Od zawsze, tj. od czasu debiutu pt. „Taking Shape”, zespół Pure Bedlam umiał w balans. W balans między melancholią a ciężarem, między melodią a mocnym riffem, między szeptem a krzykiem, między smutkiem a kręceniem beki i puszczaniem oka do słuchacza. Na najnowszym „Jubilance” osiągnął w tej dziedzinie prawdziwe mistrzostwo. Tak, ci faceci to Cholerni Mistrzowie Balansu. A „Jubilance” już w styczniu zgłasza bardzo poważny akces do płyty roku 2026.
Przesadzam? Ten album nie ma w mojej ocenie słabych momentów. Słuchałem go wielokrotnie i żaden z numerów nie wymaga wciśnięcia „skip”. Dziesięć bardzo dobrych piosenek i szalenie przyjemne, nastrojowe intro, którego nie powstydziłby się nawet Noon z epoki „Bleak Output”. Wysoka jakość tej muzyki zrobi na słuchaczu tym większe wrażenie, kiedy odkryje, z jak wielu smaków się składa. Alternatywa, metal, grunge, post-rock, post- hardcore i post-wszystko… A jednocześnie to wszystko brzmi bardzo spójnie i smakuje naprawdę wybornie.
Źródeł tak wielu różnych wpływów i inspiracji można poszukać w muzycznych życiorysach Bedlamów. Adam Szopa, gitarzysta i główny kompozytor materiału, to człowiek wywodzący się z post-rocka. Jego In2Elements to piękne, rozbudowane i klimatyczne kompozycje. Ale piosenkowa formuła Pure Bedlam mu służy. Adam nie ma tutaj tyle miejsca i czasu, żeby układać, misternie konstruować, burzyć i odbudowywać atmosferę. A że komponować umie, to wiadomo od dawna. Przyniósł wyborne riffy na „Jubilance” i nie zapomniał zostawić innym miejsca, żeby też coś tam pograli. A do tego mamy tu sporo elektronicznych smaczków, bicików i innych tego typu bajerków. Czapki z głów, Adam. Pokazałeś na tej płycie swoją klasę.

Bardzo lubię Kamila Rutkowskiego i Piotra Szopę. Mam z nimi wspaniałe wspomnienia – zarówno z naprawdę wielokrotnie katowanych poprzednich płyt PB: i debiutu, i drugiego „The Sightseer”, a także wielu koncertów zespołu, w których miałem przyjemność uczestniczyć. Docierające do mnie wieści, że rozstali się z zespołem, smuciły i przynosiły niepewność co do dalszych losów kapeli. Okazało się, że niepotrzebnie. Znani przede wszystkim z Origins of Escape Maciej Terlecki (perkusja i synthy) oraz Tomasz Kot (bas) grają wybornie. Jest groove, jest ciężar, są fajne rytmiczne połamańce. Naprawdę czekam, żeby tej drużyny posłuchać na żywo.
Wojtek Kałuża zasługuje na osobny akapit. Uważam, że „Jubilance” to jak dotąd jego opus magnum. A przecież ilość zespołów, w których się udzielał, i płyt, które nagrał, jest poważna. Weźmy sobie taki „It Stops When I Say It Does” – czysty, ładny, może nawet nieco popowy śpiew. A potem ten jego potężny wygar w refrenie… Wojtek na tej płycie stał się kompletnym wokalistą rockowym. Szepcze, melodeklamuje, krzyczy. Potrafi czarować – jak w nastrojowym „Your Graceful Ruination”, potrafi eksperymentować z efektami – jak w moim ulubionym i nieco toolowym „Isolation Is Bliss”, potrafi być momentami naprawdę brutalny – jak w singlowym „Sober and Difficult”. Popularny Suseł sam pisał na swoich socialach, że to być może jego najlepsze dzieło. Moim skromnym zdaniem ma rację. Do tej pory nie miałem okazji przeczytać tekstów z tej płyty. Kierując się ograniczonym zaufaniem do moich uszu, pokuszę się o stwierdzenie, że to najbardziej osobista liryka w karierze Wojtka. Tu naprawdę jest sporo rozliczeń z najbliższym światem, gorzkich i celnych obserwacji, czasem złośliwych komentarzy. Mam wrażenie, że dużo w tym autoironii. To naprawdę dobrze współgra z muzyką na tym albumie.
