zawsze, ponieważ debiutancki album „Rock Formations” z 2005 roku odkryłem niezwykle dawno temu, chociaż nie pamiętam w jakich okolicznościach i kiedy dokładnie. Sam zespół przebył naprawdę długą drogę przez te niemalże 40 lat kariery, podczas której muzycy pokazali, jak różnorodną muzyką jest desert rock. „Pavement Ends” ukazuje bardziej post-rockowe oraz psychodeliczne oblicze zespołu. Pomimo bycia albumem w 100% instrumentalnym, bez żadnych wokali, snuje on niespieszną, pełną emocji oraz przepiękną (chociaż niepozbawioną mroku) opowieść o pustyni. Muzyka płynie od samego początku do końca, roztaczając przed wyobraźnią słuchacza kaniony, wydmy, kaktusy, kamieniste wzniesienia, tunele, wąwozy… Muzyka prowadzi słuchacza przez tereny, gdzie kończy się chodnik, a zaczyna dzikość przyrody, możliwe, że nietkniętej przez ludzką rękę. Zespół poprzez dźwięk tworzy tu niezwykle realny pustynny mikrokosmos.

W ciągu tych 37 minut trzy instrumenty: gitara, bas oraz perkusja wodzą słuchacza za uszy i nie pozwalają się ani przez chwilę nudzić. Gitara nie wygrywa tutaj mocarnych mamucich riffów: przez praktycznie cały czas trwania albumu tworzy piękne, pełne przestrzeni melodie, które niezwykle poruszają wyobraźnię. Da się w tym graniu wyczuć dużo inspiracji przestrzenią oraz dźwiękiem niosącym się hen daleko w pustkę. Znajdziecie tutaj też nieco shoegaze’owych akcentów w tych bardziej onirycznych, marzycielskich momentach, kiedy to, co nierzeczywiste, spotyka się z tym, co realne.
Riffowy obowiązek spada na bas, który brzmi tu niezwykle wyraziście i tworzy całkowity kontrast do marzycielskiej pracy gitary. Linie basowe są raz punktowe, raz płynne, brzmią nisko oraz soczyście i nieco bluesowo. Tak jak gitara nadaje tu bardziej postowo-shoegaze’owego sznytu, tak bas pokazuje ten bardziej piaszczysty i stonerowy aspekt gry. Każde uderzenie niesie ten charakterystyczny ciężar oraz moc. Perkusja z kolei uwypukla psychodeliczny aspekt dzieła. Nie boi się przejść, nie boi się eksperymentów, nie boi się połamanych dźwięków. Nie jest elementem tła, wychodzi naprzód i podobnie jak każdy inny instrument na albumie: jest instrumentem prowadzącym. Nadaje też płycie rytualny klimat.
Z połączenia tych trzech światów powstało „Pavement Ends”. Album pełen przestrzeni, emocji, niezwykłych krajobrazów oraz surowego piękna natury na pograniczu snu oraz jawy. Jest to też jedno z tych dzieł, które lecą u mnie w całości, od początku do końca. Gdy tylko usłyszę pierwsze dźwięki, to przepadam całkowicie w tym pustynnym klimacie. Polecam każdemu dać się zabrać na pustynię przez Yawning Man.
Marek Oleksy ( Gruz Culture Propaganda )
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek. Album możecie nabyć na bandcamp (tutaj)
Obserwuj nas w mediach społecznościowych: