Phil Campbell wraz z The Bastard Sons powracają do Polski tym razem z wyjątkową, celebrującą 50-lecie Motörhead trasą koncertową, w ramach której zagrają u nas dwa razy – 2 grudnia w poznańskim klubie 2Progi oraz dzień później, 3 grudnia, w warszawskiej Proximie (organizatorem wydarzeń jest Winiary Bookings). Na chwilę przed rozpoczęciem tego touru miałam okazję i wielką przyjemność spotkać się z wieloletnim gitarzystą zespołu Lemmy’ego Kilmistera i porozmawiać m.in. o sile i wielopokoleniowości ich muzyki, ostatniej płycie, Rock and Roll Hall of Fame oraz – oczywiście – nadchodzących koncertach i tym, czego możemy się na nich spodziewać (a także na co nie mamy co nawet liczyć). Pogadaliśmy również o samych The Bastard Sons i ich – jak się okazuje pracowitych! – planach na przyszłość. W wywiadzie pojawili nam się też Slash, Guns N’ Roses i nawet… mój rodzony, starszy brat. W jakich okolicznościach? Zachęcam do sprawdzenia!
Magda Żmudzińska: Już niebawem, na początku grudnia, ponownie zawitacie do Polski. Zagracie tu nie jeden a dwa koncerty, a zatem będziecie mieli dwa razy więcej czasu na…
Phil Campbell: Pierogi!
MŻ: Tak właśnie myślałam! (śmiech)
PC: Powinniście je wpisać na listę Waszych skarbów narodowych, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Dla nich samych warto tu wracać, zawsze! Ale nie tylko oczywiście – tak już całkiem serio, to uwielbiam przyjeżdżać do Polski ze względu na świetną, mocno hardrockową publiczność. Granie dla polskich fanów to czysta przyjemność, za każdym razem spotykaliśmy się tu z absolutnie fantastycznym przyjęciem – tak było z Motörhead, tak było i jest z The Bastard Sons. Ogromnie się cieszę, że znowu mogę Was odwiedzić i spędzić tu nieco dłuższą niż przy pojedynczych gigach chwilę – no i dzięki temu więcej też zjeść (śmiech)
MŻ: Miło mi to słyszeć! W trasie towarzyszyć Wam będzie nowy wokalista – Julian Jenkins. Z tego co wiem jest to tymczasowa współpraca wyłącznie na potrzeby tego touru, przynajmniej póki co. Myślisz, że może przerodzić się w coś bardziej stałego?
PC: Tego nie wiem. Julian jest bardzo dobrym wokalistą i super gościem, ale ma też swój własny band, który nazywa się Fury. Nie zdecydowaliśmy jeszcze niczego tak naprawdę w tej kwestii, ale na pewno niebawem będziemy musieli zmierzyć się z tym tematem, dlatego, że po powrocie z aktualnej trasy – gdy będziemy mieli trochę wolnego czasu w pierwszych miesiącach 2026 roku – będziemy chcieli zacząć już prace nad nowym albumem.

MŻ: Nowa płyta na horyzoncie to jest dla nas bardzo dobra wiadomość! Ze wszystkim będziecie ruszali od zera czy może jakieś pomysły na ten materiał macie już zarejestrowane?
PC: Mamy wstępne zarysy ośmiu czy dziewięciu utworów, ale każdy z nich jest tak naprawdę dopiero w połowie gotowy, a wszelkie nagrania – jeśli jakieś w ogóle robiliśmy – są jeszcze totalnie surowymi, roboczymi. Wrzuciliśmy te pojedyncze rzeczy na taśmę, żeby po prostu o nich nie zapomnieć i wrócić do właściwej pracy nad nimi dopiero gdy nadejdzie odpowiednia pora. Oczywiście od zakończenia nagrań do wydania albumu upływa też zawsze około czterech miesięcy, myślę więc, że całość ukaże się dopiero w drugiej połowie roku, może późnym latem.
MŻ: Będziemy wyczekiwać z niecierpliwością! A póki co będziemy cieszyć się nadchodzącymi koncertami. To wyjątkowa trasa, bo celebrująca 50-lecie Motörhead. Przyznaję, że nie sprawdzam nigdy setlist przed gigami, ponieważ lubię mieć ten element zaskoczenia. Nie wiem zatem, co znajduje się w zestawie, ale zakładam, że nie zabraknie wszystkich legendarnych już klasyków. Pytanie brzmi natomiast, czy oprócz nich szykujecie może jeszcze jakieś niespodzianki?