Kilka zdań o gościach: Anna Truszkowska z Domu Złego pokazała w „Your Own Cup of Stars” swoje całkiem inne oblicze. Aniu, znowu masz moją uwagę i liczę, że to nie koniec eksperymentów z takim zmysłowym wokalem. Na płycie pojawia się także Maciej Karbowski z Tides From Nebula – w utworach „Houseburning Party” i „Isolation Is Bliss”. Zakładam, że w czasie rejestrowania materiału w Nebula Studio nie mógł się zwyczajnie powstrzymać przed dorzuceniem swoich trzech groszy i – jak mawiał klasyk – „ja się nie dziwię się”.
Pokuszę się o tezę, że tytuł płyty wziął się z tego, że chłopaki naprawdę wybornie się bawili w czasie jej tworzenia i nagrywania. Pozwolili sobie na naprawdę wiele. Mieszają ze sobą wszystko, co jest wciąż fajne w muzyce rockowej, nie bojąc się ani chwytliwych refrenów, ani gitarowych ścian dźwięku. Bywa szybko, bywa wolno. Raz przywalą między oczy, raz zagrają akustycznie przy ognisku, jak w „Keep This House Ablaze”. Jest elektronika, są klawisze. Są śpiewy, szepty, krzyki. Są pomysłowo złamane tempa. A to wszystko tak siedzi i tak do siebie pasuje, że jest to momentami aż niewiarygodne.

Na początku czerwca 2023 r. Pure Bedlam grał z Fish Basket i Tides From Nebula koncert w chorzowskiej Leśniczówce. Już wtedy usłyszałem „Sezam, nowa płyta będzie na maksa deftonsowska!”. Ja bardzo kocham Deftones, a oni o tym dobrze wiedzą. Ale ja bym tak tego albumu nie klasyfikował. Bo to tylko jedno z wielu źródeł inspiracji. Pisałem już wyżej, że wyczułem Toola. Ale wyczuwam też momentami The Cure. A czasem Korna. Bywa, że basik chodzi jak w Joy Division. Do czego zmierzam? To jest płyta Pure Bedlam. Tak gra Pure Bedlam. To jest styl Pure Bedlam. W całej masie komplementów, które w tym tekście kieruję pod adresem tego zespołu, ten jest być może największy.
Po którymś przesłuchaniu albumu zacząłem się doszukiwać w jego tytule, ułożeniu i nazwach numerów głębszej koncepcji. Popatrzcie sami: intro to „Playing With Matches”. Ta niebezpieczna zabawa prowadzi wprost do singlowego „Houseburning Party”. Wiadomo, że to z kolei wiąże się z „Emergency Lights”. Kolejny dzień może być faktycznie „Sober and Difficult”… choć wciąż masz „Your Own Cup of Stars” w swojej „Isolation Is Bliss”. Kiedy ta izolacja się skończy? „It Stops When I Say It Does”. Potem z tego melanżu i kaca pozostaje wyłącznie „Your Graceful Ruination” oraz „No Save Points”. No to „Keep This House Ablaze”, żeby głównym bossem nie okazała się przeciętność… Może za bardzo się wczuwam i szukam czegoś, czego nie ma. A może odkryłem klucz do zrozumienia, czym jest „Jubilance”. Zapytam o to chłopaków przy najbliższej okazji. Choć wiem, jak bardzo kochają pytania pt. „czy wasz album to koncept album?” Podsumowując: „Jubilance” to cholernie dobra płyta. Mam nadzieję, że namiesza na niezależnej scenie mocno, a chłopaki będą dużo i często ogrywać ją na żywo. Dla mnie to będzie ścisła topka abumów tego roku. A nie wykluczam, że zajmie pierwsze miejsce.
Michał „Sezamek” Borowski (Godzina Sezamkowa)
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.
Obserwuj nas w mediach społecznościowych: