IKS

„Droga bez powrotu. Geneza” reż. Mike P. Nelson

 

Po pięciu brutalnych, ociekających krwią sequelach „Droga bez powrotu” doczekała się reimaginacji – wbrew zapowiedziom nie jest to reboot, bardziej spin-off serii, kręcony z wyraźną potrzebą restartu. Gwoli ścisłości: związek z poprzednimi filmami jest znikomy, za głównych antagonistów nie robią nawet zmutowani amatorzy ludzkiego mięsa. Nie, bo w 2021 roku kino grozy szuka nowych definicji, a utarte schematy ustępują miejsca nieszablonowym pomysłom. Jeśli odwiedzicie największą w naszym rodzimym internecie bazę filmową i odważycie się przekroczyć próg jej nieszczęsnego forum „dyskusyjnego”, ujawniona zostanie naga prawda o „Drodze bez powrotu. Genezie”. Dowiecie się, że nie warto przy serii obstawać, bo zabiła ją poprawność polityczna, eskalacja feminizmu i propaganda osób LGBTQ. Tak, mówimy o prawdziwej inwazji: na blisko trzydzieści przedstawionych w „Drodze…” postaci aż dwie mają czelność otwarcie deklarować swój homoseksualizm.

 

Żarty na bok: potrzeba poprawności politycznej wyraźnie zaprzątała głowy twórców, ale nie ona uśmierciła ten film. O „zabójstwie” w ogóle nie powinno być mowy – patologie polskiego internetu, który wyleje wiadro pomyj na wszystko, co kłóci się z jego wizją świata, przytaczam tylko jako anegdotę. „Droga bez powrotu. Geneza” średnio wyszła wytwórni Constantin, ale na zupełną porażkę nie warto się nastawiać. Film ma zadatki na niezły, co przy siódmej odsłonie cyklu horrorów, z których większość ukazała się na rynku video, jest przyzwoitym osiągnięciem.

 

W miasteczku Wrenwood, gdzieś w Zachodniej Wirginii, spotykają się świeżo upieczeni absolwenci college’u. Młodzi nowojorczycy planują aktywnie wypocząć podczas leśnej wędrówki przez szlak Appalachów, jednak – bez niespodzianek – zbaczają z trasy. Jeden z uczestników wyprawy zabiera resztę na poszukiwania idealnie zachowanego fortu obronnego z czasów wojny secesyjnej, który ukryty jest gdzieś w dziczy. Decyzja okaże się opłakana w skutkach, bo teren naszpikowany jest wymyślnymi pułapkami.

 

Jen (Charlotte Vega) i jej przyjaciół poznajemy w wiejskiej knajpie, kiedy zwracają uwagę lokalnych wyznawców flagi konfederackiej. Dwie grupy pochodzą z dwóch zupełnie różnych światów: nie będzie przesadą stwierdzenie, że Wrenwood nigdy nie gościło jeszcze pary wyoutowanych gejów, z których jeden to Latynos, a drugi ma korzenie arabskie. Towarzysze Jen zachowują się jak uprzywilejowani pozerzy, a miłośnicy taniego piwa i społecznego zacofania są skorzy do szybkiego osądu ze względu chociażby na kolor skóry. Zła energia pojawia się więc prędko, ale to nie wieśniacy ostrzą swoje noże na nowo przybyłych – choć są ubodzy duchem, nie noszą się z morderczymi intencjami. Zagrożenie uderza z innej strony, bliżej natury. Zagubieni w gęstym lesie dwudziestolatkowie odkrywają, że jest on zamieszkany przez członków XIX-wiecznego kultu.