PC: Jasne! Nie zabraknie oczywiście Ace of Spades i innych flagowych numerów, ale myślę, że kilka kawałków, które będziemy chcieli włączyć, może być zaskoczeniem. Taką mam przynajmniej nadzieję. Będziemy też chcieli odpowiednio uczcić te 5 dekad, więc całość będzie przekrojowym, ale sądzę że dobrym mixem. Nie wydaje mi się, żeby ludzie z koncertu wychodzili zawiedzeni. A jeśli ktoś nie będzie zadowolony to cóż, obwiniajcie za to mnie, biorę na siebie pełną odpowiedzialność.
MŻ: Nawet nie znając setlisty mogę także z pełną odpowiedzialnością i śmiałością zaryzykować stwierdzenie, że wszyscy powinni być ukontentowani! Dyskografia Motörhead jest tak dużej objętości, że domyślam się, że ograniczyć się do około 20 utworów, było zadaniem nieco karkołomnym. Zakładam też, że w związku z tym skupicie się tylko na tym repertuarze i nie będziecie grać kawałków The Bastard Sons oraz Twoich solowych?
PC: Dokładnie tak, niestety. Albo stety – zależy kto i z której strony spojrzy. A co chciałabyś usłyszeć?
MŻ: Ostatnio zasłuchiwałam się znowu dużo w Old Lions Still Roar, więc najpewniej coś z tego albumu. Może Straight Up? Pasowałby o tyle, że – jak powiedziałeś kiedyś w jednym z wywiadów – ten numer byłby pewnie faworytem Lemmy’ego, jeśli chodzi o tę płytę. Moim ulubionym jest chyba natomiast Left for Dead. Nawiasem mówiąc czuć w nim trochę ducha Slasha, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. Od zawsze jest on zresztą wielkim fanem Motörhead i Twoim w szczególności, co wielokrotnie podkreślał w różnych wywiadach.
PC: Och i z wzajemnością! Totalnie! Slash jest świetny, jest jednym z moich ulubionych i według mnie jednym z najlepszych gitarzystów wszech czasów! I z roku na rok staje się coraz lepszy, cały czas ćwiczy i rozwija swoje i tak już kosmiczne umiejętności. No i nie wiem jak on to robi, że gra w tych ciemnych okularach, a wszystko widzi i cały czas wie co tam wyprawia z tymi strunami. Niesamowity muzyk i fantastyczny człowiek. Jestem jego wielkim, naprawdę wielkim fanem! Pamiętam jak odwiedził nas w studiu nagraniowym w Londynie podczas prac nad Orgasmatron, a więc jeszcze przed debiutem Guns N’ Roses. Nie miał jeszcze wtedy pojęcia, że za chwilę jego nowy zespół eksploduje, ale my zawsze wiedzieliśmy, że ten gość będzie wielki!
MŻ: Slash, podobnie jak wielu muzyków, jest zdania, że Motörhead już dawno powinien być wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame, instytucji, która co roku budzi duże emocje i kontrowersje. Jako zespół byliście nominowani w 2020, ale ostatecznie do tzw. Galerii Zasłużonych nie zostaliście wprowadzeni, co spotkało się z ostrą krytyką wielu reprezentantów środowiska muzycznego. Mam jednak wrażenie, że dla Was, jako grupy, i dla Ciebie personalnie, zarówno RRHOF, jak i wszystkie inne nagrody – a dostaliście ich przez te wszystkie lata wiele, na różnych płaszczyznach – nie mają żadnego większego znaczenia. Tak jest rzeczywiście?
PC: Wiesz, większości tych nagród to ja nawet nie pamiętam. Nigdy ich nie oczekiwaliśmy. I ja w dalszym ciągu nie spodziewam się ich, nie wypatruję. My zawsze robiliśmy po prostu swoje. Dla nas największym wyróżnieniem było to, że możemy wspólnie grać – a od początku do końca sprawiało nam to wielką frajdę – i dawać koncerty, na które przychodzi sporo ludzi. To oni byli zawsze dla nas największym uznaniem i punktem odniesienia. I myślę, że fani doceniają tę naszą szczerość i prostotę. Trzymaliśmy się swoich zasad przez te wszystkie lata i dzięki temu pozostaliśmy autentyczni. To podobało się naszym odbiorcom, bo dalekie było od tego wszystkiego co w branży sztuczne, zakłamane, skrojone pod konkretne cele i wyniki. Była w tym taka pierwotna surowość. I jasne że nie każdemu też to się podobało. Zdecydowanie nie. Motörhead ze względu na swoje ekstremalne brzmienie jest chyba takim zespołem love it or hate it, rzadko spotyka się o nas opinie neutralne.
MŻ: To prawda, mam jednak wrażenie, że team love it jest znacznie, znacznie większy! W końcu uwielbiają Was i na waszych koncertach stają ramię w ramię metalowcy, punk rockowcy, hardrockowcy, hardcore’owcy, generalnie większość fanów ciężkiego, gitarowego grania, bez podziału na podgatunki. To dość unikalna cecha, bo niewiele jest tak jednoczących ludzi zespołów.
PC: Wiesz, my nigdy nie byliśmy bandem heavy metalowym ani punkowym ani w ogóle takim, który dałoby się sklasyfikować. Graliśmy bardzo głośnego, prostego blues rocka – jeśli już próbować to jakoś zaszufladkować. Zwykło się to nazywać po prostu muzyką Motörhead, w której mieszało się wiele elementów. Być może właśnie dlatego słuchają nas fani różnych brzmień, stylów, subkultur. Kiedyś, gdy Motörhead zaczynał, na koncertach zjawiały się głównie młode dzieciaki. W ostatnich latach tamte dzieciaki zaczęły przychodzić na nasze gigi już ze swoimi dziećmi, a często i nawet ze swoimi wnukami, które następnie pewnie przekażą nasze płyty kolejnym generacjom. Widzimy tę sztafetę pokoleń też i na koncertach The Bastard Sons i to jest naprawdę super, bo wiemy, że dzięki temu nasza muzyka będzie żyć wiecznie.

MŻ: Tak, to jest piękne! A skoro mowa o The Bastard Sons – mówi się, że zespoły są jak rodzina, co jest oczywiście zrozumiałe. Wy jesteście rodziną także w dosłownym tego określenia znaczeniu. To ułatwia czy utrudnia Wam pracę, jeśli chodzi o band? Wiesz, pytałam o to różnych ludzi, którzy są w kapelach ze swoim rodzeństwem, dziećmi, rodzicami, małżonkami i zdania są często w tej kwestii bardzo podzielone.
PC: Wydaje mi się, że łatwiej jednak jest, gdy członkowie zespołu nie są ze sobą spokrewnieni. Gdy gram z trzema swoimi synami czuję dużą większą odpowiedzialność niż gdybym grał z obcymi, w rozumieniu więzów krwi, ludźmi. Czasem trudno też nam wyjść ze swoich ról. Bywa, że się ścieramy, tak samo jak w życiu codziennym. Ale wiesz, choć sam proces bywa niełatwy, na końcu nagroda jest ogromna. To wielkie szczęście móc koncertować ze swoimi dziećmi. No i wiesz, oni są tak wspaniałymi muzykami, że to głowa mała! Są fantastyczni. Szczerze mówiąc ja jestem w tym zespole z takiego muzykalno-technicznego punktu widzenia najsłabszym ogniwem. Jestem z nich naprawdę dumny!
MŻ: I słusznie, bo rzeczywiście są świetni! Nie umniejszałabym jednak tutaj też Twoich dokonań i umiejętności. Pozostając jeszcze na chwilę przy „Synach” – o Waszej ostatniej, totalnie killerskiej płycie (to naprawdę monster record, w pozytywnym tego słowa znaczeniu) – Kings of the Assylum z 2023 roku – powiedziałeś w jednym z wywiadów, że jest to brzmienie, którego szukałeś od dłuższego czasu. Chcesz, aby nowe wydawnictwo było jego kontynuacją, czy zamierzacie obrać nieco – a może zupełnie – inny kierunek?