 

Przedstawiciele pokolenia Z, przez wieśniaków wyklinani jako „hipsterskie dziwadła”, znajdują wroga dużo groźniejszego niż typowy redneck w czapce z hasłem „MAGA”. Ten wróg to właściwie rozbudowana śródleśna społeczność, która łańcuch Appalachów zamieszkuje od 1859 roku i nieustępliwie strzeże swego terytorium. Dochodzi do starcia kulturowego, dużo mniej komicznego niż w budzącym pewne skojarzenia „Tucker and Dale vs. Evil”: ludzie lasu nie rozumieją współczesności i nie chcą jej zrozumieć, a nowojorskim studentom ich styl życia kojarzy się tylko z backwoods horrorami – najpewniej takimi o kanibalizmie. Młodzi zabijają jednego z rzekomych napastników w akcie samoobrony, a następnie, pojmani, trafiają pod wyjątkowo surowy osąd. Kto tu jest barbarzyńcą? Porozumienia nie uda się nawiązać, bo obie grupy znają dwie sprzeczne definicje bestialstwa.

 

Na terenie zapyziałego Wrenwood największym „problemem” ekipy byłby związek czarnoskórego Dariusa (Adain Bradley) z białą Jen. W głębi lasu, którego, jeśli wierzyć legendom, turyści nigdy już nie opuszczają, sytuacja komplikuje się dużo bardziej. Pierwszy akt filmu przypomina jeszcze klasyczną „Drogę bez powrotu”. Sceny stalkowania intruzów przez nieznane postaci w zwierzęcych futrach są operatywne i umiejętnie nakręcone. Kamera układa się pod ciekawymi kątami, w szerokiej przestrzeni kadru formują się okazałe kompozycje operatorskie, a na malownicze krajobrazy spoglądamy z przyjemnością. Zaskakuje kilka rozwiązań wizualnych: na przykład, kiedy w kącie ekranu wyłania się nagle postać w kamuflażu. Drzewa mają oczy, a mieszkańcy osady zlewają się w jedność z naturą. Nie widzimy ich twarzy przynajmniej przez połowę filmu, bo na głowach noszą szczątki jeleni. Kiedy wreszcie ludzie lasu zapędzą młodych w kozi róg i zaczną pełzać do nich w akcie dzikiego rytuału, poczujecie się nieswojo.

 

Bohaterowie „Drogi bez powrotu. Genezy” trafiają do niewoli, gdzie część z nich kończy marnie, a części udaje się przetrwać. Zaradna Jen targuje się z dzikusami o życie swoje i Dariusa: obiecuje, że jeśli go nie zabiją, on zadba, by ich osada nie naruszała równowagi ekologicznej (pracuje w branży budownictwa proeko i zrównoważonego rozwoju). To najbardziej niedorzeczny moment w filmie, który w toku kolejnych zdarzeń coraz silniej skręca w stronę absurdu. Akt trzeci w ogóle nie przypomina już serii „Wrong Turn”. Z jednej strony to dobrze, bo film z łatwością uplasujemy wyżej niż cztery ostatnie „Drogi”, gdzie zmutowani kanibale nosili na gębach gumowe maski. Niemniej intelektualne ambicje twórców w pewnym momencie stają im kością w gardle: całość okazuje się nader wydumana, niepotrzebnie alegoryczna. To nie jest najlepszy horror posługujący się metaforą podziału społecznego w Stanach. Nawet niektóre odsłony „Nocy oczyszczenia” lepiej operowały tą przenośnią.

 

Niezbyt realistycznie ukazano przemiany wewnętrzne, jakie przeszli uwięzieni bohaterowie – poznajemy ich ponownie sześć tygodni po schwytaniu, już w plemiennym odzieniu, sprawnie władających łukiem. Można odnieść wrażenie, że w wiosce spędzili grubo ponad rok. O samych osadnikach też wiemy niewiele. Nie sprecyzowano, czy większość z nich zna tylko prymitywną kolonię, czy może mieszkańcy opuszczają też sporadycznie lasy. Niektórzy posługują się wymarłym, przedamerykańskim językiem, inni – jak przywódczy Venable (Bill Sage) – zaznali trochę współczesnego dobrobytu. Spójrzcie tylko na jego idealnie przystrzyżoną brodę: wioskę albo odwiedza miejski barber, albo Król Dzikus chowa pod futerkiem olejki i balsamy do pielęgnacji zarostu. Nie wspomnę już o bezsensownej scenie z udziałem samochodu kempingowego, bo nie da się pisać o niej bez spoilerów.

 

Zupełnym brakiem taktu okazuje się wprowadzenie do scenariusza mniejszości queerowej tylko po to, by jednego z gejów krwawo wyeliminować mniej więcej w piętnastej minucie filmu, zanim zdąży on powiedzieć cokolwiek o sobie. Niestety, geje nie doznają sprawiedliwości w „Drodze bez powrotu. Genezie”, są stereotypami. Drugi ginie w najstraszliwszych okolicznościach, spotyka go najgorszy los i to właśnie wokół niego skumulowano najwięcej gore’u. Chłopak, w odróżnieniu od pozostałych postaci, nie dostaje nawet szansy, by zawalczyć o swoje; w scenariuszu przypisano mu mało pochlebną łatkę: „tchórz”. Postaci gejowskie, kiedyś w horrorach praktycznie nieistniejące, od kilku lat widujemy w kinie gatunkowym coraz częściej – dostają nawet „swoje własne” filmy i wątki przodujące („Rökkur”, „Spirala”). Tu gejów wprowadzono tylko po to, by byli i stwarzali pozory progresji, kiedy tak naprawdę twórcy nie mają dla nich szacunku. W planszy z napisami końcowymi nazwiska Adriana Faveli i Vardaana Arory umieszczone zostają na szarym końcu, wyprzedzone przez kilku aktorów, którzy zagrali w filmie mniej znaczące role.

 

Nie ma w „Drodze bez powrotu. Genezie” słabych ról, właściwie wszystkim członkom obsady udało się wykrzesać wiarygodne, solidne kreacje. Najbardziej z grona młodych aktorów wyróżnia się Charlotte Vega, grająca final girl. Mniejsza z tym, że jej postać ma zadatki na irytującą, a potrzeba zbawienia świata, każdego i wszystkich działa na jej niekorzyść. Gdyby w lasach Wirginii bohaterowie mieli dostęp do internetu, Jen założyłaby konto na Patreonie, by zorganizować zbiórkę na rzecz leśnej społeczności… Ogólnie Vega udowadnia, że może jeszcze narozrabiać na scenie horroru (widzieliśmy ją ponadto w „The Lodgers. Przeklętych”). Dużym plusem nowej „Drogi…” okazuje się atrakcyjnie zwizualizowana scena towarzysząca napisom końcowym, właśnie z udziałem Vegi.

 

„Droga bez powrotu. Geneza” wyróżnia się pozytywnie na tle kilku poprzednich odsłon – głównie za sprawą wyższego budżetu, bogatszych efektów specjalnych, namiętniejszego aktorstwa. To miła odmiana, choć sama historia przeszła tak drastyczną metamorfozę, że nazywanie „Genezy” rebootem nie ma sensu – to po prostu odrębny film tego samego scenarzysty, który dał nam „jedynkę” lata temu. Zamiast Alana McElroya Constantin mógł zwerbować do współpracy Joego Lyncha, który swoją „Drogą…” dowiódł, że doskonale rozumie, czego potrzebują zapaleni fani horroru. W „Genezie” społeczne niepokoje mieszają się ze stylistyką splattera i folk horroru, ale efekt jest niepełny, rozczarowujący, trochę zdeformowany. Trudno zrozumieć, co twórcy chcą nam powiedzieć, gdy pod koniec filmu liberalne dzieciaki z Nowego Jorku łączą siły ze swoim wcześniejszym, potencjalnym przeciwnikiem – współczesnymi konfederatami.

 

Ocena (w skali od 1 do 10): 5 roślin wiecznozielonych

 

🌲🌲🌲🌲🌲

 

Albert Nowicki

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

najczęściej czytane

IKS