PC: Na to pytanie nie potrafię Ci jeszcze odpowiedzieć. Wiesz, wszystko ewoluuje, to naturalny proces, więc zmiany na pewno tu się pojawią, ale jak dalekie będą – to się okaże. Jedno jest pewne – Kings of the Assylum to cholernie dobra płyta, więc musimy dać z siebie wszystko, aby następna mogła z nią konkurować albo w ogóle próbować ją przebić. Zrobimy co w naszej mocy!
MŻ: Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości! Niedawno minęło 10 lat od wydania Bad Magic – ostatniej płyty Motörhead. Jakie emocje wywołuje ona w Tobie z perspektywy czasu?
PC: Wiesz, to był nasz ostatni album i jednocześnie pierwszy, jaki w całości od początku do końca napisaliśmy w studiu nagraniowym. Wcześniej wszystko pisaliśmy gdzie indziej, na próbach, czasem częściowo w trasie, w domach itd., i do studia wchodziliśmy dopiero, aby nagrać całość. Przy Bad Magic spędziliśmy wszyscy razem w studiu znacznie więcej czasu i rozmawialiśmy nawet o tym, że może trzeba nam było wcześniej już tak to robić. Taki tryb pracy ma dużo plusów. Nagraliśmy wtedy też cover Heroes Davida Bowiego, ale nie wszedł on na płytę. Znalazł się dopiero na rozszerzonej edycji 8 lat później. To była jedna z ostatnich rzeczy, jakie zarejestrowaliśmy wspólnie z Lemmym. Cóż… Cały ten okres to był dla nas naprawdę ciężki czas. Chodziłem wtedy często na grób Ronniego James Dio i rozmawiałem z nim, co w jakimś sensie mi pomagało. Teraz też rozmawiam tak z Lemmym. Bad Magic, pomimo że powstawał w tak trudnych okolicznościach, wyszedł naprawdę świetnie. To jest bardzo dobra płyta. Szkoda, że Lemmy nie mógł się nią nacieszyć zbyt długo.

MŻ: To prawda… Ogromnie żałuję, ale kończy nam się już czas. Zaczęliśmy od Motörhead, zahaczyliśmy o Slasha i wiesz, muszę Ci powiedzieć, że Guns N’Roses to była moja pierwsza własna kaseta, Motörhead natomiast to była pierwsza kaseta, jaką – mniej więcej w tym samym czasie – podkradałam mojemu starszemu bratu i którą zapętlałam w swoim walkmanie bez końca. Moja miłość zarówno do Was, jak i do GnR, rozwijała się więc równolegle. I jakoś tak nieplanowanie pięknie nam się to tu dzisiaj połączyło.
PC: Który album to był?
MŻ: Ace of Spades, klasycznie. Na początek. Bo potem jeszcze Rock N’ Roll, Overkill, March ör Die, no i jeden z moich absolutnych faworytów, nie tylko jeśli chodzi o Waszą dyskografię – Bastards.
PC: Bastards to też moja ulubiona płyta, najulubieńsza ze wszystkich płyt Motörhead! Jest w niej tyle mocy, brzmienie jest przepotężne, produkcja jest doskonała. I uważam, że nie ma tu ani jednego słabszego numeru, same mocne pozycje.
MŻ: Zdecydowanie! Lepiej bym tego nie ujęła! I wiem, że wymieniając powyższe tytuły nie zachowałam porządku chronologicznego, ale tak właśnie poznawałam Wasze krążki, nie po kolei.
PC: Czasem tak jest może i nawet lepiej.
MŻ: Już na sam koniec dodam, że byłam wtedy jeszcze dzieckiem tak naprawdę, nawet nie nastolatką, a dopiero u progu nastoletniości, więc Wasza muzyka towarzyszy mi właściwie prawie całe moje życie. I za to, za te wszystkie płyty, za te wszystkie wspomnienia i emocje, korzystając z okazji, chciałabym Ci teraz bardzo podziękować!
PC: Och, dziękuję i ja, to świetna historia! No i mamy tę samą ulubioną kasetę, to jest naprawę cool! Jeśli będziesz na koncercie, koniecznie przyjdź się przywitać!
MŻ: Nie mogłoby mnie tam nie być! Dziękuję raz jeszcze Phil, za rozmowę i za wszystko. Do zobaczenia!
Rozmawiała Magda Żmudzińska
Obserwuj nas w mediach społecznościowych: